sobota, 28 września 2013

Cel bliżej nieznany...

W dniu dzisiejszym o godz. 18.21 poprzez Fb odebrałam wiadomość od panienki wrażliwej inaczej o treści:
"Pani jest mama D...a ?:) wlasnie nie moglam pani znalesc z powodu nazwiska". 
Po za imieniem dziecka mego pisownia została zachowana bez zmian.
Rozumiem z tego,że mamy się zakoleżankować vide stworzyć wielką szczęśliwą rodzinę.
Po tym mailu ciśnienie 193/145 i łomot w głowie...
A ja głupia myślałam, że bezczelna jest panienka od sąsiadów!

środa, 25 września 2013

O tym dlaczego nie mogę mieć kotów cz. I

Brakuje mi kota:-(. Tęsknię za ich ciepłem, miękkim futerkiem, mruczeniem do ucha, kłębkiem śpiącego kota na sobie, plątaniem pod nogami, nocną zabawą w "wypuść kotka, wpuść kotka"...
Pierwsza kota w moim życiu pojawiła się w 2002 r. Była odpowiedzią na rozpaczliwą potrzebę życia w normalności ze zwierzęciem u boku. Była kotą porozwodową. Stała się najlepszym przyjacielem mego wówczas 15-letniego dziecięcia. W latach późniejszych zazdrosna o niego do granic absurdu - w ramach protestu przeciwko dziewczynom sikała mu do pokrowca na gitarę, albo załatwiała tam inne rzeczy :-).
Kiedy kolejna dziewczyna znikała, kota cała szczęśliwa znów miała go całego dla siebie.
Michaśka zwana później Pontonellą z uwagi na niepohamowane łakomstwo jest kotką niezwykle ciekawską, inteligentną, sprytną. Ma typowe dla kotów rasy europejskiej umaszczenie szylkretowe:-)  Niestety jak większość kotów sterylizowanych cierpi na przypadłości z tym związane, "bolipupkę" ( za Jamesem Herriotem) oraz jak się ostatnio okazało jakieś schorzeniem nerek. Michasia ma dziś 11 lat.
Dwa lata później pojawił się kot, wyglądający jak ten z pierwszej reklamy pewnego kociego jedzenia.
Rozrabiak okropny przy swoich, przy obcych tchórzliwy jak nie wiem co:-). Dlatego na imię ma Chojrak.
Spędziłam z nimi cudowne lata.Dały mi z siebie wszystko to, co w kocie najlepsze. A ja... Ja je zawiodłam.
5 lat temu postradawszy rozum, wyprowadziłam się z Wrocławia. Nie mogłam zabrać kotków ze sobą ale wierzyłam, że dożyją szczęśliwie swoich dni, bo przecież zostały w swoim domku razem z moim dzieckiem.
Wierzyłam, że nadal będą miały ciepło i miłość. Cóż.Pomyliłam się. 4 miesiące temu moje dziecko poznało dziewczynę. Mieszkają razem od dwóch miesięcy. Od trzech tygodni koty mieszkają w jakiejś nieogrzewanej szopie. Chora Michaśka i tchórzliwy Chojraczek. Bo dziewczyna dziecka mego kotów nie lubi i brzydzi się nimi. Bo postawiła mu ultimatum albo ja, albo koty. Wybrał ją... Sam nie miał odwagi mi tego powiedzieć. A ja wciąż zastanawiam się, kiedy popełniłam błąd w jego wychowaniu...




wtorek, 24 września 2013

Kobieta upadła :D

Czy ktoś z Was kiedykolwiek spadł z krawężnika? Nie? To napiszę jak to zrobić. Trzeba iść od strony jezdni, być zagadanym z koleżanką, grzecznie przepuścić "skaranieboskie"- babcię rowerzystkę  nadjeżdżającą z naprzeciwka, stanąć na krawężniku, podnieść się z jezdni.
Śpieszę donieść,że w wypadku nie ucierpiały żadne zwierzęta :D. Ucierpiała moja godność osobista oraz prawa strona miejsca, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Oraz łokieć. Li i jedynie.:D.
To był przepis na to, jak stać się kobietą upadłą.*


*Prawa autorskie zastrzeżone. Wszelkie powielanie i kopiowanie bez zezwolenia będzie surowo karane. :D



Studium socjologiczne

Nie mam zacięcia do podglądactwa. W moim dawnym życiu nie podsłuchiwałam sąsiadów, nie żyłam ich życiem, z rzadka słuchałam plotek. Jedyny w pełni świadomy akt zaglądania do cudzych mieszkań i czerpania z tego tytułu przyjemności, miał miejsce 34 lata temu w Kopenhadze. Chwilę przed moim urodzeniem mój dziadek pojechał na wycieczkę do Danii, z której to wycieczki nie wrócił. Po wieloletnich staraniach udało się i mogłyśmy dziadka odwiedzać. W Kopenhadze mieszkałam pół roku. Różnie bywało, więc wieczorami wędrowałam po mieście zaglądając do cudzych mieszkań tak innych niż nasze polskie, siermiężne i marząc o takim domu i takim życiu, jakie udawało mi się podejrzeć:-).
Zasada nie interesowania się cudzym życiem uległa złamaniu po przeprowadzce ,bowiem już dwa tygodnie po moim przyjeździe w to dziwne miejsce, w którym przyszło mi żyć. Zwyczajnie nie da się nic nie widzieć i nic nie słyszeć. Nawet gdybym szczelnie zamknęła drzwi i okna, to i tak jakieś tam odgłosy dochodziłyby do mnie, bowiem cała rodzina  oraz odwiedzający ich goście używają tego malowniczego języka zwanego powszechnie niecenzuralnym, bynajmniej przy tym nie szepcząc:-).Oglądać ich też muszę, bo budynek z kotłownią, pralnią i warsztatem stoi przy granicy z ich posiadłością. A i linki do wieszania prania mam też od ich strony.Siłą rzeczy musimy patrzeć w tamtym kierunku. Wczorajszy dzień nie był więc wyjątkiem. Było chłodno więc mążmójaktualnietrzeźwy udał się do kotłowni celem napalenia w piecu. Udawał się tam parokrotnie, czasem przystając na chwilę na podwórku. Jest on człowiekiem nad wyraz spokojnym, którego naprawdę trudno jest sprowokować. Mnie się to udało dwa razy i uwierzcie,że bardzo mocno się o to starałam:D. Przystawał i zamyślał się, bowiem moja akcja KONSEKWENCJA zaczyna przynosić nikłe efekty. Sąsiadów odwiedziła młoda ekhm, ekhm dama. Z kulturą i obyciem należnym młodej damie niewiele ma ona wspólnego, niemniej jednak młoda jest. Pyskata. Chamska. Bezczelna. I co tam jeszcze chcielibyście wpisać będzie właściwe.I tu muszę napisać o fenomenie Cyganki, fenomenie który zadziwia mnie odkąd ja poznałam. Otóż każda z odwiedzających ją, bądź jej córkę kobiet czy dziewcząt na pewnym etapie tej znajomości zaczyna u nich sprzątać. Darmo. Cyganka i jej córka siedzą w tym czasie przy stole, palą papieroski, piją kawę a Cyganka brudnym (w sensie rzadko mytym) paluszkiem pokazuje co jeszcze należy zrobić. Jest w tym naprawdę dobra:D. Ale do brzegu.
Mążmójatualnietrzeźwy zamyśla się, nieobecnym wzorkiem patrząc w dal, a młoda dama bez klasy wychodzi trzepać chodniki.I zaczyna coś krzyczeć do trwającego w zamyśleniu mężamegoaktualnietrzeźwego. Ona wrzeszczy, on trwa, w końcu jednak dociera do niego, że ten wrzask dotyczy czynności, którą on akurat wykonuje, mianowicie patrzenia w dal. Dociera do niego treść wywrzaskiwanego przez młodą damę bez klasy pytania o treści""co się k... stary ch...gapisz?". Stał tak jeszcze chwilę w bezruchu, po czym dokładnie jak w kreskówce wystartował na posesję sąsiadów.Drzwi od ich domu zostały jak się można domyśleć zamknięte, ale dla mężamegoaktualnietrzeźwego to żadna przeszkoda. Delikatnie zastukał: pięścią i nogą, co spowodowało szybkie otwarcie drzwi przez sąsiadów z obawy o ich całość. Młoda dama bez klasy ukryła się prawdopodobnie w szafie, bo jej buta i chamstwo nie wytrzymały konfrontacji z dorosłym, silnym mężczyzną. Już nie była taka odważna. Jakaś godzinę później, z uwagi na obietnicę meżamegoaktualnietrzeźwgo o zastosowaniu kary wychowawczej w postaci klapsów na gołą d..., została przemycona do samochodu i wywieziona przez Cygankę w nieznanym kierunku :D. Sytuacja była nad wyraz komiczna:D.
Jak się już wyśmiałam, naszła mnie refleksja. Mążmójaktualnietrzeźwy znajdował się na własnym podwórku. Nie robił niczego niezgodnego z normami społecznym., nie wisiał na płocie w celu nasłuchu, nie gapił się w okna, po prostu stał. Dziś młoda dama bez klasy ma coś około 20 lat. My-mam na myśli ludzkość w naszym wieku- póki co jesteśmy w stanie obronić się przed nią i jej podobnymi. Ale co stanie się za kilkanaście lat, kiedy zdziczałe dziś nastolatki zrobią się parę lat starsze? Kiedy starsi ludzie nie będą mieli dość siły, żeby się przed nimi obronić?

poniedziałek, 23 września 2013

Rozmowa rekrutacyjna

W ubiegły czwartek byłam na ekhm, ekhm rozmowie w sprawie pracy. Chrząkam tak znacząco, bo takie kuriozum po raz pierwszy w życiu mi się przytrafiło:-). Mieszkam w małej mieścinie, gdzie oferty pracy są dobrem rzadkim i wyjątkowym. Więc w miarę przyzwoita praca jest gratką nie lada:D. W związku z tym jestem w stanie podjąć prawie każdą pracę za wyjątkiem stania na trasie Wyszków-Dybki z uwagi na podejszły wiek, bo o kwestiach moralnych nie wspomnę, w sortowni śmieci z powodu zaburzeń węchu, w transporcie z uwagi na brak uprawnień:-).
Ewentualna praca miała być "załatwiona po tzw. "znajomości". Na własne rodzone uszy słyszałam, że mam przyjść i jak to na rozmowie rekrutacyjnej bywa, przedstawić swe bogate w zdobyte doświadczenie CV oraz  skromna swą osobę.
Przyodziałam się stosownie do okazji. Z uwagi na to, że ewentualne miejsce zatrudnienia związane byłoby z usługami konsumpcyjnymi nie założyłam kostiumu, bowiem moja ekhm, ekhm znajomość "dres kodu" uznała, że jeansy i polar w kolorze czarnym będą wystarczające. Ze swym bogatym w zdobyte doświadczenie CV w garści wkroczyłam dziarskim krokiem do miejsca ewentualnego zatrudnienia. Widok dwojga obecnych pracowników na dzień dobry powiedział mi, że nie będzie dobrze, bowiem średnia ich wieku wynosiła lat 19 i to jak się dobrze postarali z makijażem. Ale do brzegu. Dostojnym krokiem nadszedł Potencjalny Pracodawca. Swój z lekka nieprzytomny wzrok skierował na skromną mą osobę ze swym bogatym w zdobyte doświadczenie CV w garści :D. Z uprzejmym uśmiechem patrzyłam na niego oczekując serii idiotycznych pytań. I tak staliśmy patrząc na siebie przez całe lata świetlne. Przerwałam kontakt wzrokowy, bo mogliśmy tak stać do skończenia świata a nawet i dłużej. Tłumiąc idiotyczny śmiech wzbierający w mej ekhm, ekhm młodej piersi, wyszarpnęłam z koszulki swe bogate w zdobyte doświadczenie CV i wręczyłam je Potencjalnemu Pracodawcy, informując go po co się tu znalazłam oraz kto mnie polecił. Wyraźnie ucieszony rozwojem sytuacji PP chwycił w swe dłonie me wiadomo jakie CV, zwinął je w rulonik stwierdzając,że od czegoś trzeba zacząć oraz że zadzwoni. I to było dokładnie wszystko. Żadnych pytań o planowaną ciążę ;-), ilość zaposiadywanego potomstwa, moje plany życiowe za 50 lat. No kompletnie nic.
W związku z tym czuję pewien niedosyt. Oczekiwałam dociekliwych, niedyskretnych pytań na które odpowiadać chciałam celnymi ripostami. a tu nic :D. Pierwszy raz z "rozmowy" rekrutacyjnej wyszłam rozbawiona, pierwszy raz "rozmawiałam" z PP , który szuka pracownika, ale o fakcie poszukiwań nie ma zielonego pojęcia :D. Rozumiem z tego, że to moja wyjątkowa osobowość tak go onieśmieliła, że nie był w stanie wypowiedzieć nawet słów powitania. Jestem niesamowita :D


niedziela, 22 września 2013

O tym dlaczego nie warto przywiązywać się do rzeczy

Moje życie to materiał na telenowelę brazylijsko-argentyńską :-). Słowo !
Przytrafiają mi się tak różne dziwaczne wydarzenia, że gdybym nie była nieuleczalną optymistką (z chwilowym spadkiem formy) to załamałabym się na amen.
Otóż w 2011 r. w Wielką Środę w godzinach 11-13 mieliśmy do domu włamanie. Dranie psiknęli czymś pieskowi, bo duży i raczej groźny i podjęli działalność rozrywkową. Wytłukli szybę w oknie kuchennym,
grzecznie odstawili kwiatki i inne duperelki z parapetu na na podwórko-znaczy się zadbali, żeby nie zniszczyć, wleźli do środka i.... Na tym skończyła się ich grzeczność i kultura. Dewastację zaczęli od kuchni. Wygarniali z szafek wszystko jak leci na podłogę, wybili szybkę w kuchence gazowej- nijak nie mogę zrozumieć po co, weszli na pokoje... To co zrobili to był akt czystego wandalizmu. Przybyli na miejsce zdarzenia policjanci, stwierdzili, że jeszcze nigdy nie widzieli takich zniszczeń. Że dom wygląda jak po przejściu trąby powietrznej. Ha! Nie mieli ze mną do czynienia:-). Ukradziono mi tylko biżuterię.W tej chwili
mam tylko jeden komplet ze srebra, ten który miałam na sobie w dniu włamania i biżutki, które robi moja siostra. Trzeba było kupić nową kuchenkę i wymienić wybitą szybę. I posprzątać... . Długo nie mogłam dojść do siebie. Strach towarzyszył mi jak nieodłączny cień. Zrobiłam nawet zdjęcia tego kataklizmu ale później puknęłam się głowę.Na diabła mi takie wspomnienia?
   Minął rok. Rok w którym nagromadzone złe wydarzenia doprowadziły mnie do załamania psychicznego.
Nadeszły kolejne święta Wielkiej Nocy. W Wielki Piątek rano pojechałam do siostry. Nie chciałam być sama w domu. Wróciłam po czterech dniach i zastałam dom wyczyszczony do zera. Tym razem mieli dużo czasu i zabrali już wszystko, co tylko przedstawiało jakąkolwiek wartość.Małe agd, sprzęt rtv, laptop, modem do internetu, aparat fotograficzny, stare telefony komórkowe, ładowarki, narzędzia z warsztatu...Nawet ślubne buty mężamegoaltualnietrzeźwego. Na butach nie bardzo się obłowili, bo zgubili jeden na podwórku. Tym razem dom nie był zdewastowany. Tylko jakaś menda spała w moim łóżku i nie była to Królewna Śnieżka. Zaczęłam się śmiać. Śmiałam się tak bardzo, że przybyli na miejsce zdarzenia policjanci uznali, że dostałam pomieszania zmysłów i wysnuli wniosek, że sama sfingowałam to włamanie.
Gdybym była ubezpieczona taka kradzież miałaby sens. Ale nie byłam. A ukradzione przedmioty miały być moim zabezpieczeniem. Chciałam je powoli sprzedawać, kiedy już pozostanę bez pracy, który to fakt miał nastąpić dwa miesiące później. Żartowałam , że tylko ja zostałam w tym domu do ukradzenia. Do dziś brak chętnych :D.
To właśnie wtedy uzmysłowiłam sobie, że nadmiernie przywiązywałam się do przedmiotów. Że nie warto mieć nic wartościowego, nawet emocjonalnie. Bo to tylko przedmioty - dziś są, jutro ich nie ma.
   Czasem łapię się na tym, że zaczynam lubić kubek w którym piję kawę, bo stare nawyki trudno tak szybko przezwyciężyć. Szybko jednak przypominam sobie, że to tylko przedmiot - dziś jest, jutro go nie ma...



 

piątek, 20 września 2013

Nie jestem ekspertem

W komentarzu do posta "13-tego piątek" czytelniczka zadała mi pytanie, dlaczego nie odeszłam od męża alkoholika. Napisałam,że jeszcze nie dorosłam do tej decyzji. Nie wiem jaki obraz alkoholika widziała, bo większość z nas dopóki osobiście nie dotknie problemu, widzi alkoholika stereotypem, jako zapitego menela. Niestety tak nie jest. Alkoholizm dotyka wszystkie warstwy społeczne. Uzależniony może być
nauczyciel w szkole, farmaceuta w aptece, policjant, lekarz, kierowca autobusu, którym codziennie dojeżdżamy do pracy, miła starsza pani, którą spotykamy w sklepie,dyrektor olbrzymiej firmy.
Nie każdy wie, ze wybitny nieżyjący już profesor Lech Falandysz całe życie zmagał się z alkoholem. O aktorach, pisarzach, sportowcach wspominać nie będę. Każdego może to dotknąć. Alkoholik na poczatku nie musi upijać się w tzw."trupa".
Zwykle zaczyna się od małych ilości alkoholu, stopniowo zwiększając je przez lata. Bywa że taki wykształcony człowiek stoczy się nisko, upadnie na dno, a my spotykając go codziennie na swej drodze, nie widzimy wybitnej jednostki, tylko degenerata, bo uzależnienie odbiera człowieczeństwo.
Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że codzienny rytuał dwóch drinków, albo dwóch piw których potrzebę wypicia odczuwamy po powrocie z pracy do domu, może już być sygnałem ostrzegawczym. Może ale nie musi. Niemniej jednak kiedy zaczynamy tłumaczyć sobie, że musimy  się napić, bo jesteśmy zdenerwowani, zmęczeni, dla rozluźnienia - to nie jest dobrze.Tyle mojej skromnej wiedzy.
Jak na ironię to właśnie trzeźwiejący alkoholicy pomogli mi na pewnym etapie mojej terapii. Pokazywali w którym miejscu popełniam największe błędy w życiu z osobą uzależnioną. Wyjaśniali jakie czynni alkoholicy sztuczki stosują, aby osiągnąć swój cel. Jakimi świetnymi manipulatorami są. Osoby mające dobre wzorce rodzinne w zasadzie są bezpieczne :-), osoby z rodzin w których był alkohol już nie. Ale na temat DDA może innym razem.
Najlepszą metodą  na zmuszenie alkoholika do leczenia , chociaż nie zawsze gwarantuje ona sukces, jest zostawienie go własnemu losowi. NIE INTERESOWANIE SIĘ nim. Tego właśnie uczą na terapii dla współuzależnionych. Żeby nasze samopoczucie nie było zależne od tego, czy osoba obok nas jest trzeźwa czy pijana, żeby żyć własnym życiem a nie życiem osoby uzależnionej, żeby w końcu wyznaczać nasze własne granice.
Czasem się udaje. Czasem osoba uzależniona odzyskuje motywację do trzeźwego życia. I nie jest to cud tylko ciężka codzienna praca nad sobą. Bo nie ma cud-pigułki na trzeźwość.
 I właśnie dlatego, że wiem jak działa mechanizm uzależnienia, a wiedza ma skromna wciąż jest, daję czas mężowimemunietrzeźwemu szansę na poprawę, bo teraz mam" narzędzia", które umożliwiają mi danie mu tej szansy. I chociaż moje różowe okulary spadły mi z nosa, tłukąc się przy okazji, i chociaż już mężamegonietrzeźwego nie bardzo lubię, to wciąż mam nadzieję na spełnienie marzenia o domku z ogródkiem. Może takim, jaki dla mnie namalował...



czwartek, 19 września 2013

Z cyklu padło mi na głowę - odsłona trzecia :-)

Nowe życie starych nikomu niepotrzebnych rzeczy. Po teściowej został mi w spadku prymitywny podnóżek zbity z trzech kawałków desek.



Ów podnóżek miał do wyboru stać się podpałką do pieca albo zgodzić się na nowe życie, bo do pieca zawsze zdążyłby wskoczyć:D.
     Po ciężkich zmaganiach z oporną materią moja fascynacja starymi ekhm, ekhm :-) przedmiotami, stylem prowansalskim i techniką decoupage zyskała taki kształt:



środa, 18 września 2013

Fabryka dzieci


     Obok mnie za płotem mieszka polsko-romska rodzina. Przestaję być poprawna politycznie i napiszę, że żona Cyganka, mąż Polak. Ona pyskata, chamska baba, on alkoholik. Jako jedyna w okolicy stawiłam jej czoła (KLIK) i dzięki temu, jako jedyni w okolicy nie jesteśmy nagabywani o pożyczkę. O pożyczkę na mleko i kaszę dla dziecka. Pożyczka jest dawana na wieczne nieoddanie, bo ona w życiu swoim dnia nie przepracowała, on bo dzień cały utrzymuje właściwe stężenie krwi w alkoholu. Jej jedynym celem życiowym jest papieros i kawa, jego jak wiadomo, alkohol typu "wynalazek" i nie jest to bynajmniej bimber. Pieniądze na te artykuły pierwszej potrzeby posiadają z jego doraźnie pełnionej funkcji grabarza - 40 zł za pochówek. Ta malownicza para posiada troje dzieci: 20-letnią córkę, którą "wydano" za mąż w wieku lat 15 a która jako jedyna dzielnie pracuje, 19-letniego syna obiboka,narkomana, pijaka i złodzieja, który przed wymiarem sprawiedliwości zwiał do Anglii, bo tam mieszka jego "żona" , o której przypomina sobie w takich chwilach jak wspomniana oraz najmłodsza z tej trójki 17-latka.
    Miała 12 lat, kiedy ją poznałam.Pomimo dowolności w ubieraniu się jaką prezentują obecnie nastolatki, jej wygląd lekko mnie szokował. Ubrana jak panienka na trasie Wyszków-Dybki wędrowała wieczorami razem z podobnymi jej koleżankami pod czynną jeszcze wtedy jednostkę wojskową. Rozumiem że razem z tymi młodymi chłopcami czytała poezje w blasku księżyca. Nie znając jeszcze wtedy realiów tej rodziny, wielokrotnie mówiłam rodzicom o tym, gdzie przebywa ich córka. Myślałam, że może nie wiedzą...
Cóż byłam w błędzie. Dziewczę rosło zdrowo, dojrzewało jak jabłko na jesień. Jednostkę zlikwidowano.
Przez króciutką chwileczkę zrobiło się lepiej - panna wtedy 13-letnia zaczęła spotykać się z rówieśnikami i wyglądała jak przeciętna dziewczynka w jej wieku. Rok później z poczwarki wyłonił się motyl. Blondynka ze śniadą karnacją zaczęła przyciągać uwagę okolicznej i dalszej męskiej części społeczeństwa.
Z blondynki zrobiła się brunetka z wyzywającym makijażem. Znikała z domu na całe dnie, a okoliczne zagajniki stały areną, na której była Królową. Kwestią czasu była nastoletnia ciąża. Młody mężczyzna którego posądzano o ojcostwo, pomimo tego że też patologia, zajął się dziewczyną i malutką córeczką.
Widać było,że mu zależy. Niestety na niego spadł ciężar utrzymania całej wielkiej rodziny. Nie podołał temu i został przepędzony. Panna zaczęła się stroić, wydzwaniać, pisać smsy. Pojawili się nowi chętni, zagajnik znów się ruszał i kolejna ciąża gotowa. Adoratorzy zniknęli, skończyły się dochody - bieda zajrzała w oczy.
Malutką dziewczynką nikt się przejmuje. Pożyczane pieniądze w większości idą na papierosy i wódę.
Panna w lipcu skończyła 17 lat. Kolejne dzieciątko ma przyjść na świat lada moment.
Jest w tej historii jasny promyczek - kurator. Chce zabrać dzieci. Myślę że dla maluszków to będzie najlepsze wyjście. A panna na wieść o tym,że odbiorą jej dzieci znów stroi się, dzwoni, wysyła smsy a pod jej dom zaczynają podjeżdżać samochody. Jej rodzice a dziadkowie maluszków znów nic nie widzą.
     Wszelkie niezbędne składniki znów są zbierane, produkcja ruszy niebawem...

wtorek, 17 września 2013

KONSEKWENCJA

Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego:
"konsekwencja wynik, skutek, rezultat; logiczne następstwo faktów; logiczna ciągłość w działaniu; postępowanie oparte na ściśle określonych zasadach, zgodnie z powziętym planem; wytrwałość w dążeniu do czegoś."
To od dziś moje hasło afirmacyjne:-). Do tej pory byłam bardzo niekonsekwentna w działaniu. Składałam obietnice dotykające bezpośrednio mojego życia i ich nie dotrzymywałam. Dla przykładu: bliski znajomy ma upiorny zwyczaj tłuc nas po plecach w ramach okazywania radości na nasz widok. Cieszymy się,że kogoś tak bardzo raduje spotkanie z nami, ale nie podoba nam się to walenie po plecach. Prosimy raz, drugi, trzeci żeby delikwent przestał. On/ona nic sobie z tego nie robi. Następnym etapem jest jest składanie obietnicy że jak nie przestanie, to nie będziemy się odzywać, będziemy przechodzić na drugą stronę ulicy, odpłacimy tą samą monetą. I co? Najczęściej nie dotrzymujemy słowa i mamy pretensje do świata, że każde spotkanie z owym znajomym kończy się odbitymi płucami :D.Czyli jesteśmy niekonsekwentni. Jak to ma się do mnie?
Czas najwyższy przekuć obietnice w czyny. Najłatwiej było w stosunku do mojej matki-kiedy dzwoniła pijana nie potrafiłam się rozłączyć, pomimo solennych obietnic, że to uczynię. Były nerwy, płacz, niepotrzebny stres. Od jakiegoś czasu kiedy dzwoni nawalona, mówię: "mamo, nie będę z Tobą rozmawiać, jesteś pijana". I odkładam słuchawkę.Ja się nie denerwuję, ona przestała wydzwaniać.W stosunku do meżamegoaktulnietrzeźwego było trudniej, niemniej jednak dwie małe obietnice, które mu składałam w końcu spełniłam i o dziwo poskutkowało:-). Złożyłam też dużą. On już wie, że" żarty "się skończyły i być może zacznie myśleć. Czas pokaże.
Najtrudniej jest mi w stosunku do dziecka mego. Czas najwyższy otworzyć oczy i zobaczyć to, o czym moi mili mówiliście mi przez lata. Że to co brałam za asertywność, było egoizmem. Że konsekwentnie nie chciałam widzieć lekceważenia w stosunku do siebie. Że szukałam tysiąca wymówek na usprawiedliwienie
jego zachowań. I zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd.
Wczoraj zadzwoniliście prawie wszyscy :-). Na wiadomość od dziecka czekałam cały dzień. Nie doczekałam się.Widać nawet sms "wszystkiego najlepszego mamo" był dla niego zbyt dużym obciążeniem.

sobota, 14 września 2013

13-tego piątek

Gdybym wierzyła w przesądy, wczorajszy dzień śmiało mogłabym uznać za pechowy. Bardzo się starał ten piąteczek, co by mi dokopać, ale ja twardo dawałam odpór. Pomogło tzw. racjonalne myślenie, chociaż ja i myślenie nie jesteśmy w żaden sposób spokrewnieni. Ale do brzegu.
 Joanna Chmielewska napisała książkę pt."Wszystko czerwone". Przedstawiła tam sposób na rozwiązywanie problemów na zasadzie pasywów i aktywów, tytułując tę teówkę następująco:
 Kataklizm i Środki zaradcze.
I tak po stronie kataklizmu śmiało mogę zapisać:
1. Na wczoraj komornik miał dla mężamegonachlanego przygotować zaświadczenia o wysokości jego    zadłużenia. Zaświadczenia nie było, za to wyjaśniłam dokładnie to co Sąd Rejonowy III Wydział Rodzinny i Nieletnich był uprzejmy  zagmatwać. Zadłużenie uległo zmniejszeniu tylko nieznacznie. Po stronie środków zaradczych wpisałam:
 mieć to w doopie, to jego dług nie mój, niech poniesie konsekwencje swojego picia. Mam wystarczająco  dużo własnych problemów, żeby jeszcze jego brać sobie na plecy.
2. Deszcz lał wczoraj strumieniami. Po powrocie z miasta zastałam cieknący sufit w pokoju, cieknący sufit w  kuchni i również w kuchni malowniczą fontannę naścienną. Po stronie środków zaradczych wpisałam:
 podstawić miski i ścierki. Mieć to w doopie, nie moja rudera się zawali. Niech on się stara. Bo gdyby nie chlał, dach byłby wyremontowany. Ja sobie poradzę-sama.
3. Wczoraj zadzwonił (bo jest na wyjeździe) nachlany w drzazgi. Wsłuchałam się w siebie i tylko leciuteńki  nerw :-). Dobrze jest :-). Po stronie środków zaradczych wpisałam: nie odbierać telefonów, nie rozmawiać,  nie wyjaśniać dlaczego. Mieć w doopie :D.
Reasumując: gdyby nie racjonalne ekhem, ekhem "myślenie" wczorajszy dzień śmiało mogłabym uznać za pechowy. Ale jego sprawy z komornikiem ciągną się już tyle lat, dach nie był remontowany od położenia w latach 60-tych ubiegłego wieku :D,  deszcz był zapowiadany już od jakiegoś czas i on jest alkoholikiem.
Wszystko razem zebrane nie jest kwestią 13-tego w piątek tylko wydarzeń z przeszłości.

A czarne koty lubię:-). Są tak samo futrzaste, mruczące i przytulaśne jak koty w inny kolorach:-). No może za wyjątkiem kotów bezwłosych :D. Te nie są futrzaste :D;




wtorek, 10 września 2013

Dziś na poważnie będzie.

    Swoją terapię dla współuzależnionych traktuję bardzo poważnie. Kiedyś nie wierzyłam w czary-mary i inny gadany hokus-pokus, ale jak teraz to wiem, wtedy nie znałam Ewy.Zanim zaczęłam przyjmować do siebie fakt, że problem alkoholizmu meżamegoraczejtrzeżwego oraz "ukochanej mateczki" mogę rozwiązać dopiero wtedy, kiedy zrobię porządek ze sobą. Oj nie tak to miało wyglądać, nie tak. Według ówczesnego stanu umysłu mego, miałam wejść do ośrodka leczenia uzależnień, otrzymać "receptę" na wyleczenie meżamegostraszniepijanego, oraz żyć długo i szczęśliwie. Każdy podkreślam to z całą mocą KAŻDY współuzależniony uważa,że może coś więcej zrobić dla bliskiej pijącej osoby,żeby taka przestała pić. I kiedy taka osoba wciąż pije, współuzależniony wpędza się w poczucie winy, że za mało robi. I tak właśnie wygląda błędne koło współuzależnienia. Jest to mocno uproszczona wersja bardzo skomplikowanego i bolesnego tematu. Jak już wcześniej pisałam, proces odbudowywania swojej własnej tożsamości i określania granic trwał prawie 3 lata. Jestem dumna z tego co osiągnęłam. Z tego kim jestem i jaka jestem. Że już nie daję się wykorzystywać, że potrafię odmówić jakiemuś żądaniu, które jest dla mnie krzywdzące i nie mam poczucia winy, że odmawiam. To moje nowe"ja" jest wciąż chropowate i nie wygładzone, ale najważniejsze, że jest :-).
        Gdzieś tam po drodze wpadło mi do głowy, że mogłabym pomagać osobom z problemami takimi jak moje.A guzik prawda, nie mogłabym!. Nawet zapytałam mojej Ewy, czy na studiach uczą cierpliwości do takich rozjęczanych, rozpłakanych osób jak ja kiedyś. Jak się domyślacie, nie uczą:-). Trzeba mieć predyspozycje. Ja ich nie posiadam jak się okazało.
     Piszę o tym, bo los postanowił mnie wypróbować. Na mojej drodze postawił kobietę uwikłaną w związek z alkoholikiem, córkę alkoholika. Moją imienniczkę i tradycyjnie już dla mnie o 12 lat młodszą:-). Jakoś tak się dziwnie składa,ze najważniejsze dla mnie osoby, adresatki tego bloga (z grupy młodszych) są właśnie o 12 lat młodsze:-). Ale do brzegu.
Znajomość z moją imienniczką trwa już rok. Przez ten czas wysłuchałam "islandzkiej sagi" w sensie długości o jej kłopotach z mężem alkoholikiem, o jego postępującym nałogu i jej bezsilności. Początkowo poddawałam jej pewne działania pod rozwagę. Broń bosz nie radziłam co ma robić, bo od" dobrych rad" w kwestiach życiowych muszę się powstrzymywać. Rad typu "ja na twoim miejscu...". Trudne ale można :-). Ponad rok wskazuję drogę do Ośrodka, do mojej Ewy (Ewcia wybacz :-D ).Nie głaszczę po głowie. I wiecie co? Tu się właśnie okazało, że brak mi predyspozycji pomocowych. Bo trafia mnie cholera, jak widzę taką rozmamłaną, jęczącą babę, która nie chce pomóc sama sobie. Bo można, tylko trzeba chcieć. Widzę samą siebie sprzed lat... . Zagubioną ale paskudną. Widzę jak czepiam się swoich przyjaciół, jak nie daję im żyć, obarczając swoimi nieustannymi problemami. Jak nie potrafię samodzielnie podjąć żadnej sensownej decyzji, tylko czekam aż ktoś inny załatwi sprawę za mnie.... No nie da się. Każdy musi działać sam dla siebie.
I dlatego wczoraj po raz kolejny wskazałam drogę do poradni mojej imienniczce (Ewcia wybacz:-D).
Czy przyjdzie - nie wiem. Ale to już będzie jej wybór...

P.S.Jako że wciąż czegoś nie potrafię na tym blogu, informację kim dla mnie jest Ewa można znaleźć we              wpisie pt. "Ewa".

poniedziałek, 2 września 2013

No musiałam :-))

Mam kilka ulubionych blogów, które czytam. Jak się dowiem jak to zrobić, wrzucę linki, bo naprawdę warto je sobie poczytać. Dziś próbka  "Rozpasanych w żartach" - no musiałam Wam to pokazać. Miłej zabawy :-))):


Witam
Przesyłam nowe opracowanie znaczeń słów, które znamy…
 Patomorfolog – lekarz ostatniego kontaktu
yyy – ulubiona wypowiedź naszych polityków

anestezjolog – członek ekipy operującej, który sprawia, że nie czujesz
bólu do momentu otrzymania rachunku.

alkohol – kosmetyk zażywany doustnie. Zażyty w odpowiedniej dawce
powoduje zdecydowaną poprawę urody otoczenia zażywającego.

apatia – stosunek do stosunku po stosunku

antysemita – judeosceptyk, tylko bardziej zażarty

arab – osoba z kulturowo uwarunkowanym ręcznikiem na głowie

bałagan – przestrzeń zaaranżowana alternatywnie

biedak – osobnik ekonomicznie nieprzystosowany

dorosły – osoba, która przestała rosnąć na końcach i zaczęła rosnąć
pośrodku.

denat – osoba bezterminowo dysfunkcyjna

erekcja – czasowy objaw niezrównoważenia hormonalnego

głuchoniemy – osoba ze wzmożoną werbalizacją ruchową

ginekolog – lekarz, który szuka problemów tam, gdzie inni znajdują radość

grubas – osoba zorientowana horyzontalnie

haracz – dobrowolna opłata na rzecz lokalnego lobby baseballowego

internacjonalizm – miłość francuska polskiego anglisty z włoską
germanistką na szwedzkiej amerykance w hiszpańskim hotelu

jąkała – osoba z samopowtarzalną dysfunkcją płynności artykulacji

ksiądz – człowiek, do którego wszyscy mówią ojcze, za wyjątkiem
jego własnych dzieci, które mówią do niego wujku

kac – suszenie po zalaniu

komputer – urządzenie służące do rozwiązywania problemów, których bez
niego w ogóle by nie było

konsultant – ktoś, kto weźmie zegarek od twojej żony, powie ci
która godzina, po czym każe zapłacić za informacje.

kurz – odwodnione błoto.

kurdupel – osobnik o obniżonym środku ciężkości, z krótszym czasem
wędrówki impulsów nerwowych, wertykalnie zdegradowany

leń – osoba motywacyjnie zubożona

market – ring do walk zespołowych o wątpliwej wartości trofea
zazwyczaj przeterminowane, układane na regałach, przez osobników obdarzonych
ujemnym ilorazem inteligencji.

piękno – ulotne zjawisko mijające zwykle po wytrzeźwieniu

pijany – osobnik przestrzennie zagubiony

szczerbaty – osoba o zwiększonej wydajności oddechowej

wędka – kij łączący debila z wodą

wibrator – urządzenie na złość kobietom montowane w telefonach
http://rozpasani-w-zartach.blog.onet.pl/page/2/