czwartek, 31 grudnia 2015

Dosiego Roku:-)

Jako że jedyne błyski jakie na stanie posiadam, to lampki choinkowe migocące w oknie w rytm bez mała dyskotekowy i jedyny strzał jaki mogłabym oddać, to strzał z szampana, którego z przyczyn oczywistych nie oddam, więc cichutko i spokojnie wejdę sobie w Nowy Rok, bowiem kocham fajerwerki, ale mojego psa kocham jeszcze bardziej :-)).

Wszystkim moich najmilszym czytaczom życzę, aby nadchodzący rok był równie dobry jak stary, a jeśli stary był beznadziejny, to żeby nowy był lepszy, żeby wszystkie Wasze sprawy znalazły swoje dobre zakończenia, żeby spełniły się marzenia te małe i te duże, a zdrówko zawsze było takie jak trzeba. I żebyście na swojej drodze spotykali tylko samych dobrych ludzi-takich jakimi sami jesteście:-)

A że mieszkam w Germanii to na Wasze oczy przekazuję germański symbol szczęścia: świnkę z koniczynką

oraz skoro jestem Polką to również kominiarza


i hmmm butelkę szampana w rozmiarze około 2 cm :D


Dosiego Roku Kochani :-)))))

środa, 16 grudnia 2015

Zaległości-sprawa, sprawa i po sprawie

Jako że był to cel nadrzędny odwiedzin Wrocławia, w sądzie byłam pół godziny przed czasem.
Gdzieś tam w odmętach ponurego gmaszyska znalazłam kiosk i nabyłam ukochany zabijacz czasu mianowicie "Detektywa". Później odnalazłam stosowną salę, sprawdziłam czy wiszę na ścianie i oddałam się lekturze. Chwilę później kątem oka dostrzegłam Rozwiedzionego z teczuszką w dłoni w celu zastraszenia przeciwnika  dodania sobie powagi. Obiektywny głos w mojej głowie skonstatował, że no no karwasztwasz nieźle facet się trzyma, subiektywny poradził strzelenie barana w najbliższą ścianę i przypomniał po co tu jestem. Rozwiedziony krążył wokół mnie, krążył a że żadnej innej baby w podobnym do mojego wieku nie było, podszedł, podał dłoń wilgotną i zimna niczym ryba (yeehhh :((( ) i rzekł błyskotliwie:Tak myślałem (no paczcie państwo myślał), że to ty.
No niestety ja- odrzekłam równie błyskotliwie z trudem hamując odruch wytarcia ręki o spodnie.
(Jak rany zawsze miał takie łapy? ). Dialog zdechł w zarodku, Rozwiedziony oddalił się w kierunku sali, a ja zaczęłam gryźć z nerwów paluchi-gdzie u diabła jest moja adwokat? Ja prosz państwa chętnie poddam się ponownym sindbadowym torturom ale w jakimś bardziej rozrywkowym celu, a nie po raz kolejny w tej idiotycznej sprawie. Gorączkowo myślałam jak załatwić, żeby było dobrze i bez ponownej wycieczki, kiedy nadszedł czas na wejście do sali rozpraw. Wkurzona jak nie wiem co wstałam, a z ławki obok poderwało się pacholę w odblaskowych adidaskach, z damska beżową torebką w dłoni i rzekło; paniW? Nie wiedziałem, że pani będzie, jestem pani adwokatem, przyszedłem w zastępstwie. Jakie karwasztwasz nie wiedziałem? Przecież informowałam mejlowo? Że będę? Na to wepchał się Rozwiedziony, czym niezwykle uradował chłopaczka w odblaskach, że tak wszyscy są obecni. Już po chwili okazało się, że pacholątko to nie taki cherubinek jak go malują, a wredna i złośliwa maupa, tak wredna że aż pożałowałam, że wtedy kiedy najbardziej potrzebowałam adwokata, nie było go u mojego boku. Ale do brzegu tzn. to do orzeczenia. Sędzina sprawdziwszy kto zacz na sali przystąpiła do pracy na wstępie oznajmiając, że nie rozumie sensu tej sprawy (he he nie ona jedna), ale skoro sprawa jest należy ją rozpatrzyć. I wzięła się za Rozwiedzionego.
Czy pan zna treść pozwu? -zapytała
Tak znam-rzekł on z pozycji siedzącej
Pan wstanie jak pan mówi do sądu-przywołała go do porządku, przebijając balon buty Rozwiedzionego
Yyyyyy przepraszam-rzekł on i wstał, całkowicie odarty z bezczelnej pewności siebie i mnąc swoją teczuszkę. Zawsze tak było, jak trafił na silniejszego od siebie.
No to co pan ma do powiedzenia?
Eeeeeee że wszystko co tam napisane to prawda.
W tym momencie wszystkim (z wyłączeniem Rozwiedzionego) obecnym na sali szczęki opadły do podłogi i tak pozostały. Pierwsza ogarnęła się sędzina.
Może pan powtórzyć?
No tak wszystko co tam napisane to prawda. Że to i to i to i tamto też. Parsknęłam śmiechem, protokolantka spuściła głowę w dół, sędzina schowała usta w dłoń, a pacholę obok mnie zdumionym głosem zadało retoryczne pytanie: to po co w takim razie jest ta sprawa? Sędzina wyśmiawszy się w mankiet przystąpiła do dalszego odpytywania- a kiedy rozwód był ( w tym momencie spojrzała na mnie z politowaniem, że tak długo z nim wytrzymałam-dobrze, że nie popukała się w czoło) i czy wiedział o tej sprawie. No przecież, że nie wiedział-rzekł on, a ja zacisnęłam zęby, żeby czegoś mu nie powiedzieć. A że to nie była sedziaannamariawesolowska w polsacie, to dałam radę. Pokręciłam tylko głową, co zyskało jak mniemam szacunek u sędziny, bo widać było, że spodziewa się awantury.
Potem dwukrotnie zapytała czy Rozwiedziony nie wnosi żadnych roszczeń, a on dwukrotnie zaprzeczył. W tym czasie pacholę w odblaskach szykując się do swojego wystąpienia zapytało mnie swawolnym szeptem: mogę o tych pieniądzach powiedzieć, mogę? No pewnie że mógł-co sobie będę rozrywki żałować :-). Sędzina zwróciła się do Rozwiedzionego, czy chce jeszcze coś powiedzieć, na co on odrzekł iż chce dodać, że to mieszkanie należało do rodziców żony (byłej, byłej wymamrotałam pod nosem) i zawsze (od czasu przydziału) należało do mojej rodziny. I dodał:-).
Na to wstał pacholaczek i po adwokacku powiedział, co miał powiedzieć, po czym zapytał:
Mówił pan, że nic o sprawie nie wiedział. A przecież zarówno syn i jak i żona ( była, była wymamrotałam) kontaktowali się z panem w tej sprawie.
No było tak. Syn zadzwonił i kazał iść do urzędu iść jakiś papier podpisać, a żona (była, była wciąż protestowałam) zadzwoniła do mnie, rozmawialiśmy jakieś piec minut i straszyła mnie sądem-poskarżył się sędzinie Rozwiedziony głosem małego płaczliwego dzieciaczka.
No dobrze-rzekło pacholę w odblaskach, mówił pan że żadnych roszczeń nie wnosi, to w takim razie dlaczego zażądał pan od nich 15 000 zł?
Czerwony jak burak i malutki jak wrocławskie krasnoludki Rozwiedziony odrzekł, że to miało być takie rozliczenie honorowe.
Honorowe co? -zapytała sędzina
Rozliczenie-odparł Rozwiedziony.
 Zostawiłem żonie (byłej do jasnej cholery) pralki, lodówki i inne takie. Zostałem bez niczego, goły i bosy-zaskamlał dramatycznie.
Sędzina ponownie wyśmiała się w makiet, przypomniała, że zostawił byłej (he he) żonie i dziecku dobre warunki do życia I nakazała mowę.
Końcową?-upewniło się zdumione pacholę w odblaskach.
Końcową-z mocą odrzekła ona.
Mowa się odbyła, zapytany na zakończenie Rozwiedziony czy ma jeszcze coś do powiedzenia, zaskamlał że prosi o zwolnienie z kosztów, bo i tak już jest pokrzywdzony (no biedaczek doprawdy) i zostaliśmy wyproszeni z sali, bo sąd udał się na naradę. Nie naradzał się długo, wróciliśmy, sąd powtórzył, to co powiedział na początku, że ta sprawa w ogóle nie powinna mieć miejsca i że przepis który wtedy obowiązywał jest niedorzeczny. I ukłony wielkie żegnam państwa.
Wyszliśmy z sali, pacholę w odblaskach cieszyło się że takiej ekspresowo wygranej sprawy jeszcze nie miało, między nas wcisnął się Rozwiedziony ze swoją rybą i pożegnaliśmy się, miejmy nadzieję na wiekiwiekufament.

Tak na marginesie-nie wiem co kierowało tym idiotą, że doprowadził do tej sytuacji-wiara, że go do sądu nie podamy, czy chęć ujrzenia na własne oczy jak też mnie czas posunął?
Hmm...



poniedziałek, 14 grudnia 2015

Zaległości-o spotkaniu Poduszki z wiadomo kim-cześć III czyli powrót do domu

Poduszka już bez żadnych dodatkowych przeszkód pomijając wątpliwą atrakcję w postaci kilometrowej kolejki do wceta na CPN, któraż to kolejka spowodowana była zlotem baaaaaardzo dużej ilości Sindbadów na w/w CPN. Sindbady wucety wewnętrzne posiadają, co to im się światełko od razu zapala przy otwarciu drzwi, jednakowoż częste ostrzeżenia ŚZP co by za często z nich nie korzystać ajużtodrugietoboszbrońwcale jak i również rozbuchana wyobraźnia Poduszki na temat tego, co tam być może się znajdować, sprawiły że wizja normalnej  przyznajmy szczerze nawet czystej toalety na stałym gruncie była zbyt kusząca, by z niej z rezygnować. Toteż Poduszka nie zrezygnowała, swoje odstała, popatrzyła na rodaków w ilości hurtowej, której to ilości dawno nie widziała, posłuchała narodowych wrzasków typu "dziesieujuwpychaszjatustałem" i oddawszy co miała oddać, z uśmiechem na ustach przywitała ojczyznę.
Zostawiając dywagacje fizjologiczne na boku, Poduszka przyjrzała się kolejnej atrakcji o której zapomniała wczesnien napisać, mianowicie Poduszce ucharakteryzowanej na typ hiszpański w wieku zbliżonym co własnego (Poduszki oczywiście), co to na kruczoczarnych długich włosach spinkę w rozmiarach bez mała mantyli posiadała zdobną w "brylanty i inne kamienie śchlachetne" i któraż to drogę calutką gromkim głosem opowiadała kim to ona nie jest, jej nikt nie powie oraz na próby dyskretnego uciszania kulturalnie odpowiadała, że to hotel nie jest i jak kto chce spać, to niech se ten hotel wynajmie i na której Poduszka ćwiczyła sarkazm i ironię z racji braku innych rozrywek. Hiszpanka czuła, że jest obiektem kpin, jednakowoż jej prostactwo i chamstwo skutecznie blokowało podejrzenia, że coś może być na rzeczy i nakręcała się coraz bardziej. Pod koniec podróży wyjęła zestaw małej pacykary i narzuciła nowy tynk na poprzednią warstwę, oznajmiając przy tym, że musi się do ludzi przygotować, na co wrodzona uprzejmość naszej Poduszki zmuszona była powiedzieć, że nawet dwie fabryki farb i porcelany razem wzięte niewiele mogły by zdziałać, wywołując tym samym salwy śmiechu innych Poduszek. (ogarnij się kobieto, bo nigdy nie wrócisz). Jednak każda podróż ma swój kres i Poduszka szczęśliwie dojechała do miejsca przeznaczenia. Bez żalu pożegnała Sindbada Autobusiarza i gnąc się na ukochanych wrocławskich brukach przy ciągnięciu walizki, co to gibała się w te i nazad jako że bruki nad wyraz nierówne były, dotarła szczęśliwie do przystanku tramwaju nr 11 w kierunku na Oporów, który zawiózł ją do jej protoplasty.

POWRÓT DO DOMU

sie odbył prawie normalnie. Poduszka uznała, że w dniu 31. października tłoku w Sindbadzie Powrotnym wcale a wcale nie będzie albowiem azaliż i ponieważ ukochani rodacy stać będą na grobach swych bliskich w dniu następnym i Poduszka będzie mogła rozwalać się po siedzeniach jak jaka Pierzyna Wyprawna co najmniej. Niestety ukochani rodacy zawiedli i nie stali w dniu następnym, tylko w dniu odjazdu zapchali Sindbada na full. Dla odmiany znów mocno opóźniony Autobusiarz miał na swym pokładzie kompetentnego młodego człowieka, co to sprawnie poupychał Poduszki i ich bagaże na właściwe miejsca i prędko dał znak do odjazdu. Generalnie tak wszystko świetnie ogarniał, że na miejsce przeznaczenia dojechaliśmy półtorej godziny wcześniej, co było miłym prezentem od Sindbada, albowiem jeśli Poduszce wydawało się, że pierwszy Sindbad był niewygodny, to u Powrotnego nie bardzo wie jak nazwać "komfort" podróży. Dla przykładu:
Poduszka prawie wszystko ma za krótkie; jak już wiemy szyję, oraz ręce i nogi tudzież, bo jak wsiada do samochodu, to se musi fotel ma maksa przysunąć co by pedałów i kierownicy dosięgnąć, z tym że żeby wysiąść musi ten fotel odsunąć, bo inaczej się zakleszcza na stałe hre hre hre. Za to braki w długościach nadrabia na obwodach wszelakich. Hojnie bardzo nieprawdaż. Więc generalnie nie powinna mieć problemów sindbadowo-siedzeniowych. A jednak. Widząc obok zgiętą w pół sąsiadkę z kolanami bez mała pod brodą, w prostocie swej i nieświadomości pomyślała, że siedzenia z przodu są rozłożone. Grzecznie zatem poprosiła siedzące z przodu Poduszki z złożenie foteli z uwagi na absolutny brak miejsca. Te równie grzeczne jak nasza Poduszka zrozumiawszy sytuacje (albowiem miały z przodu taką samą), zaczęły mocować się z siedzeniami, które za nic nie chciały się złożyć. Komisyjnie uznając, że siedzenia są zepsute, zatrzymały przechodzącego pilota i poprosiły zbiorczo o pomoc w złożeniu. Jakież było ich zdumienie, kiedy okazało się, że siedzenia są ZŁOŻONE!!!!!
Tak więc zdumiona Poduszka (co to wiemy, że wszystko ma za krótkie) przesiedziała w pozycji na baczność calusieńką drogę, bowiem luz pomiędzy jej kolanami a siedzeniem wynoszący mniej więcej 2 cm, nie sprzyjał żadnym siedzeniowym manewrom. Aż żal było patrzeć na ludzi z mniej więcej normalnymi wymiarami,co to siedzieli poskręcani na swoich miejscach. Na szczęście dla Poduszki litościwi kierowcy skrócili podróż i zamiast planowanych 11 godzin, jechali 9,5.


Tak na marginesie-czytałam opinie o Sindbadzie zanim wykupiłam bilety. Były złe.
Jednakże uznałam, że ludzie jak to ludzie przesadzają, bo tak już mają. Niestety nie przesadzali.
Swego czasu wiele razy podróżowałam autobusami po Polsce i w żadnym mimo, że były stare i leciwe nie było takiej ciasnoty!. Raz jeden jedyny autobus stary chrychot z Ostrołęki do Ostrowi miał zepsute ogrzewanie i albo było lodowato, albo ukrop z tym, że podróż trwała godzinę i autobus ten zatrzymywał się po okolicznych wioskach. Miejsca jednakże było w nim dość i personel w postaci kierowców albo dwóch zawsze uprzejmy i kompetentny nawet jak pierwszy raz w życiu widział bilet z internetu-powiedział wtedy (ten personel): ja się nie znam, będzie się pani najwyżej tłumaczyć kontroli. Miejsce z biletu czeka wolne. Proszę siadać i miłej podróży. A podróż trwała 14 godzin, bo jechałam z Ostrołęki do Koszalina. Że nie wspomnę (a wspominam) o Polskim Busie, który jest wręcz limuzyną. Nie zarzekam się, że nigdy do Sindbada nie wsiądę, bo los lubi płatać figle, ale będę szukać alternatywnych metod komunikacji, bo to co oni oferują pasażerom to zgroza i koszmar.

A Poduszka z Podróżnym Kocykiem w bezpiecznym miejscu odreagowują przeżyty stres....

                                                                                                     Koniec :D

niedziela, 6 grudnia 2015

Zaległości- o spotkaniu Poduszki z Sindbadem Autobusiarzem-cz.II zobaczymy czy ostatnia

Poduszka wraz z Kocykiem zasiedli sobie na siedzeniu nr 34 i rozejrzeli się dookoła siebie. Inne Poduszki dziarsko zajmowały swoje miejsca poganiane przez ŚwietnieZorganizowanąPilotkę, która po kolejnym siedzeniowym zamieszaniu, bo jej się numeracja siedzeń dla odmiany nie zgadzała, powoli zbliżała się do granic histerii. Nasza Poduszka z uznaniem zobaczyła, że na ekranie małego telewizorka leci jakiś film sensacyjny, który wyglądał na dobry, ucieszyła się też, że ten telewizorek ma  blisko siebie, bo wiecierozumiecie wzrok już nie ten, przezornie upewniła się, że Sindbad Autobusiarz na pewno jedzie do Wrocławia i spokojnie oddała się konsumpcji czekolady kokosowej wydobytej z niezbadanych czeluści małej damskiej torebki. Jak wygląda mała damska torebka wiedzą wszystkie panie, a jeden pan miał przyjemność dźwigać nosić ją za Poduszką we Wrocławiu i do której Poduszka wciąż dokładała nowe zakupy. A wcale nie ubywało miejsca. Mniej więcej w czasie drugiego rządka czekolady coś zachromotało, na telewizorku błysnęło białym światłem, poraziło wzrok Poduszce, która zaczęła mieć obawy o bliskość z telewizorkiem i z głośnika popłynął głos Świetnie ZorganizowanejPilotki, która przywitała nowych pasażerów, pożegnała starych (he he rychło w czas) i zapowiedziała, że po krótkiej prezentacji filmowej dotyczącej Sindbada Autobusiarza rozpocznie obchód w celu wypisania biletów i zebrania stosownej za te bilety odpłatności. Niestety, niestety telewizorek błyskał białym światłem niczym latarnia morska wprost w oczy siedzącej (a jakże) w odpowiedniej odległości Poduszce. Zanosiło się na ciężką noc...Po jakiś dwóch godzinach znów coś zachromotało i głos ŚZP oznajmił, że padł im komputer pokładowy, ale bez obaw będę starli się go naprawić. Hmm przed poduszką było jeszcze 9 godzin błyskania i nawet czekolada kokosowa nie była wstanie poprawić sytuacji. ŚZP przeleciała się po autobusie zbierając dane z dowodu osobistego-na pytanie dlaczego żąda dowodu, odrzekła że musi wiedzieć, że to właściwa Poduszka jedzie, a nie jakaś inna co się podszywa pod właściwą i dobrowolnie skazuje na podróż z Sindbadem Autobusiarzem. Po następnej godzinie z lekka zahipnotyzowaną białym błyskającym światłem z transu wybudziła ŚZP przynosząc bilet. Po następnej godzinie kiedy i Kocyk zaczynał objawiać stany hipnotyczne, nadeszła pora płacenia. Żądana kwota była zgodna z tą z rezerwacji, toteż Poduszka uiściła ją bez grymasów i ponownie zapadła w swój trans, wpatrzona w strzelający na biało telewizorek. Po następnej godzinie ( a była już 2 w nocy) coś na krańcach świadomości zadało Poduszce pytanie: A bilet kretynko sprawdziłaś???? Poduszka nie obruszyła się na kretynkę, tylko sięgnęła do czeluści swej torby, rostworzyła bilet, a tam jak byk stało, że powrotny Sindbad odjeżdża z Wrocka o 18.30, a nie jak było na rozkładzie i zostało potwierdzone przez rezerwację o 21.30. Piekłoiszatani rzekła Poduszka i chwyciła telefon w dłoń modląc się o to, by Autobusiarz przebywał wciąż na terytorium Germanii, albowiem azaliż i ponieważ ma taką sieć (Poduszka ma nie Sindbad), co to nie jest drogo do Polski i po Germanii, ale zabójczo drogo w rołmingu.
Się udało i Poduszka uzyskała informację, że wciąż nadal i nieustająco Autobusiarz odjeżdża o 21.30 koniec kropka i Poduszka ma się zwrócić do swej pilotki co to wiemy, że jest ŚwietnieZorganizowana. Cóż innego wyjścia nie było i Poduszka cierpliwie czekała na swoją kolej ( przed nią było jeszcze jakieś 5 godzin jazdy to miała czas na czekanie) a ŚZP roznosiła w tym czasie gorące napoje myląc herbatę z kawą, wodę z kolą, a raz nawet podając niezamówiony czerwony barszczyk zamiast zamówionej kawy z mlekiem. W końcu nadeszła kolej Poduszki, która bardzo grzecznie (bo już i tak czuła się jak wredna starucha co to czepia się siedzeń, dowodów i żądająca zniżek emeryckich he he) zapytała czy aby ŚZP nie pomyliła godziny na bilecie? Zimno już trochę i czekanie na dworze nie bardzo  tegotam... ŚZP rzuciła okiem na bilet i rzekła, że w istocie źle napisała, wzięła bilet i poszła. Na następne mniej więcej dwie godziny. Sen odszedł od Poduszki jakby go kto przegonił i zaczęły się próby znalezienia wygodniejszego miejsca, żeby się jakość ukryć przed strzelającym na biało telewizorkiem, bo wciąż próbowano uruchomić komputer i filmik. Cel do jakiego była przeznaczona Poduszka a mianowicie po złożeniu na pół miała podtrzymywać głowę, nie został osiągnięty albowiem azaliż i ponieważ musiałaby to być głowa żyrafy osadzona na jej dłuuuuuuugiej szyi, natomiast jako skuteczna podpora kręgosłupa po zsunięciu  się z siedzenia sprawiła się znakomicie.
Tak więc pół zwisająca, podparta i otulona ciepłym Kocykiem Poduszka przywołała sen, bo od dłuższej chwili zaniechało błysków, czekolada z kokosem powoli zamieniała się napój czekoladowy bezpiecznie ukryta w małej damskiej torebce upchniętej w nogach przy samym jak się później okazało  grzejniku, gdy nagle błysnęło i głos bez mała trąby jerychońskiej zagrzmiał filmem reklamowym, bo właśnie udało się odpalić komputer. Poduszka z pewnym zainteresowaniem obejrzała (bo nie miała innego wyjścia) w/w filmik, z którego dowiedziała się, że mogła sobie siedzenie wysunąć na środek oddalając się niniejszym od chrapiącego sąsiada, bo o odchylaniu nawet nie pomyślała z uwagi na osoby z tyłu i postanowiła wykorzystać zdobytą wiedzę w drodze powrotnej.  Spać już nie poszła, bo zaczynało ją dopadać przeziębienie a i ukochany Wrocław z każdym obrotem kół Sindbada Autobusiarza był coraz bliżej...
                                                                                                               CDN


P.S. Jak to jest możliwe, żeby nadrobić 40 minut opóźnienia ? Pewnie kosztem przerw na trasie, chyba że Sindbady Autobusiarze mają Czasozmieniacze jak Hermiona...

wtorek, 1 grudnia 2015

Zaległości-o spotkaniu Poduszki z Sindbadem niekoniecznie Żeglarzem

Poduszka opuściwszy rezydencję z kartonu, udała się w towarzystwie Podróżnego Kocyka do wielkiej aglomeracji na spotkanie z Sindbadem Autobusiarzem. Poduszka rozbestwiona kartonową przestrzenią swojej pierwszej  rezydencji, naopowiadała głupot Podróżnemu Kocykowi jak to im miło będzie i wygodnie, kiedy już spotkają się z Sindbadem Autobusiarzem. Po przybyciu na miejsce zbiórki zdumiona Poduszka ujrzała kłęby gryzącego dymu wydobywające się z tylnych otworów Sindbada. Stłumiwszy w sobie okrzyk zgrozy jednocześnie przymuszając mamroczący pod nosem Kocyk do zamknięcia kocykowej paszczy, Poduszka podeszła z pytaniem o kierunek do pracownika Sindbada. Ku jej uldze nie był to jej Sindbad, bo ten jechał całkiem w całkiem inne miejsce. Czas płynął, planowana godzina odjazdu dawno minęła, Sindbad Autobusiarz nr 1 wciąż i nieustająco produkował kłęby gryzącego dymu (Poduszka była ciekawa kiedy odpowiednie służby zaczną interweniować), kiedy na przystanek przeznaczony dla JEDNEGO Sindbada, podjechał następny-niestety wciąż nie ten, na którego czekała Poduszka. Teraz już dwa Sindbady stały w centrum miasta i dymiły niemiłosiernie.
Zaczadzony Kocyk ironicznie dogadywał Poduszce w kwestii jej oceny tego co miłe, a zdegustowana Poduszka gryzła palce na myśl, że może pomyliła godziny albo co się stało innego i nie pojedzie, a przecież choćby się waliło i paliło, ona musiała dziś wyjechać. Jednakowoż każda udręka ma swój kres i po prawie 40-minutowym nerwowym oczekiwaniu na przystanek dla JEDNEGO Sindbada, na którym jak wiemy  stały już dwa, wjechał trzeci już właściwy. Jako że trzeci Sindbad również dymił okrutnie, to przez chwilę zrobiło się jak w Krakowie podczas smoka, o którym Poduszka czytała w internecie. Roztworzyły się drzwi, następnie uniosły klapy luków bagażowych i bardzo niewyraźne zmazy objuczone torbami, udały się do Sindbadów jeden i dwa, które jak się okazało były skomunikowane z Sindbadem trzy i na niego oczekiwały. Dlaczego w kłębach dymu, tego Poduszka już się nie dowiedziała. When the smoke is going down nieprawdaż, rozpoczął się załadunek. Poduszka wraz z Kocykiem otrzymali od pilotki nr siedzenia 33 i polecenie udania się wraz z bagażami na lewą stronę autokaru. Po wyjaśnieniu drobnej nieścisłości w postaci trzech innych osób którym przedzielono siedzenie nr 33, Poduszka z Kocykiem zostali przegonieniu przez kierowcę na prawą stronę autokaru wprost pod pędzące samochody. Szczęśliwe nikomu nic się nie stało, bagaże zostały sprawnie zapakowane do luku, niektóre na dodatek były ważone, szczególnie te które na oko wydawały się kierowcy ciężkie, w celu uiszczenia dodatkowej opłaty, przy czym kierowca okiem nie ważył, tylko taką wagą, co to na haczyk się zaczepia i podnosi do góry ( nie pamiętam jak ta waga się nazywa). Poduszka nie odpuściła sobie widoku pracowitego kierowcy, co to giął się pod ciężarem niektórych waliz, bohatersko podnoszonych jedną ręką do góry i na dodatek lekko dyndających. Kocyk cofnął swe wcześniejsze wypowiedzi i ramię w ramię z Poduszką czekali na to co nieuniknione. Nieuniknionym była olbrzymia plastikowa biała waliza rozmiarów małej szafy, którą to walizę próbowano zważyć na dyndającej wadze. Kierowca dźwignął raz i nic, dwa i nic, trzy-waliza lekko drgnęła, majtnęła się na boki i co było właśnie nieuniknione-majtnęła kierowcą. Kierowca z byka zaatakował Sindbada, potrząsnął głową i zaniechał ważenia. Dopłaty też nie wziął.
Poduszka wraz z Kocykiem wdrapali się po schodach i usiadłwszy na swoim miejscu nr 34 już bez dodatkowych osób, zaczęli oczekiwanie na ŚwietnieZorganizowanąPilotkę w celu uiszczenia opłaty za przejazd...
                                   

                                                                                                             CDN...


niedziela, 25 października 2015

Trzy dni we Wrocławiu czyli zmagania z kolejnym absurdem

No to już wiecie do czego mi jest potrzeba poduszka z paczki-w środę wieczorem jadę do Wrocka i czeka mnie 11-godzinna autobusowa rozrywka. Mam tylko cichą nadzieję, że poduszka chociaż trochę złagodzi prawdopodobne i prawdopodobnie nieodwracalne skrzywienie głowy:/.
A jadę, bo... Ładnych parę lat temu przyszłam sobie na świat. Całkowicie bez udziału mojej osoby zostałam zameldowana w lokalu należącym obecnie do zasobów gminy Wrocław, wcześniej szumnie zwanym kwaterunkowym. Jak mój protoplasta zdobył takowe, pozostanie tajemnicą w mrokach dziejów, niemniej jednak w ołbińskim kwaterunku rosłam sobie zdrowo wzdłuż i wszerz. Rodzice rozwiedli się, tato wyprowadzając się, pozostawił byłej żonie z małoletnimi córkami prawo do najmu, Była żona w stosownym czasie po wielu idiotycznych decyzjach (własnych) zostawiła owo kwaterunkowe młodszej z córek (bo starsza u śat poszła), dokonano stosownej korekty w warunkach najmu i młodsza małoletnia,która już była dużoletnią, doznawszy pomięszania zmysłów, za maż wyszła za męża nr 1, dziecię płci odmiennej mu porodziwszy. Ów mąż na mocy jak się dziś okazuje obowiązujących wówczas przepisów, został współnajemcą z automatu owego (przypominam) kwaterunkowego lokalu , który to lokal (przypominam) należy do zasobów gminy Wrocław. Znów minęło lat parę (15) i młodsza dużoletnia z radosnym okrzykiem :"nigdy więcej bucu nie będziesz obrażał mojej rodziny", dokonała rozwodu z mężem nr 1, po czym rok po tym rozwodzie dokonała wykopu rozwiedzionego z mieszkania (pamiętajmy) kwaterunkowego. I tak sobie zamieszkiwali razem młodsza corazwięcejletnia z dziecięciem płci odmiennej kolejnych lat parę, kiedy to po raz kolejny młodsza obecnie starożytna doznała kolejnego pomięszania zmysłów i wyjechała do Ostrowi, lokal (przypomnijmy) kwaterunkowy dziecięciu swemu pozostawiwszy. Gdzieś tak po drodze (przed kolejnym pomięszaniem) dowiedzieli się, że rozwiedziony nr 1 dokonał dobrowolnego i własnoręcznego aktu wymeldowania się. Znów minęło lat parę i dziecię płci odmiennej zapragnęło było dokonać wykupu lokalu (przypomnijmy ) kwaterunkowego na własność. Wziąwszy od matki swej stosowne pełnomocnictwa, udało się było do Wydziału Lokalowego gminy Wrocław złożyć stosowne dokumenta. Jakież było zdziwienie obojga ( dziecięcia i matki) kiedy okazało się, że rozwiedziony pomimo własnoręcznego wymeldowania się, wciąż widnieje jako współnajemca i bez jego podpisu, że on już w/w nie jest, wykupu lokalu zrobić się nie da. Dziecię zacisnąwszy zęby (albowiem z ojcem swym od lat wielu nie rozmawia), zadzwoniło do swego stworzyciela i zapytało, czy bylżeby on tak uprzejmy i podpisu dokonał. Onżesz zgodził się, okazując resztki ludzkich uczuć, po czym dnia następnego, resztką człowieka być przestał i zażądał 15.000 zł polskich jako należnego mu ekwiwalentu za wkład w małżeństwo. Była (od lat 13) żona sypnąwszy iskrami ze zgrzytających zębów zadzwoniła do rozwiedzionego, by spokojem swym i opanowaniem wyperswadować mu idiotyzm w szkodzeniu pierworodnemu. Spokój i opanowanie sprawiło, że rozwiedziony doznał ataku histerii (jak zwykle), próbował zamieszać w głowie swej byłej (jak zwykle), a kiedy mu się to nie udało (niezwykle he he) i po otrzymaniu żółtej kartki w postaci ostrzeżenia o sprawie w sądzie, niemal z płaczem w głosie zakrzyknął:" możecie robić ze mną co chcecie, możecie nawet zakuć mnie w kajdanki i zamknąć w więzieniu"! Słowo zatem się rzekło, dziecię najęło pomoc prawną, któraż to pomoc wystosowała stosowny wniosek i pozwała do sądu w celu odkręcenia gminę Wrocław (jako właściciela) oraz rozwiedzionego. Na  co Gmina wśród wielu innych bzdur odpisała w odwołaniu, że małżonkowie (rozwiedzeni od lat 13) powinni założyć sprawę o... podział majątku! Po odzyskaniu resztek rozumu po doznanym wstrząsie, była (od lat 13) żona zapytała pomoc swą prawną, jak można dzielić coś, co jest własnością kogoś innego? Otóż można, albowiem:" Co do zasady prawo najmu nabyte w trakcie trwania małżeństwa jest składnikiem majątku wspólnego i podlega podziałowi ( o ile istnieje - tzn. nie wygasło- jak twierdzimy w tej sprawie). Jego wartość może być oceniona przez pryzmat różnicy ceny mieszkania na wolnym rynku a ceny wykupu, bądź różnicy czynszu najmu na wolnym rynku a czynszu regulowanego w odniesieniu do przybliżonego okresu trwania najmu." Czyli że nie moje jest jednak moje gmina chociaż właściciel, właścicielem nie jest.
 Dla jasności-co do zasady nic nie rozumiem i dlatego w dniu 29 października tegoż roku, o godz.13.30 w sądzie będę ętelegętnie suszyć uprzednio wyszorowane do białości (co by wstydu nie było )zęby. Poduszka (bez paczki ) pozostanie u ojca mego w oczekiwaniu na powrót w swe (poduszkowe) rodzinne strony. No.

czwartek, 22 października 2015

piątek, 16 października 2015

Klucze z automatu

Że klucze robi automat, to chyba każdy wie. Mi jednak chodzi o inny automat-taki, jaki człowiek w sobie wyrabia po przeżyciu "traumy" (chociaż po germańsku Traum to marzenie, to od takich marzeń jak prosz bardzo, ale z daleka). No więc wiecierozumienie o co mnie kaman.
Pańcią bywam rzadko-właściwie określenie "rzadko" to w moim przypadku i tak za często. Kiedy mnie najdzie pańciowatość, zakładam buty na obcasie, szalenie wysokie te obcasy, bo całe 3-4 cm.
Butów takowych posiadam szt.4 w sensie 2 pary-jedna ślubna, co to ma już lat 7, a wciąż jak nowa i druga w wersji kozaczkowej, co se ją nabyłam w styczniu tego roku, coby szyku w Germanii zadawać.No wiecie-że ja niby taka elegancka jezdem-czy cuś:-)))). Aha-obcasów używam, kiedy wiem, że za długo chodzić własnonożnie nie będę, bo zadawanie szyku w tym przypadku (długiego chodzenia) boli jak olera. No. W tenże sposób zakreśliłam tło traumatycznego automatu. A tak na marginesie w związku z częstotliwością używania obcasów może zdarzyć się, że jak mię kiedy do trumny położą, to na jednej nodze będzie but ślubny, a na drugiej kozaczek od zadawania szyku, nieprawdaż.
To było gdzieś tak w lutym tego roku,niedługo po przyjeździe. Trzeba było mnóstwo spraw pozałatwiać, w tym niektóre w stolycy, no a jak w stolycy-mus w sobie poczułam, coby pańcie poudawać. Przyodziałam się pięknie w kozaczki (resztę odzieży również), wsiadłam do samochodu,majtnęłam drzwiami, rozsiadłam się wygodnie i pojechaliśmy.
Na miejscu okazało się że jak zwykle jak zwykle jak zwykle NIE MA MIEJSCA PARKINGOWEGO tam gdzie akurat była potrzeba!
Ożesz piekłoiszatani! Z zaciśniętymi zębami klnąc w duszy idiotyczną pańcię, wędrowałam w te i nazad robiąc milion kilometrów, a moje obcasy coraz głośniej czochrały stoliczne trotuary. Jednakowoż każda męka ma swój kres, nastał czas powrotu, wpełzłam do samochodu i zdejmując z nóg upiorne obcasy, masowałam obolałe paluchi. Wróciliśmy do domu. Weszliśmy. Zadzwonił dzwonek-przyszedł kolega z prośbą coby niemąż mu cośtam, gdzieśtam potłumaczył.Niedaleko i niedługo jak się po fakcie okazało na szczęście. A DURNA BABA czyli ja, zamiast NAJPIERW zdjąć upiorne kozaczki, chwyciła w dłoń worek śmieciowy plastikowy i wniosła go na klatkę, oczywiście majtając drzwiami. Durna baba zrobiła dwa kroczki, postawiła worek, odwróciła się, zrobiła powrotne dwa kroczki i.. stanęła. Stała tak dłuższą chwilę pod tymi drzwiami, zanim dotarło do jej pustej pańciowatej głowy, że drzwi są trwale zamknięte i bez klucza ani rusz, chyba że włam, z tym że narzędzi brakło do tejże czynności. A drzwi zamknięte były albowiem wszelkie germańskie drzwi jakie dane mi było poznać obustronnie, mają zatrzask i roztwarcie ich możliwe jest kluczem albo od wewnątrz klamką. Kluczy nie miałam, od wewnątrz też mnie nie było, a pies niewychowany taki wpuścić mnie nie chciał. Stałam więc w tych kozaczkach, nogi zapuszczały mi już korzenie w betonie, kiedy nie wytrzymałam i usiadłam i sie rozpłakałam. Ze złości na głupotę. Długo nie posiedziałam, bo to luty i schody zimne bardzo, szczególnie, że z racji nieustająco otwartych lufcików z uwagi na śmierdzącą sąsiadkę z dołu, która to sąsiadka śmierdzi osobiście z powodu niemycia i śmierdzi papierochowo (bo pali chyba śmieci) na klatce było zimno jak nie wiem co.
Wstałam. Pochodziłam. Polukałam przez lufciki czy aby niemąż nie wraca. Nie wracał. Zawisłam więc na poręczy, coby nogi odciążyć i czekałam. Po mniej więcej godzinie powracający niemąż na w widok zwisającej obustronnie z poręczy i dygoczącej z zimna byłej żony dostał ataku śmiechu, zupełnie nie wiem dlaczego;-). Od tego wydarzenia, kiedy zbliżam się do drzwi z zamiarem przekroczenie progu-klucze obowiązkowo mam w dłoni i wielokrotnie sprawdzam, czy aby na pewno są to te właściwe.

środa, 14 października 2015

Paczka z poduszką

Niemąż zapragnął był narzędzi. We walizce. No więc korzystając  ze swej ętelegęncji (że co, że sama napisałam, że jej nie mam ostatnio?-resztki mi pozostały więc używam)  i faktu mieszkania na zadoopiu , a zadoopie ma to do siebie, że wszędzie jest daleko, skorzystałam z nowoczesnych technologii i rzecz zamówiłam przez internet. Niejako przy okazji zamówiłam też poduszkę podróżną. Poduszka podróżna podgłowna zawsze się przydaje w podróży, zwłaszcza jak człowiek wie, że podróż o której wie, będzie długotrwale dotkliwa. Otrzymawszy na emalię informację (dobry wujek Gugiel baaaardzo pomaga w zrozumieniu) kiedy i o której kurier z zamówionymi rzeczami się objawi, grzecznie warowałam pod drzwiami czekałam. W Wyznaczonym terminie dzwonek zabzyczał, pies dostał szału dzwonkowego (głupek szczeka nawet na dzwonek przy durnej reklamie środka na uspokojenie-no mnie też ta reklama nie uspokaja, więc psa rozumiem) chociaż to najcichszy pies jakiego znam i tylko dzwonek do drzwi go rusza, chwyciłam klucze w dłoń (klucze w dłoń chwytam już niejako z automatu) i poleciałam otwierać. Polatanie do otwierania musi być ostrożne, bo mieszkam na pierwszym pietrze, na które wiodą wąskie kręcone schody (fajnie się meble wnosiło nieprawdaż), no więc poleciałam ostrożnie, wyhamowałam przy drzwiach, roztworzyłam, usłyszałam miłe ojczyste "dzień dobry", podpisałam się na tym strasznym urządzeniu, na którym podpis wygląda jakby człowiek miał nie przymierzając parkinsona i wtedy mnie przymurowało w tych drzwiach.
 Co to jest?- pytam miłego kuriera
 No pani paczki -rzekł on.
 Moje?- zdumiałam się ja w stupor bez mała zapadłwszy.
Pani-potwierdził z mocą on
Pan się myli-rzekłam ja
Się nie mylę-odrzekł błyskotliwe i dokonał pospiesznej ewakuacji, machając na pożegnanie dłonią.
Ciężkim wzrokiem popatrzyłam na oba pakunki, poprosiłam siłę wyższą jakkolwiek ją pojmuję o siłę do wniesienia pakunków i przystąpiłam do wnoszenia. Tachając po wąskich kręconych schodach (pisałam o problemach z wnoszeniem mebli) najpierw jeden niesamowicie lekki, a następnie drugi dla odmiany ciężki jak olera karton, klęłam na czym świat stoi wujka Gugiela za jego tłumaczenia, bo że w kartonach nie było zamówionych przeze mnie rzeczy to był pewnik na bank.
Roztworzyłam drzwi do mieszkania, przepchnęłam przez próg przesyłki, przytrzymałam lecącego gryźć psa, zamknęłam drzwi, poleciałam po nóż, rozcięłam pierwszy karton (ten leciutki), zajrzałam do środka i... znów zapadłam w stupor, a przez głowę przeleciała mi luźna myśl, że jeszcze trochę tak pozapadam, to mi tak zostanie. Odzyskawszy zdolność poruszania się, otworzyłam drugi karton (ten ciężki), mając solidne postanowienie, że już mnie nic nie zaskoczy i... znów karwasztwarz mnie zatchło. Gdzieś na dnie kartonu w stosie germańskiej folii bąbelkowej słusznych rozmiarów (jeden bąbel to jak dwie saszetki dużego keczupu) znajdowała się walizka. Z narzędziami. I owszem dostałam, to co zamówiłam. Wujek Gugiel załatwił rzecz jak trzeba. Przeprosiłam wujka i rozmyślając nad germańskim rozmachem, zrobiłam zdjęcia paczki z poduszką. Paczka z walizką w związku z rozmiarem walizki miała adekwatną wielkość. Tak więc prosz państwa-paczka z poduszką we własnej osobie:





poniedziałek, 12 października 2015

Pociąg do Misie

Znalazłam taką kartkę, która doskonale odzwierciedla mój aktualny stan ducha:
Uuups minęłam stację Niemiecki, upsss stacja Papierowa wiklina też została z tyłu, a zaraz gazety zajmą mi cały dom, ożeszkarwasztwasz Sprzątanie tylko mignęło mi za oknem. Nie żebym brudem zarastała, ale białe meble w kuchni jednakowoż wymagają staranniejszej niż absolutne minimum pielęgnacji. I nie nie mam żadnej depresji-nic z tych rzeczy. Po prostu mi Misie-Niechce. a i jeszcze doszedł kryzys edukacyjny-nic ale to nic mi do pustego łba nie wchodzi i wydaje mi się, że to jest ten moment, kiedy ludzkość liznąwszy jakiegoś języka, uznaje, ze mu tyle wystarczy. No mi nie wystarczy, no ale Misie-Niechce! Ratunku kopa mi jakiegoś trza czy cuś. Ech...

piątek, 2 października 2015

Pożądanie cd...

Zrobiłam sobie dobrze. W końcu. Bo wiecie rozumiecie był i korzeń (a nawet trzy), były bulwy prawdziwe ze skórką (cały kilogram), były też brudne paluchy:D.
Dowód? Ależ prą bardzo!





A na koniec mmmmmm pyszności z wielką łychą 30% creme fraiche (bo co se będę żałować):D


wtorek, 22 września 2015

Lojza

W życiu nie zrozumiem niektórych ludzi.

Lojza (piszę to tak jak tu wymawiają) brzmi równie paskudnie po germańsku jak i po polsku. Bo lojza to wesz głowowa. Już Was swędzi ;-) ?. Bo mnie od wczoraj okrutnie :-)
Wesz jest powszechnym zjawiskiem, wstydliwym cokolwiek, niemniej jednak w 100% uleczalnym.
Bywają co prawda nawroty, ale zależne są one od hmm koniunktury;-). Nie wiem jak w polskich szkołach u małych dzieci, bo od dość dawna takowych w moim otoczeniu brakowało, u germańskich
rozrywka jest powtarzalna nawet do 6 razy w roku. Niech tylko niemiłe stworzonko pojawi się na dziecięcej główce rodzice w trybie natychmiastowym są informowani o przypadłości, a najmocniej zawszony delikwent (rodzic ma obowiązek zgłosić hmm ilość prawdopodobną) nawet 4 tygodnie nie uczęszcza do szkółki/przedszkola. Dlatego też mało zrozumiała wydaje mi się wczorajsza akcja.
Otóż pracuje u nas niejaka Krystyna, zaposiadywczka 5-letniej córki. Krystyna jest Germanką. To wielka i niechlujna kobieta typu babochłop. Jednakowoż młoda, bo ma jakieś 30 lat. Pracowaliśmy sobie spokojnie, bo akurat wczoraj luzik był, gdy nagle w środku nocy (w okolicach przerwy,nocki akurat mam) na naszej hali gromadnie zaczęli pojawiać się pracownicy z "białego styropianu", zaś ci z naszych (z "czarnego"), którzy mają przerwę wcześniej niż ja, z nagła postanowili mieć ją później. I cóż bowiem się okazało? Otóż rzeczona Krystyna okazała się być szczęśliwą posiadaczką owych niemiłych stworzonek, o czym wszem i wobec radośnie opowiadała, potrząsając przy tym zalotnie włosami i proponując adopcję. W kantynie siedziała samiuteńka, bo ci poszli na przerwę wcześniej byli u nas, reszta czekała na później.
Po pracy kiedy szliśmy odbijać karty, ona stała przy odbijaczu ze złośliwym uśmieszkiem wciąż machając główką. Wokół niej panowała pustka.  Odbiła się "na wyjście" i w ramach reklamy chyba na głowę nałożyła opaskę z migających niebieskich diod. Wszystkich wokół zamurowało i staliśmy tak wpatrzeni w te niebieskie światełka błyskające w ciemności, jakby to ufo było. Czy cuś. Odblokowało nas dopiero jak usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwiczek od jej auta.
Wiem, że ta kobieta jest dziwna ale żeby aż tak? Miłego drapania. Się :-)))

poniedziałek, 21 września 2015

"Sumienie" złodziejaszka

W arbajcie furt jak leci wszyscy dostają nożyki. Nożyki normalnie służą do przecinania twardej plastikowej taśmy, która cuzamenidokupy trzyma duże elementy i kartony od dwóch wzwyż na palecie oraz do odcinania nadlewek na częściach jeśli taki mus jest. Opcjonalnie mogą służyć do podcinania sobie żył z nadmiaru pracy, pamiętać należy o wymianie ostrza na nowe, co by za długo nie rezać (taki żarcik ponury). A ten nic nie znaczący fakt, że do tej pory nikt tego nie zrobił (nie rezał się), nie stanowi znaczącej przeszkody dla możliwości ;-). Ale ad rem.
Noże dla wszystkich są jednakowe. Jak kto zgubi albo popsuje taki nóż, leci do jednego z trzech kierowników i prosi o nowy. Jak się uprze, to poleci i każdego z osobna poprosi-też dostanie i będzie miał trzy i nikt, ale to nikt absolutnie tego nie sprawdzi, bo wydawanie tych nożyków nigdzie nie  jest odnotowywane. A że sama miałam już trzy takie przypadki, to wiem z autopsji jak to wygląda.
Więc kolegów/koleżanek z w/w okradać nie trzeba. Przy ostatnim czwartym wymogłam na naszym nowym kierowniku, żeby mi przyniósł kolejny, bo już mi wstyd było. Mój nowy nożyk liczył sobie jakieś dwa tygodnie. Jeszcze lśnił nowym błyszczącym plastikiem, jeszcze nalepka z moim numerem nie zdążyła się wytrzeć, jeszcze parę minut temu pracowałam z jego użyciem (w piątek to było). Odłożyłam swoje rzeczy ( klebeband (hre hre), metkownicę i nożyk) na dużym stole na placu prób, posprzątałam po sobie, poszłam pomóc innym, bo czas pracy dramatycznie się kurczył-znaczysie wochenende był tuż, tuż, zapakowałam karton i wróciłam po swoje rzeczy. No i prosz państwa brakowało nożyka. Ożeszkurwagonpełen (pomyślałam sobie) znów go gdzieś posiałam (po raz kolejny sobie pomyślałam), przyjdzie mi nosić swój domowy skoro pracowego upilnować nie mogę. Jednakowoż nie poddając się rozpaczy poleciałam go szukać. Pierwszym miejscem jakie sprawdziłam, było moim przedostatnim gdzie pracowałam. Na stoliku obok pracującego kolegi leżał jak byk nowiutki nożyk ze śladami świeżo zdartej nalepki, wysunęłam ostrze i majtało się jak moje, które wcześniej źle założyłam (normalnie trzymają się mocno), więc trzymając nożyk w dłoniach, zapytałam rzeczonego, czy nie widział gdzieś mojego?. Nie-odrzekł on z całom mocom i stanowczościom!. Wnerw mię ogarnął, bo za dłoń kradnącą go nie schwyciłam i odeszłam jak niepyszna. Dla pewności popytałam innych kolegów, czy nie widzieli zaginionego -niestety jak można było przypuszczać, nie widzieli.Zrobiło mi się przykro-okraść koleżankę, rodaczkę z takiego za przeproszeniem gó...na???? Łakomić się na coś, co jest łatwo dostępne?? Cóż przełknęłam żabę w gardle, dokończyłam co swoje i poszłam pakować dla odmiany siebie na popracy. Wtem słyszę okrzyki Edita, Edita, messer-się odwracam i widzę jak kolega Germanin pokazuje w kierunku kolegi rodaka (co to go za dłoń kradnącą nie schwyciłam). Wróciłam zatem na halę, podchodzę do kolegi rodaka, a ten mówiąc, że jakiś nożyk tu leży, oddaje mi ten ze świeżo obdartą nalepką. Popatrzyłam mu prosto w oczy i mówię, że to nie mój, bo ta nalepka zdarta, a on że pewnie mu (jemu) się w kieszeni starła! Gdyby się w kieszeni starła to nie byłoby śladów świeżego kleju jak mniemam. I nawet cholerze powieka nie drgnęła. No niby go to sumienie ruszyło i oddał, ale pewnie dlatego, że od razu szum zrobiłam. A opisana powyżej sytuacja stawia pod  sporym znakiem zapytania zaginięcie moich poprzednich nożyków. Lekcja z tego jest taka, że mus nosić wszystko przy sobie. I niesmak pozostał...

sobota, 19 września 2015

Leczenie onkologiczne w Polsce-fikcja,chamstwo i niekompetencja

Pisałam już, że moja Siostra zachorowała. W czerwcu kiedy szła na operację, miał być to początek drogi ku wyzdrowieniu. dziś wiemy, że był to dopiero początek koszmaru. Jest mi wstyd, bo kiedy dowiedziałam się, że moja Siostra ma skierowanie do szpitala w Gliwicach-mówiłam Jej że to dobrze, że tam trafiła, bo osobiście znałam dwa przypadki pacjentek żyjących długo i szczęśliwie po leczeniu tam. Niestety moją Siostrę potraktowano tam jak-właściwie to nie wiem jak kogo.
 Pozwolicie, że wkleję to, co sama napisała, bo mi osobiście brakuje słów:

czwartek, 17 września
"zegar tyka, czas ucieka..."
Środek nocy. Właśnie niedawno wróciłam z Gliwic. Trudno mi określić stan ducha mego, że tak powiem. Zawieszenie w próżni chyba najlepiej oddaje co czuję. Nie wiem co myśleć o lekarzach i ich stosunku do pacjentów. Ja postrzegam się jako niewiele znaczący numerek w statystyce. Po pięciu tygodniach , trzykrotnej obecności w Klinice Onkologii (7.5 godz. jazdy autobusem, nocleg w hotelu żeby stawić się w klinice na 8 rano, wielogodzinne oczekiwanie po którym lekarz poświęca 10 min swojego jakże cennego czasu, informacje udzielane na korytarzu i kolejne odsuwanie decyzji) dziś decyzja zapadła. Otóż stwierdzono, że w moim przypadku rezultaty można uzyskać jedynie stosując terapię protonową. Zastanawiające jest , że kilku lekarzy dochodziło do tego wniosku przez tyle czasu, skoro każdy kto zechce poczytać w internecie na temat struniaka dowie się tego od razu.  W tej chwili w Polsce owa terapia jest niedostępna. Tak więc w łaskawości swej doktory dały mi pismo do konsultanta wojewódzkiego celem nadania biegu sprawie w kwestii leczenia w Pradze lub Monachium. Niestety okazało się , że są mocno niedoinformowani. Pismo owo skierowane było do konkretnej osoby. Czekając na odzyskanie mojej dokumentacji medycznej , która w tajemniczy sposób zaginęła postanowiłam umówić sobie spotkanie z owym konsultantem w Rzeszowie. I tu niespodzianka, wymieniony w piśmie doktor od maja już nie jest konsultantem . Na szczęście dla mnie udzielił mi informacji w tej kwestii. Czym prędzej udałam się z powrotem na oddział celem zmiany danych w piśmie. Wywołałam ogólną konsternację, ale w końcu dostałam co trzeba. Zimno mi się robi na myśl, że gdybym nie zadzwoniła od razu czekałaby mnie kolejna bezsensowna wycieczka do Gliwic. Pognałam przez pół Gliwic na tzw. dworzec czyli do zajezdni PKS skąd odjeżdżał autobus do Przemyśla. W tym czasie dziecko dzwoniło do Warszawy do konsultanta, żeby umówic wizytę. Niestety okazało się , że doktor od poniedziałku na urlopie będzie, ale pani sekretarka podpowiedziała, żeby wysłać meila  i może doktor udzieli informacji. Doktor informacji udzielił i okazało się , że procedura wygląda zupełnie inaczej niż mi to przedstawiono w Gliwicach. Ponadto w piśmie doktory z Gliwic powołały się na rezonans zrobiony u nich, niestety ani opisu ani płyty mi nie udostępniono bo podobnież jest to badanie wewnętrzne na potrzeby kliniki. Naprawdę nie rozumiem o co chodzi. Czy to totalne lekceważenie czy totalna niekompetencja ?????????????????? Obiecałam sobie nie jęczeć, trzymać się w ryzach, myśleć pozytywnie, ale brakuje mi już sił. Takich drobiazgów, że nikt nie raczył wystawić mi karty leczenia onkologicznego, jak również rzekomej opieki psychologicznej dla chorych na raka, której nie doświadczyłam nie będę komentować bo szkoda nerwów. Żyję w Matrixie i owo życie przecieka mi przez palce.
Pozdrowienia ze stryszku :-((

poniedziałek, 14 września 2015

Praca

Oszczegam, będę motać ;-)
Nie wiem czy pisałam-mam umowę o pracę od maja do listopada. Proste.
Jednakowoż okazało się, że trzy miesiące przed zakończeniem umowy należy zapytać pracodawcę, czy tę umowę nam przedłuży. Jeśli tak-pracujemy spokojnie dalej, jeśli nie-lecimy do urzędu pracy celem zarejestrowania się jako osoba poszukująca pracy, bo (teraz proszę o pełne skupienie i uwagę) urząd pracy ma te trzy miesiące na ZNALEZIENIE NAM pracy. Słowo. Urząd pracy szuka pracy. Niesamowite. Jak to usłyszałam, to własnym uszom nie wierzyłam. Urząd pracy co szuka pracy...Hmmm...Ale ad rem
Zatem zbrojna w świeżo nabytą wiedzę śpiesznie wykonałam telefon do kadrowej, celem zapytania co też firma planuje w stosunku do mojej osoby. Sie okazało, że firma planuje nadal ze mną współpracować przez kolejny rok i pędem mam się udać do kadr w celu podpisania nowej umowy.
I tu się zaczyna kłaniać motana matematyka. Bo tak naprawdę to umowę mam na 10 miesięcy skoro podpisałam ją dziś. Nie wiem dlaczego papiera od listopada nie dali -może bali się, że im prysnę? Hmm...Prysnę, prysnę tylko języka się naumiem he he
Więc firma hojna rok pracy dała, z tym że dwa miesiące wcześniej ten rok, czyli w sumie 10 miesięcy.Wiecie ja bym chciała normalnie, ale u mnie się nie da :-)). No:-)

niedziela, 13 września 2015

Edytka i germańska bankowość online

Po kilku miesiącach walenia w z lekka zacinające się klawisze maszyny do przelewów w banku i to w dodatku w późnych godzinach wieczornych, zapragnęłam byłam znaleźć się w cywilizacji i takowe przelewy robić również w późnych godzinach nocnych, niemniej jednak w domowych pieleszach.
Skoro zamiar powzięty został, należało poddać go realizacji. W drodze na masaże (te co je mam nie czekając rok) wstąpiłam do banku modląc się do Mammona coby kolejki do stanowiska nie było (paczcie państwo drań nie wysłuchał). Kolejka była zarówno przed jak i za mną, co mnie dodatkowo stremowało, ale na widok miłej pani okienkowej co to mnie najlepiej rozumie i najlepiej ja ją rozumiem, doznałam ulgi z rodzaju "spadł kamień na buty". Sprężyłam się w sobie, podeszłam do stanowiska i co słyszę? Śliszne polskie dżen dobry:-). Miła pani okienkowa była w Polsce na urlopie, odwiedziła cud natury czyli Mazury (w których a jakże zakochała się) i z sympatii do polskich klientów (bo nie sądzę że li i jedynie dla mnie) nauczyła się powitania. Po wymianie wstępnych uprzejmości przystąpiłam do licznych eee, yyyy nawet ioioi z których miała pani okienkowa wywnioskowała, że mam chęć na bankowość internetową. Bez zbędnych formalności w stylu dowód osobisty, podanie, życiorys i trzy zdjęcia spisała końcówkę numeru z mojej karty i nakazała przyjść w dniu jutrzejszym. Ciekawostką jest, że o dowód poproszono mnie do tej  pory trzy razy-przy meldunku, zakładaniu konta i podpisywaniu umowy o pracę (tylko skan bez sprawdzenia czy aby dowód prawdziwy). W pozostałych sytuacjach wystarczyło ustne podanie danych. Ale ad rem.
W dniu jutrzejszym tj w ubiegły czwartek poszłam po odbiór umowy, inna pani okienkowa instruowała mnie długo i wytrwale w zakresie obsługi ustrojstwa, ja przy tym kiwałam głowa tak intensywnie, że istniały obawy, że mi tak pozostanie, dostałam papier do podpisania oraz token i sio do domu. W piątek bladym świtem uznałam, że nadszedł czas próby i przelewy mus dokonać...
Do tej pory miałam do potwierdzania: w banku nr 1 kartę kodów a w banku nr 2 sms. Tokena nie miałam nigdy, jednakowoż widziałam osoby posługujące się wynalazkiem i nie wyglądało to na przesadnie trudne. Ha ! Dla nich nie było trudne. Po pierwsze primo kazało zmienić nr PIN.
Dobra nic prostszego se pomyślałam. Na myśleniu się skończyło, bo draństwo nijak nie chciało ze mną współpracować i nawet zmiana języka na bardziej zrozumiały niewiele pomogła. Połączenie nieaktywne i już!. Mam włączone tłumaczenie stron i dlatego wiedziałam, że ustrojstwo należy trzymać pod kątem. Z lewej strony ekranu migały mi jak szalone biało-czarne paski na czerwonym tle... I kiedy po półgodzinie bliska ataku epilepsji i ogólnego oczopląsu postanowiłam się poddać i iść walić w klawisze, rzutem na taśmę przyłożyłam draństwo do ekranu (do pasków od oczopląsu i epilepsji) i o cudzie zadziałało...Porobiłam te przelewy, każdorazowo generując kody potwierdzeń na strasznych migających paskach, potem chciałam sprawdzić stan konta. Hmm no nie da rady, bo nie odjęło niczego. Mało tego-przelewy robiłam w piątek przed otwarciem banku, a wyjdą dopiero w poniedziałek. Nie to co u nas-robisz przelew i tego samego dnia delikwent ma go na koncie. Albo na drugi dzień.
 Więc Viktoria, bo jak widać germańska myśl technologiczna nie dała mi rady. No :-)))

środa, 2 września 2015

Przerwa kawowa czyli syrena odczarowana

Przerwa kawowa jest nielegalna. Pracodawca zagwarantował nam pół godzinną przerwę w pracy z tym że za 15 min. nam płaci, a kolejne 15 min. musimy sobie odrobić przychodząc do pracy 15 min. wcześniej-stąd ta wyjąca syrena za kwadrans każdej nowej zmiany. Przerwy zaczynają się 3,5 godziny po rozpoczęciu pracy. Natomiast kawowa-to już zależy. I zmiana ma ją około 6 rano, tuż przed przyjściem szefa do pracy, II zmiana o 18.00 kiedy szefów już nie ma, III zmiana o 23.00. Przerwy te trwają w zależności od natężenia pracy od 15 min do pół godziny. Jak doliczyć jeszcze do tego przerwy papierosowe, to co poniektórzy pracują 6 godzin. Ale ad rem.
Zatem mamy nielegalną przerwę kawową. Siedliśmy sobie z Andreasem na skrzynkach na placu dla palaczy niczym starzy weterani przy ognisku. Andreas jest swojskim Andrzejem, tyle że już tak długo mieszka w Germanii, że nikt do niego nie mówi inaczej. I mówię do niego, że głupia jestem, on mi na to, że przez grzeczność nie zaprzeczy, ja mu że ma się zamknąć i słuchać. Po tej wymianie wzajemnych uprzejmości opowiadam mu o wczorajszym dniu, że ten pierwszy września, że wiersz i ta syrena o 4.45. Zrozumiał. Posmutnieliśmy na chwilę oboje, potem obgadaliśmy Niemców, humorek ciut lepszy i nagle... Zawyła syrena. Dla odmiany o 23.15. Popatrzyliśmy-pożaru nie ma, nikt z pozostałych na hali pracowników (bo reszta na kawie) nie wylatuje rwąc sobie włosy z głowy, atak lotniczy wykluczyliśmy-rozwiązanie było tylko jedno: skończył się materiał do produkcji w jednym z silosów. Bardzo rzadko to się zdarza, bo majstrowie bardzo pilnują żeby takowych braków nie było, niemniej jednak tym razem nie dopilnowali. A syrena wyje na cała fabrykę i okoliczne wsie razem wzięte. I wyje tak z 20 min. dopóki nie napełni się silos. Ze stoickim spokojem odczekaliśmy te 20 min, ale...syrena nadal wyła! Noszkarwaszkarol zatła się chyba czy co!. Zaczęliśmy latać do majstra z prośbą o wyłączenie, bo nie dało się pracować ( w okolicy nie dało się spać), ale on po za obietnicami, że zaraz będzie, nie zrobił nic w tym kierunku. Jako ostatnia zostałam wysłana ja.
Hmm. Powiedziałam że za głośno (to umiem), że się nie da pracować (to też umiem) oraz że to buuuu wykańcza nam uszy i okoliczne wsie (tego nie umiem he he). Popatrzył na zegarek i coś powiedział-co nie wiem. Wróciłam do siebie i Andreas pyta, co załatwiłam. No byłam, powiedziałam, on odpowiedział ale za diabła nie wiem co. I w tym momencie syrena umilkła. Odzyskawszy słuch mówię do Andreasa, że wiem co majster powiedział-ano spojrzał na zegarek i powiedział, że zaraz sama się zamknie ( syrena oczywiście). Roześmieliśmy się i napięcie syrenowe minęło. Wyło długo, bo drugi silos się opróżnił. Z tego całego patriotycznego rozmamłania na sam koniec pracy strzeliłam babola. 728 razy go popełniłam :-(((. Mianowicie miałam wydrukować skan-etykiety. Z rozpędu kliknęłam na podpowiedź zamiast wpisać 20 szt- drukarka poooooszła. Zastanowicie się zapewne czy aż tak głupia jestem, że nie potrafiłam anulować tego drukowania. Chciałam, nawet weszłam w ustawienia drukarki, ale okazało się, że z pozycji pracownika hali NIE MOŻNA ANULOWAĆ DRUKOWANIA!. Może to zrobić tylko "góra", która przychodzi do pracy na 8 rano, a mieliśmy dopiero 4. Ja rozumiem blokadę przed grzebaniem w programie, który obsługuje całą produkcję, ale drukarka? Nadleciała na to wszystko Styropianowa Moni i zaczęła, cmokać, sapać i ogólnie mieć mi za złe cały świat, no bo tyle taśmy do drukowania i papieru się zmarnuje. Że ona nigdy, że mam uważać i inne takie. Więc wyobraźcie sobie jak wygląda moje "szkolenie" skoro już trzy miesiące pracuję i nie wiem takich podstawowych rzeczy. Widać to wyższy stopień wtajemniczenia. Jest mi oczywiście głupio, z tym że okazało się, że takie wpadki są dość częste i żaden to powód do dramatu.. A ja swoją drogą przy najbliższym końcu produkcji jakiejś części, kiedy w śmietnik lecą wszystkie wydrukowane w nadmiarze etykiety wspomnę Styropianowej Moni o marnotrawieniu materiału.
I właśnie tak się skończyło patriotyczne rozmamłanie.No

I dziś na świecie pojawił się nowy członek naszej rodziny-niniejszym stałam się podwójną ciociobabcią :-))

wtorek, 1 września 2015

Dziwnie mi dziś było

Nie jestem przesadnie patriotyczna. A byłam-w czasach młodości bardzo aktywnie, z sercem i ogromnym zaangażowaniem działałam na tzw.niwie. Z biegiem lat Bóg i Ojczyzna oddaliły się ode mnie na tyle daleko, że nie ma szans na ponowne zbliżenie. Pozostał przy mnie i trwa li i jedynie Honor. I jakość dziwnie przybliżył się znów Patriotyzm.
Jako naród nie potrafimy szanować wolności, tego że możemy wychowywać dzieci w pokoju, że nikt nam nie zabrania mówić po polsku, że nikt nie likwiduje naszej Inteligencji w celu ogłupienia narodu, bo naród sam się ogłupia. Ci prawdziwie wykształceni i kulturalni Polacy będący siłą przewodnią "zeszli do podziemia", zaś ci którzy są widoczni szkoły pokończyli, tytuły mają, ale prawdziwej mądrości i kultury u nich nie znajdziesz. Niestety niestety złota wolność szlachecka i liberum veto pomimo upływu lat wciąż mają się dobrze.
Dziś w nocy poczułam się dziwnie-po północy musiałam zmienić datę w numeratorze i zaciął mi się miesiąc. No nijak nie mogłam go zmienić. Podeszłam do Styropianowej Moni i zażartowałam, że zostajemy w sierpniu-taki rodzaj dnia świstaka. Moni wzięła numerator w ręce, postukała, machała i raz dwa ustawiła datę. Rzut oka w datownik i odechciało mi się śmiać. Pierwszy września. Dla Niemki ta data nie znaczy nic, a nie zapytam czy uczą się tego w szkole i jak. Natrętnie po głowie zaczął mi krążyć wiersz Gałczyńskiego o żołnierzach z Westerplatte. Humoru nie miałam już do końca zmiany. Ludzie dopytywali się czy coś się stało, czy źle się czuję-odpowiadałam, że wszystko w porządku, że tak mi jakoś smutno, bo co innego mogłam powiedzieć Niemcom, Litwince i Turkom? A kiedy o godzinie 4.45 zawyła syrena, która wyje tak co dzień, bo to znaczy że nowa zmiana zaczyna pracę-w gardle pojawił mi się globus. Po raz pierwszy odkąd tu jestem poczułam się obco i bardzo bardzo samotnie.
Bo tęsknię. Tęsknię za naszym polskim poczuciem humoru, za burakami i pietruszką, za pierogami ruskimi i grzybami w lesie, za tym miejscem w którym się urodziłam. Za Polską ze wszystkimi jej wadami:((. A naprawdę nie jest mi to teraz do niczego potrzebne.. I skoro pół nocy męczyłam się ja , pomęczcie się i Wy:

    Konstanty Ildefons Gałczyński
                       Pieśń o żołnierzach z Westerplatte

Kiedy się wypełniły dni
i przyszło zginąć latem,
prosto do nieba czwórkami szli
żołnierze z Westerplatte.

(A lato było piękne tego roku).

I tak śpiewali: Ach, to nic,
że tak bolały rany,
bo jakże słodko teraz iść
na te niebiańskie polany.

(A na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety.)

W Gdańsku staliśmy tak jak mur,
gwiżdżąc na szwabską armatę,
teraz wznosimy się wśród chmur,
żołnierze z Westerplatte.

I śpiew słyszano taki: -- By
słoneczny czas wyzyskać,
będziemy grzać się w ciepłe dni
na rajskich wrzosowiskach.

Lecz gdy wiatr zimny będzie dął
i smutek krążył światem,
w środek Warszawy spłyniemy w dół,
żołnierze z Westerplatte.

piątek, 28 sierpnia 2015

Zicung z anwajzungiem

Sitzung mamy zawsze w czwartki, zawsze kiedy mamy pierwszą zmianę i padamy na ryj. Czterodniowe wstawanie o 3 rano sprawia, że nasza aktywność o godzinie 13.00 wynosi 1. O mojej nie wspomnę z racji braków językowych. Co trzy tygodnie jest bita piana na temat pomysłów, wniosków, interpelacji i zapytań poselskich na tematy robocze, które skrzętnie się notuje i trzyma w wielkich segregatorach i z których nic nie wynika. Siedzimy jak na tureckim kazaniu i to dosłownie, bowiem jeden z majstrów jest Turkiem. Mija pół godziny doliczane do czasu pracy i płatne (bo po pracy czynności siedzenia wykonujemy), podpisujemy listę obecności i średnio przytomni wracamy do domów. Rzecz odbywa się w zakładowej kantynie, do której wiedzie stopni 6 (sześć). Jednakże wczoraj do zicungu doszedł Anweisung  czyli szkolenie z zakresu BHP. Załoga zgodnie mnie przeklęła obciążając winą jako nowego pracownika za 45-minutowe marudzenie i to na dodatek na piątym piętrze zabytkowej wieży, w której znajduje się sala szkoleń. Wleźliśmy tam z wielkim trudem i każdy z wywieszonym jęzorem. W okolicy trzeciego pietra przestali mi złorzeczyć z uwagi na silną zadyszkę, która dotknęła każdego z uczestników wycieczki. Tak na marginesie szkolenie to odbywa się raz do roku i tylko przypadek spowodował, że stało się to akurat teraz. Jednakowoż z kogoś pośmiać się trzeba i tym razem padło na mnie. Zatem sapiąc jak stado lokomotyw wleźliśmy na górę i zastaliśmy tam wesolutkiego szefa, który nie chcąc narażać się na ogólną śmieszność jako sapiący prelegent, wdrapał się był tam odpowiednio wcześniej. W ruch poleciały dla odmiany dwie listy do podpisów wszak był to zicung z ajwanzungiem, przyciemniono światła i odpalono slajdy. Pierwsze pomoce i inne straże pożarne były ok, natomiast dalej było już coraz ciekawiej. Mianowicie na hali jest straszny hałas znaczy się decybeluf mrowie a mrowie, więc nakaz czopków dousznych noszenia jest-szkoda, że nikt tego nie wymaga a i sami szefowie latający w te i nazad w ilości hurtowej uszów sobie nie zatykają. Bez przeszkolenia stanowiskowego nie wolno dotknąć maszyn-nijak się to ma do tego, że postawiono mnie przy trzech cholerach każda inna, pokazano kilka guzików z czego jeden jest do wyłączenia maszyny a pierdylion do jej włączenia (mnie cholery nie pamiętam które) .Koledzy ( i jedna koleżanka) jeżdżą bez uprawnień na wózkach widłowych, bo ktoś to musi robić, nie wolno wchodzić pod  maszynę w celu wyciągnięcia "wypadłych" części-należy to zrobić specjalną łopatą, szkoda że trzeba tam wleźć żeby wyczyścić szpachelką przyklejony styropian, który robi dziury w nowych częściach.
Jak czytać w załączonym opisie firma swoje odbębniła, papier że pracownik przeszkolony ma, a życie toczy się dalej. Znaczy dziś robiliśmy to wszystko co wczoraj z tym, że wiedzieliśmy że nie wolno, szef (wyjątkowo jeden) latał po hali bez czopków w uszach i uśmiechał się do wszystkich jak leci, w tym do mnie chociaż wie, że nie rozumiem, :-), bo co tam będzie zwracał uwagę na detale, nieprawdaż.

środa, 26 sierpnia 2015

Wizyta u ortopedy-odsłona druga germańska

Proponuję małą zabawę w formie wskaż różnice i podobieństwa.

Skierowanie do ortopedy dostałam niejako z marszu. Pani doktor jako nie specjalista po przeczytaniu opisu RTG z Polski stwierdziła, że ona na tym się nie zna i niech wypowie się fachowiec. Skierowanie raz do doktora z polskim co by łatwiej mi było. Na wizytę czekałam trzy tygodnie-podobno to bardzo długo, bo lekarz ten mocno jest oblegany. Jako że klinika ortopedii jest w szpitalu coś jakby powiatowym, wzięłam dzień wolnego, bo nauczona doświadczeniem spodziewałam się a to pacjentów szpitalnych, a to że doktor na oddział będzie musiał polecieć-w efekcie kilku godzin spędzonych na czekaniu. Wizyta na 9.00-weszłam o 8.50, dokonałam skomplikowanej procedury założenia karty pacjenta podając swoja kartę ubezpieczenia i skierowanie-w sumie może z 2 minuty.
Skierowano mnie do PUSTEJ poczekalni, milusiej w wystroju. No to mam przechlapane pomyślałam sobie-jednak czekanie mnie nie ominie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy za dwie dziewiąta miła pani pielęgniarka mozoląc się nad wymową mego nazwiska zaprosiła mnie do gabinetu. Punkt 9 wszedł pan doktor ze znaną mi już od dwóch minut pielęgniarką. Poleciały guten tagi i wzajemne uśmiechy-miej się na baczności, pomyślałam, coś za miło jest. Grzecznie przeprosiwszy pielęgniarkę za brak germańskiego, zapytałam doktora czy mogę po polsku. Mogłam oczywiście i doktor zadał mi dziwne pytanie, mianowicie zapytał JAK MOŻE MI POMÓC!!!! Olaboga lekarz co pacjentowi chce pomagać-kuriozum jakieś jak nic! W odpowiedzi dałam papier, doktor poczytał i zapytał gdzie pracuję. Usłyszawszy pokręcił tylko głową i poprosił wciąż grzecznie co bym na kozetce zaległa. Cud nad cuda nie mówił, że pracę muszę zmienić, bo niby na jaką? Sprawdził palce u stóp, kazał podkurczyć nogi, odwiódł lewą nóżkę było ok, odwiódł prawą-chrupnęło, znów pokręcił głową, wziął młoteczek, puknął w lewe kolanko-nóżka wierzgnęła wesolutko, puknął w prawe raz, drugi, trzeci... Pukał tak długo ąż rzepkę kolanową stłukł (żarcik ponury). Prawa nóżka słaby odzew zrobiła na trzecie stuknięcie. Znów pokręcił głową i na brzuchu nakazał się położyć. Obmacawszy w te i nazad mój biedny kręgosłup, nacisnął dokładnie w bolące miejsce produkując świeczki w moich oczach, kazał powstać i rzekł: Co pani zalecił lekarz w Polsce? Nic-odrzekłam. Dostałam ulotkę i polecenie korzystania z niej w warunkach domowych.
Nie wierzę w domowe ćwiczenia (ciekawe dlaczego)-rzekł on, musi pani znaleźć grupę i z nią ćwiczyć. Bez ćwiczeń za rok, dwa lata przestanie pani chodzić. Teraz daję pani skierowanie na 6 zabiegów (za tyle zapłaci ubezpieczalnia), proszę brać te leki (recepta w recepcji) i uważać na siebie. Wyszłam cokolwiek ogłuszona, odebrałam co moje, w aucie się poryczałam.
Doszedłwszy do siebie, popatrzyłam na skierowanie, popukałam się palcem w czoło i ruszyłam do domu. Jako że miałam drugą zmianę, nie pojechałam do zabiegowego. Z resztą po co?  Pewnie z miesiąc albo dwa będę musiała czekać (Germania to jest, założyłam, że nie w następnym roku), a kręgosłup boli teraz. Cóż (pomyślałam sobie) nadal będę faszerować się prochami i do arbajtu chodzić. Co też czynię. Jednakowoż w poniedziałek wziąwszy niemęża jako tłumacza, udałam się byłam do zabiegowego. Miły pan zabiegowy rzucił okiem na skierowanie i zapytał, na którą godzinę mi pasuje. Ja na to że to zależy kiedy, bo na zmiany pracuję i musiałabym policzyć. Pan spojrzał na mnie jak na jaką niemotę i rzekł: jutro. Jakie jutro? się pytam. Pan popatrzył na mnie ciężkim wzrokiem, niemąż mu dopomógł i rzekł ponownie: jutro. To było to jutro co jest dzisiejszym wczoraj. Odzyskawszy resztki mowy i rozumu,wyrzęziłam że jutro tzn. wczoraj nie mogę, bo mam przełożony z soboty niemiecki. Pan pokręcił głową i zapytał czy chociaż wiem jakie zmiany mam na przyszłość. Ogarnęłam zdumienie i podałam, co mogłam. I gdybym przedwczoraj wiedziała,że jutro tzn. wczoraj nie będę mogła siedzieć na niemieckim, to pierwszy zabieg miałabym już za sobą, a tak czekam na jutro. Dziwny to kraj zaiste, gdzie lekarze są uprzejmi a zlecone zabiegi na już zaraz natentychmiast. A nie na za dwa lata.

środa, 12 sierpnia 2015

Schemacik i jego implikacje

Kiedy osoba uzależniona żyje na "dupościsku"* , a osoba będąca obok alkoholika ma tego świadomość, widzi powtarzający się schemat "błędnego koła" który jest zawsze taki sam. Zaczyna się od podenerwowania-o byle drobiazg wybucha kłótnia, potem zaczyna się wywieranie presji na osobach z otoczenia pijącego, aby te spełniały jego zachcianki, były miłe, uprzejme i troskliwe, żeby płaciły jego rachunki (w tym przypadku ubezpieczenie jego samochodu). Kiedy te zabiegi nie skutkują, zaczynają się wycieczki osobiste: kiedyś byłaś inna, zrobiłaś się wredna, ktoś cię podburza-pewnie cały czas o mnie rozmawiacie, chodzisz i opowiadasz te bzdury. Potem zaczyna się grożenie. W międzyczasie (u niemęża) pojawia się kolega. Kolega (zawsze) nie pije, co powie jest najmądrzejsze,kolega wydzwania o najróżniejszych porach dezorganizując życie rodziny i słowem nie można się w temacie odezwać, no bo cóż takiego się stało, że się obudziłaś? Potem chodzi się/jeździ do tego kolegi kilka razy dziennie ( w tym przypadku w te i nazad 80 km), kombinuje się po parę groszy żeby zatkać mordę rodzinie, potem twardo idzie się do pracy.Z kolegą oczywiście. I zaczyna się picie w ukryciu. W którym momencie tego" ukrywania" zapomina się o posprzątaniu butelki. Aha i wcale, ale to wcale nie myśli się o piciu, bo chce się żyć, a te krwotoki co miałem to już się boję.Wszelkie te zabiegi mają na celu zmiękczenie ofiary i zmuszenie jej, żeby robiła to, czego oczekuje pijący. I co my mamy na dziś? Mamy sprzedane dwa obrazy, mamy awanturę o pieniądze ( w imię czego mam mu dać prawie 300 er ?), mamy buntującą mnie koleżankę (lat 23),
mamy grożenie (sprzeda auto, którym jeżdżę do pracy),mamy kolegę i butelkę po piwie w moim aucie należącą oczywiście do kolegi (tego co przecież nie pije), mamy wyjazd do pracy jutro o 4 rano ( z kolegą oczywiście) oraz dziś kiedy wróciłam z pracy, mamy psa przywiązanego do poręczy, bo pewnie telefonik zadzwonił i mus było pędzić. Jest tylko jedna różnica-nie daję sobą manipulować.
I nie daję pieniędzy na które tak ciężko pracuję. A implikacje? Niestety ta sytuacja powoduje fqrw, bo od tego nie da się odciąć. A fqrw powoduje u mnie dekoncentrację i brak snu. Plus telefoniki od kolegi to wiadomo jak jest. W pracy chodzę jak zombi, przy robieniu przelewów popełniłam czeski błąd i na konto polsatu zamiast 17,5 wpłaciłam 71,50 ( przez 5 miesięcy nie muszę już płacić he he)  oraz to jest najgorsze przekroczyłam prędkość ((. Mniejsza o mandat, ale moje rozkojarzenie jest buuuu. Zawsze jeżdżę ostrożnie a tu...
Z rzeczy miłych bo nie dam sobie zepsuć wszystkiego o nie, to praca na maszynach z jednej strony okazała się łatwiejsza niż myślałam, bo nie musiałam draństwa obsługiwać w sensie technicznym, z drugiej znacznie gorsza niż to co robiłam wcześniej. Tu trzeba pracować jak automat-chwila nieuwagi i części z jednej (obsługiwałam dwie)znalazły się na podłodze. Za to wczoraj dali mnie na pakowalnię białego (ciekawe czy uznali, że nie nadaję się na maszyny hehe) i tam na siedząco mogłam pakować ustrojstwo dla badań medycznych. A że 100% musiało być idealności towaru, to każdą sztukę trzeba dokładnie obejrzeć i nie trzeba się spieszyć. Mam nadzieję, że dziś będzie tak samo. Swoja drogą myślałam, że dla mieszania różnych takich pojemników szklanych się używa, a nie styropianu, no ale człowiek uczy się całe życie. Oraz wczoraj miałam coś, na co czekam cały tydzień-czyli moje lekcje niemieckiego. Co prawda niechcący mi kamerka włączyła i moja pani lektor miała okazję obejrzeć mnie prosto z łoża w włosem w charakterze wyliniałej szczotki, niemniej jednak po początkowych trudnościach ze znalezieniem guzika do wyłączenia kamerki lekcje potoczyły się gładko- dla pani lektor gładko, bo ja jakoś nie mogłam ogarnąć się po wstrząsie :-))). Jakby kto chciał germańskiego uczyć się, albo korepetycje brać przez skypa, to moja pani lektor jest rewelacyjna. Jak widać po za fqrwem nie jest źle i żadna depresja oraz jej inne koleżanki nie mają do mnie wstępu:-).



*dupościsk-określenie na tych alkoholików, którzy nie chcą podejmować terapii, bo uważają że sami sobie poradzą i zwierają poślady, co by się nie napić. Co oczywiście im się nie udaje.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Pożądanie

Pożądam korzenia. Tak bardzo pożądam, że zaczynam obsesyjnie o nim myśleć, bo w końcu nie miałam go w ustach od stycznia. Przypominam sobie jego aromat, smak i piękny kremowy kolor...
Pożądam też bulwy. Nie za dużej i nie za małej. Takiej którą można wziąć do ręki i poczuć jej ciężar.
Takiej której skórka przy ściąganiu tak pięknie zsuwa się w dłoniach...


Ludzie dlaczego w tym kraju nie ma korzenia pietruszki i surowego buraka??????
No dlaczego?????

Gotuję rosół i czegoś mi brak, robię sałatkę i dosmaczyć jej nie mogę:((
Chcę barszczu ukraińskiego, buraczka zasmażanego,ćwikiełki i chłodnika. Jest tu taki wynalazek-ugotowane i obrane ze skórki buraki w folii. Z takich buraków nie zrobię niczego, bo toto nawet rąk nie pofarbuje przy ścieraniu. I bym se barszczyk ukisiła...Gdybym te buraki miała!

Od początku wiedzieliście, że warzywka mam na myśli, prawda??? ;-)))

sobota, 8 sierpnia 2015

Jestem przestempcem

No muszę inaczej się uduszę!!!
Wiecie Wy z kim się zadajecie??????
Kogo czytacie?????
I kogo ja w lustrze co rano pacze, bo znów wyprostowana jestem????
No przestempiec jestem!!!
Rodzaj i moc przestępstwa jest mi bliżej nieznany. Czas jego dokonania również.
Przed chwilą pisałam z koleżanką na fb i dowiedziałam się, że po Ostrowi chodzi plotka, że za mną i niemężem list gończy jest. Czy wysłany, czy tylko napisany tego koleżanka nie doprecyzowała.
Czyli że sen o Putinie proroczy był, zadałam się z niewłaściwą osobą:-))))

Wiedziałam, że ludzkość w Ostrowi jest durna, ale żeby aż tak???


piątek, 7 sierpnia 2015

Dziabnęła mnie taka jedna w paski inne nieprzyjemności

Ja ich nie odróżniam-żółto-brązowe paski i igiełka, igieliczatko i paskudny ból plus duszności. Tym razem bez tych ostatnich. Stałam Ci ja na dworze, kiedy poczułam, że coś mi łazi po plecach. Pacnęłam ręką, krzyknęłam au i strząsnęłam z siebie potwora (albo potworzycę). Na szczęście w nieszczęściu było to tylko lekkie ukłucie, po którym pół dnia chodziłam ze sztywnym karkiem.
Druga nieprzyjemność-w poniedziałek idę pracować na maszyny plus pakowanie. Boję się trochę, bo tu sama muszę obsłużyć ustrojstwo i sama wszystko zapakować. A maszyna idzie... Znaczy się trzy maszyny, bo tyle obsługują kobiety. Kolega Polak powiedział, że metoda na draństwo, to być od niej szybszym. Hmmm... Problemem jest mój germański, bo trzeba trochę poczytać, a czytanie chwilę mi zajmuje, bo jeszcze zrozumieć muszę. Najwyżej mnie zasypie :(
Nieprzyjemność trzecia-pracuje ze mną Rosjanka Maria. Do Germanii przyjechała z rodzicami jakieś 20 lat temu, więc gada. Od początku coś do mnie miała-a to była zazdrosna o Styropianową Moni (moja szkoląca), a to narzekała, że nic nie umiem. Nawet nie wiedziałam, że zrobiła się o mnie mała awanturka, bo część załogi stanęła po mojej stronie. Maryśka zebrała ochrzan, powiedziano jej że jak mi życie będzie utrudniać pójdę do "góry" (czytaj do dyrekcji) i będzie miała kłopoty. O wszystkim powiedziała mi Anetka młodziutka Polka, która ze mną pracuje. Po tym przeprowadzono ze mną rozmowę, że nie latamy do dyrekcji tylko załatwiamy wszystko między sobą. Ok duża dziewczynka jestem i od dość dawna nie skarżę. Unikałyśmy się zatem z Maryśką wzajemnie aż do dziś. Pech chciał, że dziś musiałam z nią pracować. Znów szły termohausy więc wiedziałam, że kontakty będą mocno ograniczone. Szybko spakowałam pierwsze wózki, zostało mi trochę czasu, poszłam pakować coś innego.A miła Marysia w tym czasie latała na fajki. Wkurza mnie to, bo palacze mają dobre pół godziny przerwy więcej. Jednak jeśli dyrekcja nic z tym nie robi, ja też nie mogę. Ok dopóki nikt mi nie depcze po odciskach i ja go nie ruszam. Niestety po normalnej przerwie zaczęły się problemy.
Hala zawalona była wózkami (wózek jest wielkości małego regału sklepowego), był płacz że dużo pracy, mnie się trafiły wybrakowane pokrywy do termosów. Otworzyłam trzy kartony i jedną w jedną były uszkodzone. Poszłam ci ja do Marysi i pytać zechciałam co z tym zrobić. A miła Marysia burknęła mi na to, że mam trochę szybciej pracować.Odpowiedź w temacie jak widać Odrzekłam, że szybko pracuję ale para już mi poszła...
Zaczęłam szukać majstrów, ale jak na złość gdzieś poleźli. Utknęłam w martwym punkcie, bo bez ich decyzji sama nic nie zrobię. To se pomyślałam, że pójdę do Styropianowej Monisi co by sytuacje oczyścić. I co usłyszałam? Że sztres,bo fielarbajt,że muszę sama pracować. Para poszła mi z nosa...
Odpowiedziałam, że wszystko jasne i że to co mówi Maryśka jest ok co ja-nie.
Potem przyszła majsterka, kazała szukać dobrych przykryw, złe zostawić (po co nie wiem) i w ten sposób skończyłam co moje.
Na to podejszła Marysia, która cud nad cudy sama ogarnęła swój chaos i pyta jakiej ja pomocy potrzebuję, Żadnej zgodnie z prawdą odpowiedziałam i że sama sobie poradzę. Na to ona wrzeszczy ponownie że pytałam o pomoc, a ja znów, że nic od niej nie potrzebuję.Tak się wkurzyła, że walnęła wózkiem w piec he he. Potem był koniec pracy i uznałam, że nie będę z nimi rozmawiać, bo nie ma o czym. I siadłam se w kącie celem odpoczynku. Wtedy nadejszła Marycha i ZACZĘŁA MNIE PRZE-PRA-SZAĆ. Ha! Opowiadała jakieś bzdury w stylu, że nie zrozumiała o co mi chodzi i inne takie. I żebym nie żywiła urazy. A ja uważacie wysiliłam ętelekt i powiedziałam coś w stylu, że zapomniał wół jak cielęciem był. I że ona też kiedyś o wszystko pytała.A że przyszły razem z Monią to i jej powiedziałam, że muszą się zdecydować-albo pracuję sama, albo pytam o wszystko. Nie spodobało jej się to, oj nie. A to dlatego, że do tej pory byłam milutka i wszystko było ok. Było ok bo nie umiałam nic powiedzieć. Ja jakoś przesadnie kłótliwa nie jestem i lubię zgodę, ale kurna na łeb sobie wleźć nie pozwolę. I proszę Szanownego Państwa całość dokonywała się po germańsku he he.
Wiem, że mogę mieć kłopoty, bo Styropianowa Moni mi tego nie daruje, ale i tak uważam, że warto było. I to jest pozytyw dzisiejszego negatywu :-)).





wtorek, 4 sierpnia 2015

11 palet

Dziś spakowałam 11 palet termohausów-pudełek do zimnego/ciepłego rozmiarów sporej walizki.
O czym informuję w charakterze zwłok będąc, o ile zwłoki mogą informować o czymkolwiek kogokolwiek po za patologiem sądowym.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Pół roku w Germanii czyli na co mi się przydało chlanie niemęża


Z okazji niedzieli i odrobiny czasu będzie barokowo.Osoby o słabych nerwach proszone są o czytanie na raty:-)))
 
Już nie uważam, że cena która muszę zapłacić za to jaką osobą się stałam, jest za wysoka. Za dobre rzeczy trzeba odpowiednio zapłacić-w tym przypadku spłata kredytów spadła całkowicie na moje barki, niemniej jednak warto było. 4 lata terapii sprawiły, że moje podejście do życia uległo zmianie.
Dla normalnych ludzi kiedy im jakiś plan nie wypali, normalnym jest wymyślenie nowego. Dla osoby zaburzonej zawalenie się planu jest dramatem i powodem do załamania. Dla normalnej osoby wiedza, że czasem trzeba wybrać tzw. mniejsze zło, żeby potem było lepiej nie jest niczym szczególnym. Dla osoby zaburzonej taki wybór nie jest możliwy, bo ona wcale nie widzi możliwości jakiegokolwiek wyboru. Nawet jak kto jej palcem pokazuje. Normalne osoby potrafią powiedzieć innej osobie, że dotąd możesz działać, a dalej to sorki ale wara, bo to mój teren. Osoby zaburzone idąc na terapię pytają o szkolenie z asertywności, zupełnie nie przyjmując do wiadomości, że jak się wcieli w życie to co wyżej napisałam, żaden kurs nie jest potrzebny. Wiem to, bo sama tak mam:-).
I słyszę to bardzo często do niemęża w postaci zdań typu "jesteś wredna"czy "czepiasz się". Wredność polega na tym, że wymagam. Wymagam żeby z psem na spacery wychodził, obiady gotował, śniadania robił, żeby po sobie posprzątał. Czepiam się o pracę, niezapłacone rachunki czy niepotrzebne wydatki. Czepiam się o całokształt. Mam prawo, bo to ja dźwigam ciężar życia w Germanii, to ja przy znikomej znajomości języka znalazłam i dostałam pracę, ja załatwiłam sobie kurs niemieckiego finansowany z EFS ( czy z niego w najbliższym czasie skorzystam to już inna sprawa), ja znalazłam polskiego lekarza ogólnego, ja emalią umówiłam się na wizytę u ortopedy też polskiego, ale sekretarkę mają germańską i po germańsku maila musiałam napisać i później odpowiedzieć,ja na niemieckim portalu znalazłam mu pracę, ja sobie znalazłam póki co kurs niemieckiego przez skypa, ja czytam i domyślam się co przychodzi w urzędowej korespondencji, w końcu ja załatwiłam mu odwyk. Bo owszem dwa razy zapił. Za pierwszym razem załamałam się, ale pomogła mi Olasia od serniczka, która na szczęście nie jest już moją koleżanką, za drugim razem zaczęłam szukać mieszkania. Znalazłam ale pierwsze za drogie w utrzymaniu, w drugim nie można mieć zwierząt, bo przecież Reksinka nie zostawię. Skoro już tu jest ze mną, zostanie do swej śmierci kiedyś tam. Było mi bardzo ciężko, bo latanie z psem po fizycznej harówie jest męczące, ale dałam radę. Póki co mieszkam z niemężem, bo mnie na to mieszkanie stać, a i on lata z pieseczkiem więc mi lżej. I ...wymagam. W nowym mieszkaniu będę musiała wszystko co do życia potrzebne kupić, więc mus będzie w soboty popracować, ale za to zyskałam coś bezcennego-moje zen:-).
Bo właśnie tego chciałam, kiedy Ewa na początku terapii pytała nas czego chcemy. Chciałam wiedzy o sobie. Bo wiem, że na cuda trzeba pracować, bo wiem że dam radę, bo jestem silna-wiem to na 100%, bo nie wymyślam czarnych scenariuszy, tylko mam plan awaryjny na wypadek niepowodzenia. Bo nie będę wstydziła się wrócić do Polski, gdyby było trzeba, bo nie żyję już życiem niemęża co widać w ostatnich postach-wcale o nim nie piszę, bo w końcu spotkałam się ze sobą. Jeszcze walczą we mnie dwie Edyty, jeszcze tamta próbuje przejąć kontrolę i znów wrzucić te fajniejsza w dół depresji, jednak ta nowa ja nie poddaje się. I jest jej coraz więcej:-))).
Bo chcę żyć w myśl zasady, że szklanka jest do połowy pełna, a ja nie jest, to znaleźć takie rozwiązanie żeby była :-))))



wtorek, 21 lipca 2015

O tym jak można zrobić dobrze kobiecie jednym zdaniem. Powtórzonym zdaniem;-)

Miejsce akcji:
hala pakowalni z fatalnym oświetleniem-lampy pamiętają jeszcze Honeckera
Czas akcji:
mniej więcej 2.30 dziś w nocy
Osoby:
ja
oraz
Sandor-Węgier w wieku mniej więcej mojego dziecięcia, któremu za pomocą słownika, dźwięków onomatopeicznych oraz obrazowych ruchów ręcyma tłumaczyłam na niemiecki polskie powiedzonko
znane jako Polak Węgier dwa bratanki... . Miało to związek z jego stwierdzeniem o więzach łączących oba nasze narody. Bystry jest i zrozumiał ekhem i nieprawdaż:-)))

Do wczoraj śmieliśmy się do siebie i z siebie zza "suszarki". Suszarka ma rozmiary  6 europalet położonych wzdłuż siebie ( w przeliczeniu na europalety oczywiście) oraz na wysokość jakieś 2 m. Stoi ich na hali 10, za nimi maszyny, razem daje to taki łomot, że rozmowa z oddalenia jest niemożliwa a i z bliska trzeba wrzeszczeć. On się śmiał, bo wiedział, że ja śmieję się z niego-pomylony ten młodzian zapodaje sobie muzykę z mp ileśtam, węgierską muzykę, śpiewając przy tym na tyle głośno, że wiadomo jaki to język oraz tańcząc. Pląsa, przytupuje, wymachuje ręcyma-no komiczny jest:-))))).
Tak się wczoraj złożyło, że pracował i na maszynach i po naszej stronie. Była nam potrzebna pomoc, bo szło dużo drobnicy plus ręczne oklejanie styropianu w kształcie rolek papieru toaletowego. Zatem Sandor latał w te i nazad pakując, to co produkował, na hali mamy jakieś 35 stopni (w nocy!), pot zalewa nam dokładnie wszystko włącznie z oczami, sami widzicie jakie warunki panowały:-))).
W związku z tym, że staliśmy obok siebie rozmowa stała się możliwa dzięki krzykom a nie wrzaskom. Sandor zadał mi pytanie czy blond na moim łbie prawdziwy czy fałszywy jest. Nie on pierwszy zadał to pytanie, więc kurna coś z tym blondem musi być na rzeczy. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że owszem maluję a mój naturalny to ciemny blond. I siwy.
Siwy?- zdziwił się Sandor
No siwy.-rzekłam ja
Niemożliwe u tak młodej osoby-rzekł on
Młodej?- głupio zapytałam ja, z trudem powstrzymując się od trzepania rzęsami
No nie masz przecież więcej niż 32-powiedział on od tyłu*
Że niby ile-zapytałam ja, sądząc że źle zrozumiałam, co jest bardzo możliwe a wręcz prawdopodobne
32- powtórzył on
Wyjaśniłam biedakowi tę drobną 16-letnią rozbieżność . Jego mina była bezcenna:-)))).
 No paczcie państwo- weszła do fabryki 48-letnia baba z bolącym kręgosłupem i menopauzą,co nie potrafi się zdecydować na żaden wariant(menopauza nie baba), wiec mam i poty rzęsiste i comiesięczne przypadłości, a wyszła nówka sztuka prawie nie śmigana :-))))
Prawdą jest też to, że dziś rano kiedy wstałam czyli o godz.14 i dowlekłam się do łazienki nie zobaczyłam w lustrze mego nowego 32-letniego oblicza, bo...nie zobaczyłam niczego. Cholerny 48-letni kręgosłup uznał, że pozycja wyprostowana nie jest dla mnie. I tyle z mej radości hre hre hre.

Tak więc miłe panie jeśli chcecie się odmłodzić, zapraszam do Lorch do fabryki styropianu, na nocną zmianę, koniecznie upalnym latem. Efekt odmłodzenia nie jest długotrwały, ale za to jaki spektakularny :-))))))

* dla tych co może nie wiedzą-w języku germańskim liczebniki podaje się od tyłu, czyli w rzeczonym przypadku Sandor mówił: 2 i 30. Moje własne 48 lat to 8 i 40. Boszesztymój jaka mądra jestem, że zgroza :-))))))

niedziela, 19 lipca 2015

Ropucha czyli jak nie odczarowałam księcia

Na fali erotycznego ekhm nieprawdaż snu o Putinie oraz jego podobieństwie do nie ukrywajmy ropuchy przypomniało mi się wydarzenie z wczesnej młodości. Otóż w pierwszej klasie szkoły średniej zamieszkiwałam w internacie. Było to doznanie nad wyraz pamiętne niemniej jednak nie o tym mowa albo pismo jak kto woli. Wśród malowniczego personelu prym wiódł Bolek. Bolek pełnił funkcję konserwatora, palacza, złotej raczki, szarej eminencji oraz jak wieszczyła krążąca po internacie plotka kochanka Pańci czyli kierowniczki. Bolek miał też cudowną cechę-jeśli polubił jakąś dziewczynę, jej życie stawało się znacznie prostsze i łatwiejsze, albowiem personel internatu z Pańcią na czele nie ustawał w pomysłach jak utrudnić i uprzykrzyć życie swoim podopiecznym.
Zatem Bolek wielbił wybranki bez żadnych podtekstów, wielbił bowiem platonicznie, ochraniał i pomagał, ale...Quasimodo to był przy Bolku niezłym ciachem. A dla nastoletniej dziewczyny uroda wielbiciela, nawet platonicznego ma znaczenie. Tak wtedy myślałam. Ale ad rem.
Wieczorne ablucje (poranne też) odbywały się w łazience czyli w olbrzymim pomieszczeniu składającym się na wejściu z kilku kabin WC oraz dalej rzędu umywalek umieszczonych po obu stronach ściany. Było ich chyba w sumie ze 20. Ilość nie ma znaczenia. Wieczorem w rzeczonej łazience oraz wucecie było wody po kostki. Każda z dziewcząt (nielicznych wyjątków nie liczę) stała przy umywalce i zwyczajnie kubkami polewała się wodą-taki rodzaj prysznica, po drodze robiąc drobne przepierki.. Pierwsze miały dobrze, bo podłoga była sucha, potem brodzenie w tej brei nie było już takie fajne. Przez dłuższy czas zastanawiało mnie dlaczego nie ma tu prysznica, bo niestety jako pierwszoklasistka należałam do drugiej grupy kąpielowej.
 Po krótkim czasie okazało się że Bolek mnie lubi, więc jako wybranka mogłam chodzić po całym internacie, co zwyczajnym mieszkankom było surowo zabronione. I tak w piwnicy znalazłam o cudzie prysznice! Osobne kabiny ze stołeczkiem i drewniana kratką do stania, naprzeciwko umywalki z lustrami. O rozkoszo- już nie musiałam brodzić w brudnej brei, tylko zażywałam luksusu samotnej kąpieli. Oczadzona tym luksusem nie zastanawiałam się, dlaczego żadna z mieszkanek tu nie przychodzi-uznałam, że za nisko w sensie w piwnicy a i rozgłaszać specjalnie nie miałam planu z uwagi na tłok jaki ewentualnie mógłby zapanować. Radość ma trwała około miesiąca. Pamiętnego dnia a była to sobota, która była moim ostatnim dniem z luksusem, zażywając prysznica poczułam, że ktoś na mnie paczy...Ten natrętny i świdrujący wzrok czułam na całej sobie. Obróciłam się i ...nikogo nie było. Zrobiło mi się dziwnie... Prysznic przestał sprawiać radość i zaczęłam się zbierać, gdy nagle usłyszałam dziwny dźwięk. Obróciłam się i wtedy go zobaczyłam...Nie nie Bolka tylko olbrzymiego wielkości 5-litrowego garnka ropucha. Ropuch szedł w moją stronę z wyraźnym zamiarem wyegzekwowania pocałunku na odczarowanie. Zaczęłam rzucać w niego czym popadło, a on widać uznał to za dziewicze przekomarzanie, bo przyspieszył skoku. Niestety odciął mi drogę do drzwi i ręcznika, więc wskoczyłam goła jak przy urodzeniu (no nie całkiem jak he he) na ów stołeczek, co stał w kabince, w dłoni dzierżąc ostatni pocisk-mydło.
Przemówiłam do ropucha, tłumacząc że ze mnie żadna kandydatka na królewnę, żeby poszukał lepszej, bo ja nie te sfery, on nie słuchał... Przymierzyłam się mydłem i trafiłam drania... Drań poczuł się rozsierdzony i jednym skokiem znalazł się przy moim stołku z wyraźnym zamiarem wskoczenia do mnie. Nie wytrzymałam napięcia i wydarłam się jakby mnie goniło stado upiorów. Krzyk na szczęście powstrzymał prześladowcę. I usłyszał go Bolek będący w kotłowni. Wpadł do łazienki i oniemiał z wrażenia-jedna z jego ulubienic stała goła na stołku i darła się jak obłąkana na widok ropuchy. A mnie widok Bolka zachwycił-w tym momencie nie wyglądał jak gorszy brat Quasimodo, a zgoła opromieniał go anielski blask. Bolek brzydki? Jaki brzydki, najpiękniejszy na świecie, no po prostu IstnyCud. IstnyCud anielskiej urody zawrócił i biegiem przyniósł wielką łopatę, na której  księciuniu,  rzuciwszy mi ostatnie pełne wzgardy spojrzenie z wysokości rzeczonej łopaty, dał się wynieść do ogrodu.
Jak się potem okazało pod prysznic nie chodzono dlatego, że często wybijało tam szambo. Trafiłam akurat na suchą porę, że wody było mało.

wtorek, 14 lipca 2015

Znów o mieszaniu będzie czyli pospożywczy koszmarek

O mieszaniu chleba dla odmiany. Starego z nowym.
Nasmażyłam ci ja kotletów biustowych. Jednego dnia pożarłam je jak się należy z ziemniaczkami i mizerią, zostało sztuk kilka na dzień następny. Wpadłam do domu po drugiej zmianie, kundel na smycz, w rękę stary chleb cebulowy z biustem panierowanym i na spacerek. Byłam taka głodna że aż mnie skręcało, bo w czasie upałów nic prawie nie jadałam. Poleciałam z kundlem na spacerek oprawiwszy po drodze kanapkę. Po powrocie zrobiłam sobie kolejne tym razem ze świeżej bułeczki mit kochen szinken und pomidoren. Zjadłam. Sie wykapałam, przy okazji zostałam napadnięta przez brodzik i teraz mam malowniczy siniaczek na całej łydce i spać poszłam. A w nocy miałam sen...
Śniło mi się, że znalazłam się w otoczeniu samego Putina i wiecie rozumiecie dokonałam aktu zakochania się. W Putinie. Kiedy zbliżył się do mnie i zapytał, czy się nie boję, wstrząsnął mną dreszcz ( w domyśle jak mniemam ekscytacji) i rzekłam, że nie ma czego, to on wspaniały człowiek jest. Czy cuś. Na szczęście dla mnie do konsumpcji nie doszło, bo rzeczony wsstrząsający dreszcz był tak silny, że obudziłam się. Jak widać stary chleb cebulowy i świeżutkie bułeczki spożywane wieczorową porą są hardkorowym doznaniem i jako takie nie mogą być łączone. Spożywanie na własną odpowiedzialność, bo żeby nie było-oszczegłam :-))))

poniedziałek, 13 lipca 2015

Mieszane uczucia

Jest taki dowcip o mieszanych uczuciach-otóż występują one wtedy, kiedy wredna teściowa wpada do przepaści twoim nowym mercedesem.

U mnie mieszane uczucia występują wtedy, kiedy kolejny mit o Niemcach rozbija się o rzeczywistość. Nie wiem jak Wy, ale ja ulegałam mitom narodowościowym i Niemców wyobrażałam sobie jako naród na wskroś uczciwy i praworządny, gdzie "ordnung muss sein" jest hasłem naczelnym. Nie żebym nic innego nie robiła tylko furt jak leci o tym myślała, niemniej jednak takie opinie w sobie miałam. I tu właśnie moje mieszane uczucia dochodzą do głosu- normalni ludzie z normalnym życiem vs osławiony ordnung.

Uczciwość- w ubiegłym tygodniu moja styropianowa szkoląca poszła na urlop i zostawiła mnie sam na sam z gulgoczącym Gunterem. W związku z tym, że rzeczony zostawił mnie na pastwę losu i sama ogarniam nasze stanowiska, bo onżesz kolejny idiotyzm styropianowy w ilości hurtowej pakuje ( na co komu metrowe styropianowe sztangi? ), przyszło mi sprawdzić zgodność z normami trzy-częściowy wyrób. Niby se mogłam poczytać jak to zrobić, tyle że z mojego czytania wciąż niewiele wynika, poszłam ci ja do Gulgota i zapytałam jak zrobić totamto, albowiem azaliż i  ponieważ nowe dla mła jest. W odpowiedzi zagulgotał, że nowy młody to zrobi, to se poszłam. Niech nowy robi.
Pod koniec zmiany woła mnie i znacząco puka palcem w kartkę z normami i pyta dlaczego to nie zrobione. Ożesz ty w ząbek czesany indyku! Spięłam się w sobie i wyjaśniłam, że przecież pytałam i że młody miał robić. Z lekka go zatchło, bo do tej pory nie wykłócałam się o nic, bo niby jak ?
I wiecie rozumiecie wziął długopis i bez żadnego sprawdzania wpisał dwa razy zgodność wyrobu z normami. To sie pytam-gdzie ta germańska uczciwość?

Jazda zgodnie z przepisami.
Istnieje mit, że Niemcy jeżdżą zgodnie z przepisami i absolutnie nie ostrzegają się jak jak kontrola drogowa jest. Hmm...
W tym tygodniu pracuję na pierwszej zmianie. Wychodzimy a tu na automacie do rejestrowania przyjścia/wyjścia wisi kartka z informacją, że na drodze pod sklepem stoi fotoradar. I żeby jechać tam wolno.
To sobie tak myślę-jaki mit mi jeszcze upadnie?

niedziela, 5 lipca 2015

Święto Renu

Mój Sister powraca do zdrowia, to i mnie humor zaczął dopisywać:-))

W związku ze związkiem udałam się byłam w celach rozrywkowych do Rudesheim am Rhein bo skoro święto Renu to i Rudesheim musi nad nim leżeć he he. Cel rozrywkowy to moja ukochana dziecięca rozrywka czyli pokaz sztucznych ogni. Jak tak pokaz wygląda-każdy wie. Ja poczułam się z lekka rozczarowana...
W okolicy jest mnóstwo zamków. Zamki te nieodmiennie budzą mój podziw. Bardzo chciałabym Wam je pokazać, ale niestety niestety brak mi aparatu fotograficznego a z telefonu to po kwiatkach było widać, jak zdjęcia wychodzą. Ale do brzegu, bo skoro rzeka i to i brzeg musi być:-)).  Ruch na Renie został wstrzymany.Piszę ruch-bo Ren jest wodną autostradą, po której w te i nazad jak rok długi (pięć miesięcy póki co) pływają statki i barki oraz promy przeprawowe.
 Przeszedł mnie pierwszy dreszcz, kiedy w jednym miejscu zaczęły zbierać się przepięknie oświetlone statki pasażerskie. Cumowały jeden przy drugim, precyzyjnie ustawiając się w wybranych miejscach. Pomyślałam, że zaraz wydarzy się coś pięknego, coś co mnie olśni i zachwyci na wieki wiekuf ament, szczególnie że całe miasto było wypchane po brzegi germańskimi turystami, którzy specjalnie na ten pokaz przyjechali. Pierwsze race wystrzeliły z wież zamkowych. Postrzelały sobie mizernie i koniec. Następnie absolutnie bez żadnego planu, ładu oraz składu postrzelały sobie spod pomnika Germanii. Zrobiły sobie 10-minutowe bum bum. i koniec. Pomna doświadczeń wrocławskich czekałam na finał. I się nie doczekałam. Ludzie zaczęli się rozchodzić, pasażerowie opuszczać statki, koniec imprezy. Wtedy właśnie po drugiej stronie rzeki w Bingen poleciały race. No pomyślałam sobie. W końcu. Ludzkość zawróciła... Tyle że nie wiem po co. Parę razy postrzelało i tym razem definitywnie był koniec. Nie wiem czy tubylcom pokaz się podobał. Pewnie tak skoro nagrywali filmiki. Problem polega na tym, że taki pokaz to ja widziałam w malutkiej Ostrowi na sylwestra. Miasto nie za bogate, to i pokaz skromniutki. Ale tu?
Marudzę, bo mam we wspomnieniach czerwcowy pokaz sztucznych ogni we Wrocławiu.
Nie wiem jak było przez ostatnie lata, ale co roku zanim wyjechałam to było przedstawienie na które czekałam cały rok. Najpierw tak z 15 minut rozgrzewki z jakaś muzyką w tle, a potem...Potem przepiękne przedstawienie. Perfekcyjnie dobrane do jakiejś muzyki typu klasyka czy elektronika (bo co roku podkład muzyczny był inny) sekwencje wystrzałów. Wrocławskie niebo nad Ostrowem Tumskim rozświetlały gwiazdy, palmy, trawy, kolorowe punkty... Muzyka zmieniała się, zwalniała, wystrzeliwane race łagodnie zmierzały ku końcowi pokazu... Zawsze pozostawał we mnie niedosyt i oczekiwanie na następny rok, na kolejne widowisko. Tu nic takiego nie było. Być może w październiku na Loreley, być może na Dzień Zjednoczenia będzie coś lepiej, tak więc tylko te statki na początku wzbudziły mój podziw, cała reszta ... Jak kto nie był we Wrocławiu, to mogło się podobać, ja byłam i widziałam nie raz, to marudzę. Kolejny raz kiedy Polska górą :-))