środa, 31 grudnia 2014

Hepi Niu Jer:-))

Dziękując za Waszą obecność i dobre słowa jakich nie szczędziliście mi w tym roku, życzę Wam


                                                   365 szczęśliwych dni ,
                                              52 cudownych weekendów,
                                               12 wspaniałych miesięcy,
                                                 4 kolorowych pór roku
                                     oraz spełnienia marzeń w Nowym Roku!


niedziela, 28 grudnia 2014

Białe paskudne

Może uogólniam, ale wszyscy zachwycają się świeżo spadłym śniegiem. Że tak ślicznie i bajkowo, że wzorki na szybach namalowane. Że krajobrazy piękne. Oraz inne wspaniałości. Ja białego paskudnego nie chciałam. Białe śliczne w szybkim tempie zamienia się w bure i rozciapane. Ja się pytam komu przeszkadzało, że było ciepło i dżdżysto??? Bo mi nie. Nie tęskniłam za mrozem i śniegiem, nie wyczekiwałam białych świąt. Mnie było dobrze. A czemu zrzędzę dodatkowo? Bo pierwsza gleba w tym roku zaliczona.Dobrze, że poleciałam bokiem, bo tylko łokieć i nadgarstek stłuczone. Więc pytam ponownie komu przeszkadzało, że było późno jesiennie??? :-((

środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt:-)))



Z okazji zbliżającego się czasu świątecznego życzę Wam
chwil radosnych i wyjątkowych :)
Abyście mogli odpocząć i znaleźć czas na chwilę zadumy nad tym co ważne i najważniejsze :)
Abyście rozejrzeli się wokół siebie i docenili to co już macie i czego doświadczacie.
Abyście zaplanowali w myślach jak najpiękniej nadchodzący Nowy Rok :)
Dobrego czasu dla Was i Waszych najbliższych
życzy
edyta :)
                               


                                 

niedziela, 7 grudnia 2014

O jesiennej depresji będzie, albo raczej jej braku :-)))

Klarka Mrozek natchła mię postem.
Od wielu lat zmagałam się z subdepresją. Od jakiś czterech z depresją w pełnym rozkwicie. Były prochy które miały ułatwiać życie i w pewnym sensie ułatwiały, bo wyłączały uczucia. Człowiek chodził jak robot.
Nadchodził jednak moment, że sama miałam dość chemii, przestawałam zażywać oczywiście wg wskazań lekarskich, czas jakiś było dobrze, po czym problem powracał. Potem doszła do tego jeszcze śmierć Grażynki o czym pisałam w poście pt. "Wołanie Grażynki" i było już naprawdę źle. Jednak cały czas byłam pod opieką psychologa i dzięki temu udało mi się przetrwać najtrudniejsze chwile. I jakoś tak późnym latem tego roku coś mi w głowie zaskoczyło i zrozumiałam, że nie chcę już żyć w wiecznym smutku. Jesień tego roku jest pierwszym od wielu lat czasem, kiedy pomimo tego, że mam pod górkę nie dopisuję czarnych scenariuszy. Czekałam na wynik badania lekarskiego-mam go. Doktor Gugiel mówi, że niezbyt dobry, jutro prawdziwy lekarz wypowie się w tej materii. Będzie dobrze to super, trzeba się będzie leczyć-trudno.
Niemąż póki co nie pije (o nim innym razem) -fajnie, jak się jednak napije, trudno jego wybór a  realizuję swój plan. Mam do podjęcia parę parszywych decyzji-przyjdzie czas, to je podejmę, teraz nie ma sensu zamartwiać się nimi. I nie słyszę już Grażynki i jej zachęt do odejścia na drugi brzeg. Wiem, że to wszystko było w mojej głowie, że sama sobie robiłam kuku. Jednak powiedziałam sobie dość. Kłopoty wciąż te same,
zdrówko jakby gorsze, padam na ryj ze zmęczenia,odczuwam na karku swoje prawie 50 lat, ale jest fajnie. Pewnie dlatego, że powoli odmrażam uczucia-te pozytywne, bo negatywne cały czas na full były.
Gdzieś tam czeka lepszy świat, który kiedyś będzie mój. Będzie, bo ja tak mówię, bo ja tego chcę i już.
Klarko dziękuję:-))

I niech moc będzie z Wami :-)))

sobota, 6 grudnia 2014

Wizyta

W zeszłym tygodniu odbyłam wizytę towarzyską w mieście Tychy. Wizyta spowodowana była urodzinami bliskiej mi koleżanki z Ostrowi, co się była w moje (prawie) rodzinne strony przeprowadziła. Oraz powód nr 2 zapoznawczo-rozpoznawczy nowego towarzysza jej życia. Coś co miało być w zamierzeniu miłe niestety takowe nie było. Z wielu powodów wymienię jeden, najważniejszy-palenie. Popielniczki stały dosłownie wszędzie: pod łóżkiem, przy łóżku, na stole, w kuchni, w łazience...Rzeczony towarzysz życia budził się w nocy i odpalał papierocha zalegając w łóżku. Moja koleżanka przynajmniej w nocy wychodziła do łazienki.
W pewnym momencie kiedy siedziałam miedzy nimi, zaczęłam się zwyczajnie dusić i dałam dyla do otwartego okna. I wiem-niektórzy mogą mi zarzucić, że sama paliłam, a teraz się mądrzę. Ale teraz nie palę, bo ze względu na astmę dokonałam wyboru. Więc już więcej ich nie odwiedzę.
A z humorystycznych rzeczy, które mi się zwyczajowo przytrafiają, wspomnę o miłej panience nie blondynce, pracownicy punktu kasowego Polskiego Busa. Miejsce akcji Warszawa Wilanowska. Czas akcji piątek 28.11, godz. 19.30 mniej więcej. Świadków rozmowy sporo.
Wchodzę ja prosz państwa do budki z napisem "kasa" i zadaję pytanie z pozoru proste i konkretne, jak się jednak z odpowiedzi panienki okazało, zbyt skomplikowane i pełne ukrytych znaczeń nieprawdaż :-))).
Ci którzy mieli okazję jeździć Polskim Busem wiedzą, a ci którzy takowej okazji nie mieli, właśnie się dowiedzą, że ceny biletów bywają mocno zróżnicowane w zależności od pory dnia, daty dokonywania rezerwacji i innych bliżej mi nie znanych okoliczności. Dla przykładu bilet powrotny kosztujący w piątek wieczorem 45 zł, w poniedziałek kosztuje już tylko 25 zł. Zasadne więc wydało mi się się moje pytanie.
A zatem:
Ja:  dobry wieczór.
Panienka: dobry.
Ja:  czy mogłaby mi pani powiedzieć, ile będzie kosztował bilet z Katowic do Warszawy we wtorek 01.12?
Panienka: przecież pani jest w Warszawie.
Ja: wiem, gdzie jestem. Dzisiaj. Pytam o wtorek, bo chciałabym wrócić do Warszawy. Z Katowic.
Panienka: nie rozumiem pani, przecież pani jest w Warszawie.
Wyszłam nie kupiwszy biletu, uznałam bowiem, że któraś z nas dostała nagłego pomięszania zmysłów i że opcją jest pozostanie w stolycy przez następne trzy dni. Na dworcu.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Tematy około medyczne odsłona ostatnia (póki co) :-))

Żeby nie było, że cała służba zdrowia w woj.mazowiecki jest be. Otóż nie jest. Mój lekarz od pierwszego spojrzenia, co mu sugeruję dorobienie specjalizacji, a nie wysyłanie pacjentów do hmm specjalistów oraz chirurg stomatolog z Myszyńca, to wspaniali ludzie i Specjaliści w swej dziedzinie właśnie w tej kolejności.
Ale ad rem.
Jakiś czas temu czyli dobre 10 miesięcy miałam przejście ze "swoim" stomatologiem. Pani rozdłubała mi pół zęba, od wydłubania reszty umyła rączki, wysyłając mnie do chirurga stomatologa (prywatnego) właśnie. Zmienne koleje losu w postaci braku gotówki na przejazd do Łomży, bo tam było "miejsce", sprawiły, że rzecz trwała w połowicznym zawieszeniu aż do października. Na szczęście profitem z pracy sprzątaczki jest niewielka gotówka, którą mogłam spożytkować na dowolny cel. Np. dokończenie wyrywania zęba:-)). I to w hmm "wymarzonym" Myszyńcu, a nie przymusowej Łomży:-)). Ale zanim doszło do wyrwania, musiałam zrobić zdjęcie RTG połówki. Udałam się byłam dzień przed do pracowni RTG zęba zlokalizowanej w prywatnym domu. Była godzina 12 w południe. Jako że nagminnie tam nie chadzam, zapomniałam że gabinet czynny jest w godz.14-19, o czym informowała tabliczka dla wygody pacjentów umieszczona obok dzwonka (przy zwonku nie było chwościka, który później okazał się zaginionym ogonem Kłapouchego, ale to już inna bajka). Żadnej innej kartki informującej o zamknięciu gabinetu nie było. Parę godzin później już była. Że w dniu dzisiejszym gabinet nieczynny. Zgrzytnąwszy własnymi jeszcze zębami pomyślałam, że miła ta pani znów się nachlała i nie dała rady pracować, albowiem stałym wyposażeniem gabinetu oprócz aparatu RTG i kamizelki kuloodpornej są butelki z wódką i po wódce pod umywalką oraz aromat trawionego alkoholu, dla niepoznaki maskowany żuciem gumy. Piekło i szatani-się zdenerwowałam, bo co ja biedna teraz zrobię? Jednakże z mroków pamięci wydobyłam malutki neonik przy prywatnym gabinecie stomatologicznym, że tam mają aparat. Trudno (myślę sobie), pójdę, padnę na kolana i wyżebram to zdjęcie. Co też uczyniłam. Znaczy poszłam.
Miła pani stomatolog skasowała 30 zł, chwyciła suszarkę w dłoń i pstryknęła fotkę. Potem obejrzawszy zdjęcie, rzekła: a po co pani chirurg do tego zęba? Tu się by trzeba chwilę pobawić, ale ząb jest do wyrwania bez chirurga... Nosz kurwagonpełen gdybym wiedziała, to bym 70 km do Myszyńca nie musiała jechać...Ale pojechałam. I teraz uwaga-wizyta była umówiona na 9.38. Spóźniłam się jakieś 10 min, bo mi PKS nie spasował, czyli mamy 9.48. Zdejmuję kurtkę, wchodzę do gabinetu, tłumaczę dlaczego się spóźniłam, potem na pytanie dlaczego do tu przyjechałam, wyjaśniam, że w internecie pozytywnie opisali, pani doktor ogląda zdjęcie, robi przegląd techniczny, daje zastrzyk, potem następny, dłubie czymś, potem każe sobie podać inne wąskie coś, przechodzi z drugiej strony, poprawia dłubanie tym innym czymś, mówi że pół zęba już nie mam, czekam na wyrwanie kolejnej połówki, a ona każe mi wstać z fotela...Na moje zdziwione pytanie "czy to już?", śmieje się, że jak bardzo chcę, to mi włoży zęba z powrotem i zacznie zabawę od nowa. Po czym zakłada mi kartę jako nowemu pacjentowi, bo przecież się spóźniłam i wcześniej nie było czasu. Żegnamy się w uśmiechach, jeszcze pytam o antybiotyk, ale niepotrzebny i wychodzę. Idę do toalety i po wyjściu rzucam okiem na zegarek-jest godzina 10. Wszystkie te czynności trwały 12 minut!!! Nijak to się ma do stomatologa, który nie dość, że zostawił(a) mnie z niedokończona ekstrakcją, to jeszcze walczył(a) z nią (tą ekstrakcją) dobre pół godziny. Na zakończenie dodam, że według pani chirurg stomatolog, tenże chirurg nie był mi potrzebny-to było zwykłe rwanie...

W nagrodę za dobre sprawowanie zrobiłam sobie malutką wycieczkę po Myszyńcu, czego serdecznie żałuję. Żałuję bo nie wiedziałam, że jest tam Muzeum Wsi Kurpiowskiej i nie mogłam go obejrzeć, że po drodze do Myszyńca, w Kropidle jest skansen, którego też nie mogę obejrzeć, a skanseny uwielbiam pasjami. Żałuję, bo okazało się, że mieszkam niedaleko fajnych miejsc, a zapętlona alkoholizmem niemęża zupełnie tego nie dostrzegałam. Teraz zobaczyłam.
Ze spaceru po Myszyńcu zostały mi zdjęcia. Robione telefonem, więc jakość beznadziejna. Mam nadzieję, że pomimo tego zobaczycie, to co ja:-)
To tzw. przestrzeń miejska-miejsce spotkań mieszkańców, miejsce na grilla, targi i koncerty, bo jest nawet amfiteatr w stylu kurpiowskim:-).






                                                      amfiteatr jakby kto się nie domyślił :-)




                                           ręcznie dłubana firaneczka w oknie gospody




I całkiem nowoczesny twór:


I czysta woda w strumieniu


I czas odjazdu-dworzec PKS w Myszyńcu





I patron strażaków Św.Florian na remizie obok dworca



I już w przelocie z okien busa dworzec w Kropidle






niedziela, 9 listopada 2014

Strach ma wielkie oczy. W moim przypadku nawet wytrzeszcz:-))

Po przyjęciu do szpitala i wprowadzeniu danych wszelakich do komputera (łącznie z BMI na koniec), zostałam poproszona o udanie się do toalety celem zmiany odzieży na wersję szpitalną. Toaleta znajdowała się w korytarzu izby przyjęć, tak że co chwilę ktoś próbował wejść, bo zamknąć się nie było jak. Dałam radę, pomimo wielokrotnych usiłowań wejścia przez płeć obojga (płeć obojga?). Wdziałam koszulkę, szlafroczek, na nogi wełniane skarpetki z uwagi na że lubię mieć ciepło oraz że wełniane skarpety świetnie maskowały rozmiar 40 (przy moim 37) plastikowych klapek, zerwanych w przelocie koleżance z nóg.  Musiałam tak uczynić,ponieważ w/w koleżanka uznała, że kozaki emu, które noszę jako kapcie w domu, no do szpitala nie bardzo. Na rączkie lewom kod paskowy;-)).
Na oddział poprowadził nas (bo zbierali po trzy sztuki) niczym kaczka swe kaczęta, stary kaczor w przykrótkim burym fartuszku.
Przy przyjęciu na oddział ta sama seria pytań co na dole (ale już bez BMI he he) oraz (tu się zaczynam bać) papier ze zgodą na zabieg w znieczuleniu ogólnym wraz z możliwymi przypadłościami. Zęby zaczęły mi dźwięcznie szczękać, całkiem jak hiszpańskie kastaniety. Tyle że czarnej mantyli było mi brak...
Zgoda wyrażona, sala wybrana.Pokój dwuosobowy. W pokoju jako sąsiadka miłe dziewczę lat 33 (wiek niezbędny do celów dalszej narracji). Z przerażenia latam do WC w te i nazad z trwogą myśląc, co to będzie jak zaczną zanim zasnę??
Rzut oka w lustro przy myciu raczek i widok czerwonej twarzyczki, rozbieganych oczek i przylizanej koafiury (bo przecież fryzury balowej na leżenie nie tworzyłam) sprawił, że miałam ochotę wyrwać wenflon i pryskać stamtąd jak najdalej... Dzielnie wytrwałam, za co otrzymałam nagrodę :-))). Siedziałam sobie na łóżku bimbając nogami w odzianymi w wełniane skarpety i za duże klapki rozmiar 40 i gadałyśmy sobie z miłym dziewczęciem jak się okazało w wyniku rozmowy pracownicą miejscowej biblioteki, której jeszcze nie miałam przyjemności zanudzać o coś śmiesznego do czytania he he, kiedy padło pytanie o wiek. I tu uwaga, uwaga miłe dziewczę uznało, że jestem niewiele od niej starsza, bo mnie oszacowała po" poczuciu humoru i wyglądzie!" na jakieś 35 lat.Wnioski nasuwają się same-należy włóczyć się po szpitalach, koniecznie na zabiegi ze znieczuleniem ogólnym, nieprawdaż :-)))
W tzw. międzyczasie zostałam wezwana na badanie przez samą ordynator i wiecie poważnie się zdumiałam.
Od jakiegoś czasu lekarze z uporem godnym lepszej sprawy proponują mi hormonalną terapię zastępczą, a ja z równym uporem odmawiam, z powodów niechęci do wieloletniego faszerowania się prochami oraz obawy przed rakiem piersi. Na na ogół to rozumieją i temat upada. Mówię więc to samo pani ordynator, na co słyszę, że przecież mogę brać luteinę, która hormonem nie jest.
Na sali guglam więc ową luteinę, a tam jak byk stoi, że składnikiem jest progesteron czyli jest to jednak lek hormonalny.Mało tego-stosuje się go u kobiet które chcą zajść w ciążę, bądź w tej ciąży już są. Ja ze zrozumiałych powodów ani jedno,ani drugie. Komu wierzyć w takim razie? (pytanie retoryczne)
Po badaniach pacjentki zostają wzywane taśmowo na zabieg, ja taśmowo biegam w przeciwnym kierunku w coraz większej panice. Następuje dwugodzinna przerwa w zabiegach, bo są akurat imieniny pani ordynator oraz z powodu tajemniczego zniknięcia anestezjologa.Ja mam palce obgryzione po łokcie, a  miłe aczkolwiek złośliwe dziewczę (szybko się uczy, bo podobnież spokojna jest:D) z niewinnym uśmieszkiem stwierdza, że pewnie coś do kawy i herbaty doleją i pyta czy się nie boję tam iść. No żesz...!!! :-)))
Po dwóch godzinach celebrowania imienin jestem wołana na zabieg. Lecę, z wrażenia zapomniawszy zdjąć okulary. Pielęgniarka na mój widok woła, żebym te okulary zostawiła na sali, a zmaterializowany anestezjolog dodaje, że zęby też. Znaczysie już nie wyglądam na 35 lat :-)))
Kładę się na stole, a w głowie galopuje myśl, żeby tylko nie zaczęli, zanim nie zasnę...Tak bardzo się bałam, że na pytanie czy się boję,odpowiedziałam, że jestem przerażona. Bez żadnych dowcipów i naśmiewania się z siebie .Nic tylko czysty strach. Dobry anestezjolog zorientował się  jak można mnie rozbawić i po pytaniu "ile ta pani waży? 77 kg? ja gromko zawołałam,że 79, na to pan stwierdził, że da znieczulenie na 100, bo tak mu wyglądam, a odejmować nie będzie, bo nie lubi, założył mi maskę na twarz, ja zapytałam, że dlaczego nie na 150 i już nic nie pamiętam.Obudził mnie już na sali ból brzucha, ale to był mały pikuś:-)). Do WC nie latałam, bo zabieg wszystkie przypadłości jak ręką odjął:-))).
    Po wnikliwej analizie stwierdzam, że już nie boję się znieczulenia ogólnego i gdyby kiedyś okoliczność jego zastosowania nadejszła, to prosz bardzo mogę sobie sztucznie pospać.
Reszta była ok. Wynik za trzy tygodnie.


P.S. Złośliwe dziewczę z niewinną minką co rusz czymś chciało mnie czymś częstować, wiedząc, że jestem na głodnego od wczoraj. Na mój "straszliwy" warkot w odpowiedzi na jej propozycję, skromnie stwierdzała, że ona jest w ciąży i musi jeść. I tak w przeciągu trzech godzin wyhodowałam z nieśmiałego dziewczęcia złośliwą paskudę:-)). Uczennica pojętna, bo i nauczycielka niczego sobie :-)))

piątek, 7 listopada 2014

Komu, komu bo idę do domu czyli kto chce, kto chce nieumalowaną owcę:-)

Dawniej w bajkach opisywali, że książę aby zdobyć swą wybrankę, musiał mieć:
-klucz do jej serca
-klucz do jej kłódki ;-)
-jakiś tam pantofelek.
Wszystkie te elementy miały zagwarantować, że jedno z drugim spasowane, da oczekiwany wynik i w ten sposób dopasowani będą sobie żyli długo i szczęśliwie. Dzisiejszy księciuniu musi być bardziej nowoczesny i aby zdobyć swą wybrankę, musi posiadać nie mniej ni więcej skaner. Takie ustrojstwo do czytania kodu kreskowego.Księciunio cyknąwszy skanerem w raczkie wybranki,wiedziałby o niej wszystko, łącznie z jej BMI na koniec. Jest tu jakiś księciuniu? To prosz bardzo, niech cyka :-))))


wtorek, 4 listopada 2014

Ekspresowo

Jakby kto był ciekawy, to niemąż od soboty nieżywy jest. W normalnej kondycji psychicznej mam już na to wiadomo co. W dzisiejszej załapałam dołka. Udałam się byłam bowiem do dochtorki, któraż po wysłuchaniu opowieści z cyklu "opowiem Ci moją historię" i zbadaniu tego, co zbadać przyszłam, uznała, że jutro mam iść dać się uspać, a oni mi ten tam panie tego pogrzebią, wygrzebią i zrobią ogólnie coś zabawnego, no bo zabieg co się zaczyna na "hi", musi być zabawny, co nie?. Dół dotyczy tego, że po wybudzeniu nie mogę sama wracać do domu. Ktoś ma mnie odebrać. Koniec kropka. Mam dwie osoby z samochodem już zaklepane, tylko co będzie, jak wrócę do domu? Po diabła szłam do dochtorki???

niedziela, 2 listopada 2014

Morda kaczora

To choroba jest. I proszę nie protestować, że nie ma, bo jest. Wiem, bo aktualnie ją mam.
Zazwyczaj o swoim początku daje znać lekkim swędzeniem i pieczeniem. Można wtedy próbować powstrzymać jej rozwój, zaznaczam próbować, bez gwarancji na pożądany skutek. Jeśli próby się powiodą, objawem jest dziób małej kaczki. Tym razem Morda kaczora nadejszła podstępnie-wieczorem nic, w nocy nic, a rano... Cóż rano na górnej wardze malutki pęcherzyk. Już po południu z malutkiego jednego zrobiło się kilka innych i warga zaczęła puchnąć. Ale nie jakoś tak seksownie w klimatach botoksu-nie, puchnie niejako do przodu tworząc dziób, czyli Mordę kaczora, puchnie i nie przestaje, puchnie tak bardzo, że zamiast mówić zaczynam kwakać...Nie dla mnie lekarstwo z reklamy-żeby zakleić Mordę musiałabym zużyć całe pudełko pewnych plasterków a i to mogłoby być za mało. Pewnie dlatego że jestem starożytną blondynką, a nie seksowną brunetką, nieprawdaż. I tak będę kłapać dziobem do końca następnego tygodnia, bo potem z uwagi na proces gojenia, buzię będę trzymać w ciup, a usta w małdrzyk. Czy jakoś tak.
No to miłego Państwu życzę. Od Mordy kaczora :-))))

czwartek, 30 października 2014

Kasting na pacjenta

Pewnie ktoś pomyśli, że jestem marudna i czepiam się szczegółów. Bo znów będę narzekać na służbę zdrowia. taka karma jak widać :-)). Ale ad rem.
Niemąż na fali "będę się leczył" w połowie października poleciał do Ośrodka po skierowanie na leczenie stacjonarne. Lekarz psychiatra skierowanie owszem wystawił, szkoda że nie dodał pewnego malutkiego szczególiku-mianowicie skierowania na badania (te tam RTG, morfologie i inne WRy).
Trochę to trwało zanim niemąż podjął męska decyzję wytrzeźwienia na chwilkę, ale w końcu po wielu perypetiach załatwiłam transport i we wtorek pojechaliśmy do Tworek. Na wszelki wypadek ze spakowaną torbą, bo a nóżwidelec uda się zostać. Na miejscu po wypełnieniu karty pacjenta okazało się, że zanim przyjmą pacjenta na oddział, muszą się odbyć kwalifikacje tzn. sprawdzenie czy aby na pewno przybyły tam pacjent kwalifikuje się do leczenia... Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żeby delikwenta nie zakwalifikować. Niemąż oczywiście pozytywnie przeszedł w/w kwalifikacje i tu zaczęły się schody-tego dnia zwalniały się dwa miejsca i gdyby niemąż miał ze sobą wyniki badań, ewentualnie mógłby pozostać. A tak sio i nara 120 km z powrotem do domu. Po badania. Wyznaczony termin stawienia się w szpitalu to 19 listopad. Szybko. Marne trzy tygodnie. Gdyby pani doktor dała mu oprócz skierowania do szpitala, również te na badania, byłyby to trzy tygodnie leczenia. Trzy z ośmiu. Mam świadomość że to leczenie może nie przynieść żadnych korzyści, bo i tak bywa, ale dla mnie czekanie kolejnych trzech tygodni na wyjazd niemęża przypomina siedzenie na bombie. A wszystko przez brak jednego papierka. I jak tu nie narzekać?

niedziela, 26 października 2014

Ministerstwo Głupich Kroków czyli fotka z ortopedą

Ponad miesięczny stalking pracowni RTG przyniósł w końcu efekty-pracownia otworzyła swe podwoje dla zwiedzających.
 Stosując się do zaleconych wcześniej działań mających na celu wykonanie  śliczniuśniej fototografii mego kręgosłupa, podjęłam stosowne czynności-a to przez dni kilka dieta lekko strawna, a to ostatni lekki posiłek najpóźniej o 16 w dniu poprzedzającym, a to zażycie czopka po spożyciu owego obiadu, bądź też eksjuzemła poranne oczyszczenie jako warunek konieczny dla prawidłowości fotki. Znajac swój organizm całą noc  przygotowywałam go do pstryknięcia :-))).
Zdjęcia kręgosłupa wykonywane być miały w godzinach 7.30-10. Miały.
 W poczekalni działy się dantejskie sceny. Zwarte tłumy szarżowały na drzwi kabiny nr 3, którymi szczęśliwcy dostawali się do lekko mrocznego wnętrza pracowni RTG.
Zgodnie z zaleceniem derekcji szpitala personel zobowiązan był do oszczędzania aparatu "leżącego". W praktyce wyglądało to tak, że jedna pani wychodziła i wołała:
"10 stojących", albo "10 leżących" tworząc przy okazji listy kolejkowe. Po czym wychodziła inna pani i krzyczała całkiem coś innego.
Ci młodsi i sprawniejsi dostali się w miarę szybko, starsi i bardziej albo raczej mniej chodliwi załapali się na później.
Ja w końcu w akcie desperacji stanęłam pod drzwiami, gotowa chwycić za fartuch wychodzącą i krzyczącą panią, kiedy wyszła jeszcze inna i zaczęła brać po numerkach.
Weszłam o 13.Tyle godzin na głodnego i BEZ KAWY. BEZ KAWY!!!!.Ale ok. Uśmiechnięty w prawą stronę kręgosłup wyszedł nadzwyczaj czytelnie. Po tygodniu otrzyamałam wynik, z którego wynikło skrzywienie prawostronne, zwyrodnienie, zwężenie i jakieś tam narośla. Nic do operacji na szczęście, tylko upierdliwe mocno.
Poleciałam (he, he) do lekarza po skierowanie do fachowca i tu cud nad cudy-wizyta za dwa tygodnie... Dziwnie szybko nieprawdaż.
 WIZYTA U ORTOPEDY
Weszłam ci ja do dochtora a tam panie dziecek młody jakowyś siedzi w ubranku całkiem nie lekarskim.
Pomyślałam że ubranko nie ważne, ważne że dyplom ma, bo inaczej by nie siedział za biureczkiem. Chyba.
Po małym zamieszaniu, że niby karty nie ma (chociaż jak wół była) wiedziałam, że będzie zabawnie.
Dialog:
-z czym pani przyszła (jabłka po złotewce mam, bo emabargo jest i trza być tym no patriotą)
-z kręgosłupem doktorze
-z dolnym czy górnym?
-z dolnym doktorze
-pani pokaże, co tam pani ma (nie za szybko? Może najpierw gra wstępna?)
Pani wyciąga płytkę (a jakże na płycie mam, se moge oglądać) z opisem i wręcza doktorowi.
-pani Edyto (rzecze doktor i teraz uwaga będzie złota myśl) a więc pani Edyto ma pani chory kręgosłup( doprawdy mam?) i chory mieć pani będzie.
-??????
-tak pani Edyto. I nie zrobimy rezonansu, bo do operacji się pani nie nadaje (jakie to szczęście), a taki rezonans pani Edyto wykazałby tylko jakieś dodatkowe dyskopatie. Musi pani znaleźć najwygodniejszą pozycję dla siebie (lewoskrętnie aktualnie) i tak sobie chodzić
No rzeczywiście po co więcej badań-jeszcze by trzeba było zacząć leczyć. Albo coś.
-musi pani brać leki rozkurczowe na kręgosłup i jakby co, ciepłe okłady
-leki rozkurczowe na kręgosłup???
-tak na kręgosłup (tu padła nazwa i obietnica recepty).Tu ma pani ulotkę, proszę się z nią zapoznać i stosować.
Lekarz wręcza mi ulotkę, jeden rzut oka na nią i z trudem powstrzymuję wybuch śmiechu-też nie mam gdzie mieć durnych skojarzeń.
-to wszystko pani Edyto.
-a recepta doktorze?
-tu ma pani kartkę to lekarza rodzinnego, on pani wypisze.
No paczcie państwo jaki ten dochtor mądry.
Było jeszcze o zabobonach, kiedy powiedziałam o trzykrotnym ataku":korzonków" jako forpoczty obecnych wydarzeń, ale to juz mały pikuś :-))
A tu prosz bardzo jedno z zaleceń, które wywołało moją dziką radość:-)))
Zdjęcie po lewej jest prawidłową postawa z jaka należy podnosić ciężar, już widzę jak przykucam do wiaderka, kolanka robią mi chrrrup i zostaję w takiej pozycji na wiekiwiekufament.



I skojarzenie z Ministerstwem Głupich Kroków. Dobrze że lubię Monthy Pythona, bo właśnie tak wyglądam przy wykonywaniu swoich aktualnych czynności zawodowych stosownie do zaleceń z ulotki  :-))). Prawda że uderzające podobieństwo? :-)))





niedziela, 12 października 2014

O fikcji przymusowego leczenia będzie

Właściwie to nie wiem jak zacząć. Rzadki to przypadek że brakuje mi słów. Od piątku próbuję przyswoić sobie, bo zrozumieć tego się nie da, że coś co miałam za fakt, okazało się kolejnym mitem.
O tym, że doprowadzony do ośrodka odwykowego za pomocą wyroku sądu delikwent może odwrócić się na pięcie i wyjść, już pisałam. Ale to co wydarzyło się w piątek w sądzie, sprawiło, że tkwię w niemym zadziwieniu i właśnie dlatego brakuje mi słów. Więc wybaczcie brak tego jakże charakterystycznego dla mnie ( żarcik) błyskotliwego i dowcipnego posta. Ale ad rem.
W piątek odbyła się zaległa sprawa o przymusowe leczenie niemęża. Onżesz nie stawiwszy się na pierwszą z przyczyn oczywistych, sam chciał iść na drugą. Wcześniej zaś prosił o wezwanie pogotowia, bo cytuję:"sam nie dam rady z tego wyjść", a i przy okazji różne zdrowotne problemy doskwierały mu w sposób bardzo uciążliwy. Z uwagi na wczesne popołudnie oraz niechęć na spotkanie z prokuraturą oraz zarzut nieudzielenia pomocy, wezwałam pogotowie dyspozytorce oraz przybyłym ratownikom zostawiając decyzję co do niemęża. Zabrali go i owszem, ale wypuścili po jakiś 6 godzinach bez jakiegokolwiek leczenia. Znaczy po za upojeniem nic mu nie dolegało. Ogarnął się i mężnie postanowił, że uda się do sądu, dokona ekspiacji, oraz będzie błagał o nakaz leczenia. I to jak najszybciej.
Co obiecał-to wykonał. Wzbudził przy tym niekłamane zdumienie sędziny do tego stopnia, że zwracała się do niego po imieniu. Tym niemniej jednak NIE WYDAŁA nakazu leczenia stacjonarnego czyli takiego w ośrodku odwykowym, a tylko leczenie w trybie ambulatoryjnym czyli chodzenie do ośrodka, co jak wiemy jest nieskuteczne. Oraz dała dozór kuratora. Społecznego. W uzasadnieniu podała, że NIE MOGŁA zadecydować inaczej, ponieważ decyzję o takim a nie innym sposobie leczenia wydał LEKARZ z Ośrodka Leczenia Uzależnienia. To ja przepraszam ale od czego jest Sąd? Sędzina dodała jeszcze, że sami możemy się starać o leczenie stacjonarne. My wiemy, że możemy. Niemąż chciał mieć przymus, chciał wiedzieć, że musi. No to jeszcze się dowiedział, że nawet jakby sąd wydał takowy nakaz, to i tak czeka się czasem rok na miejsce. Po co więc ta szopka? Cały ten cyrk? Czekamy zatem na wizytę kuratora, który "ma nam służyć wszelką pomocą i radą". Bo kurator to cudotwórca jest...
Niemąż w związku z decyzja sądu udał się był na browara w piątek, sobotę oraz dziś wyszedł z domu w celu nieznanym. Tylko czekać, aż się nawali w drzazgi...
Chciałam nakaz leczenia? To go mam...

czwartek, 18 września 2014

Jak nie zostałam praczką. I jak zostałam sprzątaczką. Czyli co mają wspólnego usługi opiekuńcze z rozwodem

Chociaż to nie 1-szy maja o pracy będzie.
Jakiś czas temu dość tajemniczo pisałam o pomyśle na pracę. Tajemniczość wynikała z nieśmiałości i niewiary we własne możliwości. Jedna z czytaczek napisała nawet, że przez to jak się zachowuję, pracy tej nie dostanę, bo sama nie wiem czego chcę. Do majowego załamania nie bardzo mam chęć wracać, pracę dostałam, ale się z niej wycofałam. Dla jasności zdecydowana większość osób ją dostaje,jeśli spełnia pewien warunek...
Na portalu internetowym mego zapyziałego miasteczka co i rusz wskakiwała na oczy reklama oferująca pracę opiekunkom osób starszych w Germanii. Nie dzwoniłam do nich, bo uważałam, że nie znając języka-przykłady tej znajomości agencja podawała w jednej z zakładek na swojej stronie np."przekaż synowi swego podopiecznego, że jego ojciec złamał nogę i leży w szpitalu" , zwyczajnie w świecie tej pracy nie dostanę.. W królewskim języku pewnie bym to wydukała-po germańsku ni huhu.
Ale raz kozie coś tam. Wypełniłam ankietę i dwa dni później miła pani z agencji zadzwoniła i przeprowadziła ze mną egzamin. Który zdałam. I cytuję: "tak się pani denerwowała, a tu proszę, całkiem nieźle poszło. Przyjmujemy do pracy osoby z taką znajomością języka jaką pani posiada". Taka znajomość języka to:
-jak się nazywam
-ile mam lat
-skąd pochodzę
-stan rodzinny czyli dzieci mąż lub rozwód. Po co osobie z demencją takie info o rozwodzie?
Odwiedziłam później parę stron innych agencji i rozwód  jest tam wskazywany w jako ważny element znajomości języka.
-proste warzywa i owoce, gotowanie zup i sałatek.
Aha i wiedziałam jak jest po germańsku lekarz, z "pielęgniarką" miła pani z agencji nie zaryzykowała. Moja znajomość tych paru zdań błąka się po głowie od jakiś 30-stu lat, bo to właśnie wtedy język germański próbowałam poznać.
Moja wiedza na temat tego rynku pracy jest na dziś taka, że biorą wszystkie jak leci, byle potrafiły powiedzieć, to co napisałam powyżej. Nieco później poczytałam o agencjach na portalu pracowniczym i z tej firmy zrezygnowałam. Za to mam telefony do trzech sprawdzonych, w których pracowały/pracują znajome osoby. I pewnie skorzystam z któregoś, ale póki co muszę zarobić piniążka na ten ywentualny wyjazd. A piniądza zarabiam w następujący sposób: najpierw znajoma poprosiła o pomoc w sprzątaniu u jej mamy  jeden raz w tygodniu za 30 zł. Niewiele to, ale jak się nic nie miało, to z Reksiem daliśmy radę z jedzonkiem, nikt nie chodził głodny (bo jakby kto miał chodzić głodny, to z całą pewnością nie pies. Tak wiem jestem stuknięta). Trzy tygodnie temu moja fryzjerka, do której udałam się byłam na poprawę odrastającego marzenia, stwierdziła, że mogę u niej prasować za 30 zł za kosz prania lub wymianę na strzyżenie. Bardzo dobry układ.
Potem było to nieaktualne ogłoszenie, powrót do UP, kolejny rzut oka na tablicę i panie dzieju praczki szukali. Do pralni ekologicznej. Poszłam ja tam nie słuchając biednego mego kręgosłupa (wciąż bez zdjęcia) i po 11 godz. naprawdę ciężkiej pracy byłam gotowa ją podjąć, nawet za cenę kłótni z kręgosłupem, gdyby mi ekologia negatywnie na płuca nie wpłynęła. Cud prawdziwy że to nie sezon na czyszczenie skór-trzykrotne użycie ekologicznego specyfiku, który jednakowoż chemią silną jest, spowodowało atak astmy. O której to astmie na co dzień nie pamiętam. A już muszę. Miła pani doktor do której udałam się byłam po zaświadczenie do UP zaświadczające, że pracować w oparach nie mogę, kazała kupić i newer nigdy nie rozstawać się z inhalatorem rozszerzającym, to co astma jest uprzejma zwężać. I życzyła mi, co bym newer nigdy użyć tego nie musiała.
Kariera praczki upadła więc w zaraniu, natomiast właścicielka pralni usłyszawszy o mym sprzątaniu, zaproponowała mi pracę u siebie. a jak uzna że ok jestem ( a jestem, bo moja miła starsza pani razu pewnego rzuciła mi się na szyję z okrzykiem:" jak to dobrze, że panią mam pani Edytko". Rozumiem , że miało to związek ze sprzątaniem, a nie z gadaniem z nią godzinami ;-) ) to i u jej koleżanek praca będzie. A że moja nowa chlebodawczyni mieszka w sąsiedniej nie bardzo oddalonej miejscowości, uznałam że rowerem tam pojadę. Dziś. Rower wypożyczyła w dzierżawę moja koleżanka. I uruchamiamy wyobraźnię: rower to kolarzówka z kierownicą z rogami. I na tej kolarzówce ja, czyli 80 kg prawie 50-cio letniej baby. Widzimy to? Pozwalam się śmiać :-)))
 Do miejsca wykonywania czynności sprzątających nie dotarłam albowiem azaliż i ponieważ podczas obniżania siodełka odpadły szczęki hamulca tylnego, a przedni zapomniał jak się hamuje. Bo rower ciut starszawy jest. Ale nie patrzmy wypożyczonemu rowerowi w hamulce. Całość poprawił i na sobie przetestował niemąż, który na chwilę opuścił basen z rekinami. Kolejne podejście na rower w trasie w sobotę:-))).
A i jeszcze był 15-sto godzinny maraton bez sikania i picia, na zmywaku u miejscowego zboczeńca. Niestety nie mogłam kontynuować tejże kariery z uwagi na nie dające się pogodzić różnice w ocenie tego czy mam mózg. Zboczeniec twierdził, że nie mam, a ja wiem, że mam. Bo mam na to dowód w postaci zdjęcia TK głowy he he.

środa, 10 września 2014

List do "życzliwej koleżanki z grupy", czyli co daje terapia grupowa

Na wstępie muszę przeprosić Ktosię za rzucane na nią podejrzenia.
Rzucanie podejrzeń było spowodowane deptaniem mi przez Ktosię po palcach jako Anonim w komentarzach ileś tam notek wcześniej.
Więc Ktosiu przepraszam, bo tym razem to nie Ty.

Terapeutyczna grupa ma za zadanie oprócz właściwej terapii, dać możliwość konfrontacji swoich problemów z tym, jak przeżywają je inni, jak sobie radzą z nimi oraz przede wszystkim dawanie wsparcia. Bo chociaż wszystkie do Ośrodka Leczenia Uzależnienia i Współuzależnienia przychodzimy z tym samym kłopotem, każda z nas jest inna.
Kiedy ja dołączyłam do naszej grupy, jej trzon stanowiły G.,D., zmarła w lipcu Ania, cichuteńka jak myszka A. i J. Liderką była Grażynka mądra wspaniała kobieta, która nie wytrzymała psychicznego dręczenia i popełniła samobójstwo.
Długo nie mogłam się z tym pogodzić, o czym pisałam w notce pt. Wołanie Grażynki. Na marginesie pragnę dodać, że właśnie sobie uświadomiłam, że od jakiegoś czasu już tego wołania nie słyszę :-)). Ciebie Basiu nie pamiętam z tamtych czasów.
Zbliżyłam się do Grażynki i razem stworzyłyśmy "straszny duecik". Obie w swoim odczuciu najmądrzejsze (żeby to prawda była), byłyśmy nie do pobicia. Dziewczyny nawet jeśli się z nami nie zgadzały, to nie wykazywały oznak sprzeciwu (pewnie się bały zostać zagadane), albo sprzeciwiać się nie miały powodów.Potem Grażynka odeszła,a ja nasze przywódcze "obowiązki" wzięłam na swoje barki. To trudna rola była. Czasem trzeba było mocno potrząsnąć zdołowaną życiem koleżankę i postawić ją do pionu. Pamiętam cztery takie przypadki- J., która poznałam jako "tęczową" dziewczynę, zawsze pięknie i kolorowo ubraną, zadbaną i uczesaną. Po jakimś czasie J. zaczęła przychodzić na spotkania grupy strasznie zaniedbana, z brudnymi włosami. Cóż- nie rozczulałam się nad nią, polały się łzy. Wystraszyłam się, że przegięłam. Ale nie-na następne spotkanie J. przyszła znów w swoich "tęczowych" kolorach, zadbana, uśmiechnięta i przede wszystkim wyprostowana. Po prostu piękna kobieta. Podobna metodę zastosowałam do G., nieśmiałej A. i o ile mnie pamięć nie myli do Ciebie Basiu też. To było coś niesamowitego, kiedy widziałam jak znękane kobietki odzyskują swoje "ja" chociaż na chwilę. Pewnie pomagałam też innym, ale tylko te zapamiętałam. Z pomagania innym czerpałam swoją siłę. Jednak bycie taką silną osobowością ma swoje minusy-nie było takiej osoby, która potrafiłaby mnie postawić do pionu, kiedy tego potrzebowałam. Niemniej jednak zajmując się innymi, zapominałam o sobie. I szłam dalej naprzód.
Dziś utrzymuję kontakt i przyjaźnię się z dwiema dziewczynami z grupy: z G., która ostatnio stwierdziła, że "jestem okrutna i bez serca", bo ją ostro pogoniłam do lekarza, i która pomimo wszystko uważa, że tydzień jak mnie nie widzi, to stanowczo za długo oraz z cichutką jak myszka A.,która po naszej ostatniej rozmowie telefonicznej gryzła za złości słuchawkę i obiecywała, że nigdy więcej nie odezwie się do mnie he he. Ciekawe dlaczego zadzwoniła na drugi dzień i zapraszała na kawę? :-)). Też czasem mam, że mnie wnerwią i nie odzywam się do nich, jednak zawsze wracamy do siebie z uśmiechem. I obie martwią się, co z nimi będzie, kiedy ja wyjadę. To właśnie daje grupa-rodzą się przyjaźnie i człowiek ma bezwarunkową akceptację. I chociaż czasem usłyszy nieprzyjemne słowa, to wie, że te słowa mają na celu jego dobro.
Ty Basiu miałaś Anię. To Ona była motorem Waszej znajomości. Z resztą Ania była motorem wielu wydarzeń, pełna niespożytej energii. Za szybko odeszła.
Jeśli chcesz Basiu-dołącz do naszej trójeczki. Im nas więcej, tym lepiej.
Ale zrób to otwarcie, jako Basia,a nie jadowity twór rodem z komuny czyli "uprzejmie donoszę, życzliwy". No :-)))

wtorek, 9 września 2014

Wystrugam łuk...

I z tego łuku zrobię se sepuku...

Niemąż tańczy z rekinami już od tygodnia w oddalonym od domu basenie.
A ja dzielnie walczę, prawie nie płaczę (tylko wtedy gdy myślę o Reksiu) i myślę co dalej. Nadal żadnych czarnych myśli, wymyślania przyszłych kłopotów, myśli samobójczych i tego wszystkiego, co mnie dopadło w maju.
Co prawda dzięki komentarzom "życzliwej koleżanki" miałam chwilowy kryzys w niedzielę i chciałam lecieć ratować niemeża od rekinów, ale dzięki bezpłatnemu telefonowi w sytuacjach kryzysowych, w/w chęć przegadałam z psychologiem i znów zaświeciło słoneczko :-). Jakby kto chciał skorzystać, to podaję nr: 116 123 w godz. 14-20.

I dlaczego zrobię se sepuku z łuku? Ano dlatego:
Poniedziałek: Z uwagi na pogłębiający się dramatyzm mojej egzystencji, udałam się byłam do MOPS (odsłona druga będzie). Miłe panie "organizatorki" programu:
"urzekła mnie twoja historia" pokiwały nade mną głowami i stwierdziły, że zrobiłam absolutnie wszystko, co dało się zrobić dla siebie i dla niemeża (może "życzliwa" nie zauważy, że o nim wspomniałam he he) i one nie wiedzą, co dalej.
No cóż. Rzuciłam im koło ratunkowe w postaci podpowiedzi przyjaciela, że może coś ten teges w postaci gotówki, bo piniądza nie mam. I pracy też nie. Nastąpiły uściski, poklepywania i inne takie tzn. spisanie zgłoszenia i wręczenie zaświadczenia, któreż to zaświadczenie miał wypełnić UP. Po wymianie wzajemnych rewerencji, niejako w nagrodę uzyskałam cenną informację na temat przymusowego leczenia odwykowego. Ano mianowicie nawet jeśli sąd wyda nakaz takowego, doprowadzony siłą delikwent staje w obliczu terapeuty i słyszy pytanie: zgadza się pan/pani na leczenie? Rzeczony delikwent odpowiada "nie", odwraca się na pięcie i tu następuje koniec przymusu. Wraca sobie do domku i swej miłej działalności trunkowej. W tem miejscu uprzejmie proszę o zapamiętanie tejże informacji, albowiem niezbędna ona jest podczas dalszej narracji.
Po wyjściu z MOPS udałam się byłam do UP, w celu wypełnienia zaświadczenia.
Po drobnych perturbacjach z zaginioną kartoteką, która w wyniku reorganizacji UP przez naszego wspaniałego ustawodawcę była u pani, która odesłała mnie do innej pani, bo ta inna pani od czasu reorganizacji UP będzie się mną zajmować. Druga pani po wypełnieniu zaświadczenia, odesłała mnie do pierwszej pani, która to pierwsza pani była moim wcześniejszym doradcą ekhm ekhm zawodowym i ta pierwsza pani dokonała uzupełniającego profilowania (ten któren wymyślił pytania do profilowania, z całkowitą pewnością nie był trzeźwy) oraz prosiła o podpis pod datą 08.08, że niby wtedy byłam, chociaż nie byłam, bo nie wiedziałam, że miałam być, a podpis był niezbędny do profilowania właśnie. I o ile pierwsza i druga pani wypełniały tylko nałożone przez ustawodawcę obowiązki i trudno mieć do nich pretensje, o tyle trzecia pani wykazała się antykompetencją, któraż wynikała z jej zaangażowania w ni mniej ni więcej we własną pracę. Otóż latając pomiędzy paniami jeden i dwa, rzuciłam w przelocie okiem na tablicę ogłoszeń, a tam o dziwo ogłoszenie o pracy. Sprzedawcy. Takie dziwo w UP. Więc udałam się byłam do pani nr trzy po bliższe informacje jak i również skierowanie, bo ekhem ekhm karierę jak sprzedawca mam długą, jak rolka do doopnego papieru. Pani zajrzała do komputera, stwierdziła oczywistą oczywistość, po czym zwróciła się do swej koleżanki celem kontynuowania prywatnej rozmowy, którą to rozmowę jakże niegrzecznie z mojej strony im przerwałam. Wzorem Mariolki  zawołałam do pani hellou i zdziwioną, że takie rzeczy jak chęć podjęcia pracy się zdarzają, zmusiłam do wystawienia skierowania. Po czym dzisiaj okazało się, że jest ono nieaktualne od zeszłego tygodnia.No.
Wtorek: na dziś była wyznaczona sprawa o przymusowe leczenie dla niemęża.
Dodajmy, że wniosek o to leczenie złożyłam w lutym tego roku, ale nie będę drobiazgowa. Niemąż nie stawił się sądzie, co jest oczywistą oczywistością.
Ja natomiast z rozdziawem paszczy aż do teraz, wysłuchałam co następuje:
1. Nie każdy alkoholik kwalifikuje się do przymusowego leczenia!
2. Żeby było orzeczenie o tym przymusie, delikwent musi spełniać klika różnych przesłanek-mogą byś do wyboru. Niemąż moim zdaniem spełniał trzy: nadużywa, uchyla się od pracy, niszczy więzy rodzinne. Zdaniem sądu ostatnia z wymienionych nie zachodzi albowiem więzy zostały całkowicie zerwane rozwodem. Wynika z tego, że jako nieżona nie łapię się na niszczenie, co nijak ma się do przepisów, które wyraźnie mówią, że zgłosić  może każdy, nawet krewny-i-znajomy-królika, więc konkubina też, z którą to konkubiną delikwent przecież tworzy związek. Znaczy więzy. Z nieżoną jak widać nie tworzy.
3. Przymusowe leczenie to nie zabawa, to jest odbieranie wolności drugiemu człowiekowi, takie przymusowe leczenie. I w tym miejscu uprzejmie proszę szanownych czytaczy o przypomnienie sobie informacji pani z MOPS.
 Został wyznaczony kolejny termin, nakaz doprowadzania niemęża, sprawdzenie czy były interwencje policji (były, były Reksinek dobrze je pamięta he he) i tyle w temacie przymusowego leczenia odwykowego. Które to przymusowe leczenie praktycznie nie istnieje.

Do piątku nie idę do miasta, bo mnie znów jaka denerwująca głupota spotka.

Acha! Nękany telefonicznie personel pracowni RTG po tym jak mu oznajmiłam (temu personelowi), że jest nękany, zaśmiał się dźwięcznie i oznajmił, że "oni robią ich w balona" , nie precyzując kim są ci "oni" i kazał dzwonić w czwartek.
Mi udało się uzyskać pozycję wyprostowaną, nogi też już są na miejscu-znaczy będę żyć. Pomimo braku zdjęcia :-))).


czwartek, 4 września 2014

Drażnienie rekina

Z ostatniej chwili i bez związku z tytułem:
nękany telefonicznie personel pracowni RTG warczącym głosem kazał dzwonić jutro późnym wieczorem celem zapytań o sprawność aparatu. Jeżeli nawet zostanie on naprawiony, to z uwagi na około miesięczną nieczynność będzie się tam kłębił zwarty tłum i pstryknięcie fotki w następnym tygodniu graniczyć będzie z cudem. Jeśli naprawią oczywiście. Wrrr... Ten pieprzony dysk sprawił, że wymyślanie sobie problemów, które cechuje osoby współuzależnione straciło sens albowiem azaliż i ponieważ moje dalsze plany na życie zakładały całkowitą sprawność fizyczną, oczywiście w zakresie mojego wieku. Wysuwający się dysk jest problemem realnym, ponieważ realizację w/w planów bardzo, bardzo utrudnia.

Trzeźwiejący alkoholik który odbył terapię i aktywnie uczestniczy w procesie swojego trzeźwienia, potrafi obronić się przed naszym sportem narodowym pt."ile osób namówię do picia". Aczkolwiek ta obrona też nie bywa 100% skuteczna. Ale jest. Alkoholik który jest w trakcie terapii i MA wolę trzeźwienia, potrafi obronić się (moim zdaniem) w procentowym stosunku 60/40 (alkoholu do trzeźwienia).
Taki który przerwał ciąg i nie pije, bo sam tak chce, ale nic ze sobą nie robi-nie obroni się. Bo w tym przypadku jest to tak, jakby pływać w basenie z rekinami ludojadami-pytanie nie brzmi czy zaatakują, ale kiedy to zrobią.
Więc rekin zaatakował. Wcześniej trochę podszczypywał, ale niemąż dawał radę uciec. Tylko jak daleko uciekniesz z zamkniętego basenu pełnego rekinów?
Właścicielem domu przy remoncie którego pracował niemąż jest młody chłopak, którego w zasadzie nie widziałam trzeźwego. Zawsze z butelką piwa w dłoni. Samo patrzenie na kogoś, kto pije jest dla alkoholika koszmarem, bo nie powinien przebywać tam, gdzie piją. Ale musiał, bo pracował. Natomiast widok pijącej osoby plus "masz piwo dla ciebie" stało się przyczynkiem tego, że nieżywego niemęża w dniu wczorajszym patrol policji zgarnął ze skrzyżowania, na którym tenże zażywał zasłużonego odpoczynku i przywiózł do domu w charakterze ledwo ruszających się zwłok. Zwłoki przetrzeźwiały nieco i dziś około 5 rano wyruszyły na zabawę z rekinami. Sam fakt kolejnego zapicia niemęża nie jest dla mnie czymś szokującym, bowiem widząc jak tamten gość nieustająco wpycha niemężowi w ręce butelki i widząc słabnącą wolę niemęża-wiedziałam, że nałóg bierze górę.
Pracując przy prostszych pracach wykończeniowych przy tym domu, parokrotnie mówiłam facetowi, że nie przynosił nam piwa i nie częstował, bo ja nie chcę, a niemęża tym nie urazi, ale do faceta nie docierało. Powiedziałam mu też, że jak niemąż zapije, to oboje będziemy mieli problemy-on z majstrem, a ja z chłopem.
Tak wiem, że gdyby niemąż nie chciał, to by się nie napił, więc nie obwiniam faceta. WKURWIA mnie do białości, że jego ojciec od dwóch dni wydzwania, a dziś pofatygował się osobiście żeby chwilkę "pogadać" i postawić ultimatum, że jeżeli niemąż do soboty nie stawi się w pracy, to on dokończy co niemąż zaczął, ale nie wypłaci zarobionych pieniędzy. Rozumiem gościa, ale po co MI to mówi?
Czy ja wyglądam jak niemąż? Żony alkoholików często traktowane są jak matki małych chłopców-leci się do nich "skargę" i w moim przypadku WKURWIA do białości. WRRRR.... WRRRR... WRRRR...
I spoko-nie pogrążam się "w otchłani rozpaczy". Z dalszymi działaniami czekam cierpliwie na zdjęcie RTG i diagnozę lekarza.I wciąż nie wymyślam czarnych scenariuszy:-).
O żesz kurwagonpełen wrrrrr...wrrrrr...wrrrrr..

środa, 3 września 2014

Kontrola dyskowa

Uzyskawszy niejaką kontrolę na obiema nogami oraz godziwą godzinę wizyty u doktora mego ulubionego, udałam się byłam do Ośrodka Zdrowia na kontrolę tegoż zdrowia właśnie.
Godziwa godzina pozwoliła mi skorzystać z miejskiej komunikacji, która to miejska komunikacja kursuje na mojej linii z częstotliwością jednego busa na mniej więcej dwie godziny (a w niedziele i święta to co 4 albo i dłużej. Albo wcale). Zanotowania godzien jest fakt, że zmierzone ciśnienie wynosiło 110/70, co przy moim nadciśnieniu II stopnia jest wartością bez mała egzotyczną, a w związku z tym wcześniej nie widzianą. Doktor cierpliwie dotrwawszy do końca programu pt."opowiem ci moją historię" wydał dyspozycję udania się do fotografa, czyli RTG całego kręgosłupa i na dodatek panewek stawowych. W tem miejscu spieszę dodać, iż wciąż nie dorabiam sobie ciągu dalszego choroby kręgosłupowej, co zdjęło mi z pleców znaczny ciężar. Ale ad rem.
Z papierem w dłoni udałam się byłam do szpitala powiatowego, któren to szpital powiatowy ma na stanie jedyny w całym powiecie aparat RTG, celem umówienia wizyty. Wizyty nie umówiłam albowiem azaliż i ponieważ jedyny w całym powiecie aparat RTG jest zepsuty. Na pocieszenie dostałam nr telefonu do pracowni i supozycję codziennego tejże pracowni stalkingu. Co niniejszym od poniedziałku czynię.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Komorniki i inne przypadłości. I odpadłości

Uaa aaa komorniki dwa... Ta se podśpiewuję. Komorniki czyli w prawidłowej odmianie komornicy dwaj zaplatali mi się ponownie w życiorys. Komornik nr 1 (w kolejności pojawiania się) to ten, któren obiecywał wizytę we Wrocku, której to wizyty wystraszyłam się tak strasznie, że odwołałam swój powrót.
Przybył wiec tutaj i jako, że mnie w domu nie było, pozostawił po sobie znak takowy:

Żałuję, że nie mogliśmy spotkać się osobiście, bo bardzo bym chciała zobaczyć wyraz jego twarzy na widok posiadłości przeze mnie zamieszkiwanej. Urzędnik ów spodziewał się zapewne pałacu Rokefelera, któren to Rokefeler bogactwa ukrywa, zdobywszy je uprzednio na niespłaconym kredycie bankowym w kwocie
10.000 zł (dziecięciu tysięcy) plus odsetki. Bo założenie jest takie, że wszyscy niespłacający to ukrywający majątki bogacze są. Nie wkleję zdjęć tego co ów urzędnik zobaczył, z uwagi na ich drastyczność ;-). Żeby nie było-wszystko kiedyś spłacę, choćbym miała pracować plecami do przodu*. Taki imperatyw mam.
Komornik nr 2 (w kolejności pojawiania się) zarządził był licytację majątku niemęża na wniosek jego siostry, do której nie stawił się nikt (ciekawy szyk) ze względu jak mniemam na drastyczny jego widok (tego majątku , a nie niemęża).
Tym razem jak widać nie wpadłam w panikę, gdzie będę mieszkać, bo do wyrzucenia z domu daleka droga. Wkurzyło mnie tylko, że od prawie dwóch miesięcy nie mogłam się doprosić od Sądu Okręgowego tytułu wykonawczego do wyroku rozwodowego, w którym mam orzeczone alimenty. Bo chciałam się podpiąć pod licytację jako dodatkowy wierzyciel. Po wielu telefonach do w/w instytucji dziś odebrałam pocztę i w końcu mam, co chciałam. Tyle że u mnie jak zwykle nic normalnie. W poprzednim wyroku miałam pomylone nazwiska i w związku z tym, dodatkowy dokument z prawidłowym już nazwiskiem i uzasadnieniem, że sąd z urzędu może poprawić pomyłki pisarskie, co niniejszym sąd uczynił. Tym razem nazwisko jest ok (czyli można było bez dodatkowego papierka) natomiast sama klauzula wykonalności zajmująca mniej więcej 2/3 arkusza A4, jest przylepiona do wyroku taśmą klejącą, z przodu miejsce klejenia jest zaopatrzone w trzy urzędowe pieczęcie. Pewnie się czepiam, ale dokumenty urzędowe sklejone taśmą (tutejsze mówią pragma na taśmę) to chyba coś nie tak.

Przypadłość dotyczy pracy plecami do przodu. Wysunął mi się dysk i w związku z powyższym, chodzę powłócząc nogami. Myślę, że wysunął bo gdyby wypadł pewnie nie chodziłabym wcale. Tabletki przeciwbólowe które pomogły na bolący dysk, bardzo zaszkodziły na żołądek i inne podroby, czopki do d...e pomogły na dysk, zaszkodziły hm, zaszkodziły miejscu, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Jutro ponownie popełzam do doktora. Jako ciekawostkę podam, że znajomy fizjoterapeuta podczas konsultacji telefonicznej zalecił min. chodzenie, przy czym miał na myśli chodzenie do wc, bądź lodówki a nie 7 km przechadzkę w te i nazad do ośrodka, ciągnąc za sobą nieobecną w tym czasie lewą nogę. Bo czasem nieobecna była też prawa, a czasem obie udawały się nie wiadomo dokąd. Porady swej fachowej udzielił mi na jakimś 3 km "w te", ja mu poradziłam, co by sobie takie rady wsadził  wiadomo gdzie, on znów na to, że jak już tak idę, to "cycki mocno naprzód nawet jak chłopy nie patrzą" co było poetyckim (ironicznie) w jego mniemaniu określeniem, że mam się nie garbić. Z tego wysnułam wniosek, że pracując plecami do przodu zrobię dobrze kręgosłupowi, bo się garbić będę odwrotnie (działania prozdrowotne), natomiast wypiętym cyckom i schowanemu tyłkowi zrobię dobrze pod względem estetycznym. Same plusy nieprawdaż.

Odpadłości są zjawiskiem wysoce pozytywnym, jako przeciwieństwo do przypadłości. Używając modnego obecnie młodzieżowego (to napisała wiekowa staruszka czyli ja) powiedzonka: "mam wyj...ne na wszystko". Poważnie. I nie jest to zasługą trzeźwienia niemeża, albowiem azaliż i ponieważ zdarzają mu się wpadki (w tym jedna dwutygodniowa). Tylko tak jakoś przestałam czarno widzieć. Coś znów mi w łbie zaskoczyło i nie dorabiam ideologii, do czegoś, co się jeszcze nie wydarzyło. Nie wymyślam zdarzeń, które mogą nadejść (albo i nie). Reaguję wtedy kiedy jest na to czas i potrzeba. Zaczyna mi być fajnie ze sobą. Znów się cieszę, że świeci słońce,pada deszcz, wieje wiatr, że Reksiu nikogo nie ugryzł,że mi włosy odrastają, że mam przyjaciół, książki, że mam do kogo pisać...
Cieszę się z tego wszystkiego, ale już inaczej niż kiedyś, teraz nazwałabym to świadomą radością. I być może zdarzy się chwila załamania, bo tylko człowiekiem jestem. Wtedy poczytam sobie to, co dziś napisałam.
W tej chwili moim jedynym prawdziwym problem jest wysunięty dysk i co zrobić, żeby jak najszybciej dojść do siebie.
No. I w związku z zaleceniem fizjoterapeuty udaję się do lodówki (tak naprawdę to powiedział kuchnia, ale przecież to prawie to samo) w celu skonsumowania kolejnego dziś gołąbka. Pyszne mi wyszły...:-)))

środa, 13 sierpnia 2014

HEJ WROCŁAWIANIE POMÓŻCIE GOSIANCE ZNALEŹĆ KYRONA

Gosianka ma wielkie serducho i od wielu lat pomaga kotom.
Dziś sama potrzebuje pomocy-zaginął KYRON





11.08.2014 (poniedziałek) późnym wieczorem, wyszedł z szeregówki na ulicy Canaletta, dziewięcioletni kocur maine coon. Nazywa się Kayron.
Do tej pory nie wrócił. Nigdy do tej pory jeszcze nie uciekł.

Ostatni raz widziany był przed bramą na ul. Bacciarellego 44 o godzinie 6:15 rano 12.08.2014. Potem ślad zaginął…
Jesteśmy zrozpaczeni. Kot ma chore dziąsła, jest leczony.

Dla znalazcy przewidziana jest NAGRODA!

Proszę, błagam, abyście Państwo dokładnie sprawdzili swoje piwnice, garaże, miejsca gdzie mógł się ukryć. Może on nie umie wyjść…

Umieramy ze strachu, że coś mu się stało.
Kot jest mimo swojego wyglądu strachliwy, może sprawiać wrażenie agresywnego, ale to ze strachu. To bardzo wrażliwy kot.

Kayron jest wielkim kotem, waży z 9 kilo, ma imponujący ogon. Jest bardzo charakterystyczny, wygląda jak ryś.

Kayronek spędził całe życie w domu i w zabezpieczonym ogrodzie, nie zna "wolności".
Czekamy na wiadomość o każdej porze dnia i nocy.

Małgorzata 607 20 30 53

AAaaaaaaa...

Generalnie nie mam nic do miesięcy. W takim sensie że jakiegoś nie lubię albo lubię bardziej niż inne. Takie sympatie bądź  antypatie rezerwuję raczej dla pór roku. Niestety i to niestety jest zarezerwowane dla sierpnia, nadchodzi on każdego roku. Nie mogę napisać, że go nie lubię, bo lubię natomiast wiem od 6 lat, że w sierpniu należy spodziewać się masowego exodusu. Myszy. Jest już po żniwach.
Zboże zebrane z pól, więc mysie stołówki zamykane są do następnego roku. Całkiem rozumnie zwierzątka te udają się w miejsca, gdzie pożywienie łatwo będzie można znaleźć. Czyli do domów. I tak dla przykładu jakieś trzy lata zostawiłam na kuchence kotlety mielone do wystudzenia, zanim je schowam do lodówki. Rankiem znalazłam jeden z kotletów do połowy zjedzony. Niemąż wpadł na genialny pomysł, co by resztę kotleta na pułapkę założyć. Jak się słusznie domyślacie, kotlet znikł z pułapki, która cwanej myszy nie zrobiła żadnej krzywdy.
7 razy szara cfaniara unikała swego losu. Dopiero za 8 razem, kiedy niemąż tak naciągnął sprężynę, że palec długo miał siny, bo sprawdzając działanie pułapki tenże palec sobie przytrzasnął-mysz poległa w starciu z silniejszym. Czyli było 7-1 dla myszy. Pozostałe kotlety spożył pies, z uwagi na brak gwarancji, że ich mysz nie spróbowała. Innym razem inna mysz wydobywszy się z pułapki, wyszła na środek kuchni i dokonała żywota na moich oczach. Byłam w trakcie spożywania obiadu, więc jak mniemam zrobiła to złośliwie. Pułapki trzaskały, ludzie pukali się palcem w czoło słysząc moje stwierdzenie, że trzeba wynieść zwłoki, aż do czasu kiedy wpadłam na pomysł, że dokarmić miłe zwierzątka trutką. Skuteczna jest bardzo.
Ale żeby nie było próbowałam się zaprzyjaźnić. Jedna taka zamieszkała w kotłowni. Kiedy wchodziłam, ona albo on wybiegała na rurę, ruszała wąsikami, błyskała czarnymi paciorkami oczek i ogólnie było miło. Do czasu aż mysz wpadła na pomysł założenia rodziny i mieszkanie dla tejże wygryzła w otulinie boljera (nie poprawiać-tutejsze tak mówio), tnąc ją na kaszę. Stado myszek było ponad moją wytrzymałość. Nasypałam trutki...
Jest sierpień tego roku. Zboże skoszone, myszy zaczynają schodzić z pól. Od dwóch dni słyszę skrobanie w kuchni. Wczoraj wieczorem patrzę a tu lodówka niedomknięta. Pewnie za mocno trzasnęłam drzwiami i odbiły. Otwieram a tu... Aaaaaaaaaaa... Nie wiem, która z nas głośniej krzyczała-ja czy mysz. Pewnie ja, bo mnie bardziej było słychać. Nie boję się myszy, ten krzyk to z zaskoczenia :-)))

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Krwiożercza kondycja Reksia :-))

Post na prawie specjalne życzenie Beatki z bloga Zabawna Literaturka:-)

Był bardzo późny lipcowy wieczór, gdzieś tak około 22. Założyłam psiej paskudzie obrożę i przypięłam smycz na 5-cio metrowej lince, co by pieseczek mógł sobie pobiegać. Po jego ostatnich ekscesach wolałam mieć go na uwięzi.
Wracaliśmy już sobie ze spacerku, piesek załatwił co miał do załatwienia, czas wielki do spania już był-przynajmniej dla mnie. I kiedy tak sobie szliśmy, latarnie wesoło świeciły, wiał lekki wieczorny wietrzyk i było ogólnie bardzo przyjemnie, z zagajnika wynurzył się sąsiad  idący z psiurką wilczurką  na jeszcze późniejszy spacer niż my. Różnica pomiędzy Reksiem a psiurką wilczurką jest taka, że Reksia wyprowadzam ja, a psiurka wilczurka wyprowadza swoich państwa.
I tak też było tym razem. My szliśmy boczkiem drogi, pan psiurki powiewał za nią jak flaga. Do głowy mi nie przyszło, że szarpanie się na smyczy i ujadanie psiurki znanej przecież Reksiowi zza płotu, tak negatywnie na niego wpłynie...
Skulił się i dryp, dryp przeszedł na drugą stronę, zdejmując sobie przy okazji obrożę. Myślałam, że idzie do suczki, ale niestety podszedł do jej pana i wgryzł mu się w dłoń...Złapałam go za kark i odciągnęłam. Tylko karności i posłuszeństwie Reksia zawdzięczam, że nie skończyło się gorzej, bo facet ruszył na niego jak rozjuszony byczek. Krzyknęłam, żeby sobie poszli, bo mogę psa nie utrzymać. Psiurka i jej pan zniknęli w zagajniku, my odczekaliśmy chwilę i wróciliśmy do domu.
Zamknęłam psa w kojcu i widząc światła latarek na posesji obok, udałam się po dokumenty Reksia. Latarki migały, bo nadciągał ojciec i szwagier pokąsanego, w charakterze wymiaru sprawiedliwości. Obejrzeli dokumenty i nie znajdując pretekstu do awantury, wrócili do domu. Chłopak pojechał założyć szwy na dłoni.
A ja gdybym mogła, chodziłabym pod ziemią, bo jest mi wstyd. Dziś Reksio chodzi na spacer w szelkach, kagańcu i na 1,5 metrowej grubej smyczy.
Doktor z nadzoru weterynaryjnego przychodzi do mnie jak do dobrej znajomej, ma mój nr telefonu zapisany na stałe i twierdzi, że jak tak dalej pójdzie, to Reksio na jego widok sam będzie wystawiał siedzonko do badania... Ha ha jakie śmieszne.
W powiatowym inspektoracie do którego udałam się byłam na polecone wezwanie, też powitano mnie stwierdzeniem: "o to znów pani". Jeszcze trochę to będziemy sobie składać wizyty na urodziny, imieniny , święta i nowy rok. Albo inspektorat przeniesie się na stałe do mnie. Taki żarcik. Bo mam nadzieję, że już żadnych ekscesów gryzalniczych nie będzie. Pytałam doktora dlaczego mój pies tak się zachowuje-doktor uznał, że już stary się robi (znaczy pies nie doktor) i charakter zmienia na wredny. I niestety skłonność do gryzienia mu zostanie (psu nie doktorowi). I tak sobie myślę,że oprócz nabywania wrednego charakteru wraz z wiekiem, Reksio jest też wystraszony, bowiem od paru miesięcy ulubioną rozrywką okolicznej "młodzieży" jest strzelanie z pistoletów hukowych do psów i kotów, bo to przecież takie śmieszne, jak zwierzę kuli się ze strachu.

P.S. Pies został zaszczepiony przeciw wściekliźnie przez urzędowego doktora, więc tym razem nikt nie będzie domniemywał szczepionkowego szwindlu.
Zapłaciłam dokładnie tyle samo, co tamtemu kombinatorowi.

sobota, 9 sierpnia 2014

I stała się światłość...

Radość ma niesłychana, bo nie zabiłam pana i nie pogrzebałam go w gaju na łączce, przy ruczaju...
Z powodu braku jakiegokolwiek ruczaju w najbliższej okolicy, trudności w ewentualnym dowleczeniu zewłoka oraz ponieważ, gdybym mordu dokonała, nie zarobiłby on pieniądza, którym to pieniądzem w dniu wczorajszym opłaciłam zaległą fakturę za dostawę energii elektrycznej, którą to energię miałam odciętą na prawie trzy tygodnie i której dostawa została wznowiona w dniu wczorajszym, o godzinie 21.15. Koniec zdania.
Taki brak prądu to ciekawe doświadczenie. Pokazało mi czarno na białym, gdzie tego prądu najbardziej potrzebowałam. Ano najbardziej potrzebowałam w lodówce.Przy trzydziestu kilku stopniach na dworze niemożność przechowywania żywności w warunkach chłodniczych jest prawdziwym koszmarem. Pewnie nie zdajecie sobie sprawy jak szybko psuje się jedzenie, nawet to gotowane. Więc gotowałam codziennie, małe porcje tak na raz. Bokiem mi już to wychodziło brr. I codzienne zakupy. Uch jak ja nienawidzę latać po sklepach!
Od zbzikowania uratowały mnie biblioteki publiczne-jedna miejska druga wojskowa. Z tej pierwszej wypożyczam nowości, z tej drugiej starocie czytane dawno, dawno temu. Więc czytałam jak szalona jedną książkę za drugą. A trzy dni temu zabrałam się za zarzucony wieki temu decoupage. Czyli  pozytywy z negatywa/u :-).
I na zakończenie jak zwykle u mnie, bo nie może być normalnie akcent humorystyczny:
zwątpiwszy w to, że panowie z energetyki przyjadą (wieczór już raczej późny) zabrałam Reksia do domu.
Kiedy panowie podjechali, wyszłam do nich zamknąwszy drzwi starannie, nawet zakluczyłam je,co by pieseczek sam sobie nie otworzył i nie przekąsił miłych panów. Zapomniałam jednakże, że zostawiłam duże okno szeroko już na noc otwarte, celem wpuszczenia chłodnego powietrza. A okno jest obok skrzynki...
I w czasie kiedy ja pytam panów, czy muszą wejść do domu, bo jak muszą, to wcześniej (wciąż) muszą ukryć się w swoim samochodzie, bo ja (znów) muszę psa zamknąć w kojcu, bo mógłby dokonać przekąszenia  (pies panów), kiedy jeden z nich dłubiący w skrzynce powiedział: "o tym psie pani mówi"?
Bo w oknie (tym obok skrzynki) już pół Reksia było widać... I ziejącą wielką paszczę pełną kłów...
Sam Hary Poker nie powstydziłby się teleportacji, którą wykonali mili panowie-w jednej sekundzie stali obok mnie, w następnej widziałam jak wskakują do samochodu. Dobrzy byli. Poleciałam biegiem pozamykać okna, a mili panowie dokończyli dzieła. O czym uprzejmie donosi szczęśliwa posiadaczka wznowionej dostawy energii elektrycznej, w dniu wczorajszym rzęsiście oświetlona. I która idzie skorzystać z pralki w celu wyprania dużych rzeczy (bo małe piłowała ręcznie).



środa, 9 lipca 2014

Spełniam marzenia/pragnienia :-)))

Kiedyś powiedziałam, że swoje marzenia spakowałam w walizki i wysłałam Odrą do morza-pewnie leżą gdzieś na dnie wyżarte do cna przez sól morską i do niczego nieprzydatne. Przy tym pakowaniu chyba jedno z marzeń/pragnień przeoczyłam-czy podświadomie, czy przez nieuwagę, bo wtedy jeszcze nie robiłam list pakowaczych. I tak zostało sobie jedno malutkie plącząc mi sie po życiorysie (nie poprawiać).

Od dawien dawna pełniłam w mojej rodzinie funkcję fryzjerki maszynkowej. Jechałam więc tą maszynką po głowach ojca, dziecka, obu mężów, czasem nawet kolegów , czyniąc ich skalpy miłe dla oka na długość 3 do 4 milimetrów. Te skalpy nie oka. I cały czas trzymając maszynkę w dłoni i za każdym razem, kiedy wpadała mi w oczy leżąc w danym momencie bezużytecznie, miałam w głowie myśl: jakby to było, gdybym sama się bzyknęła... Myśl powoli przeradzająca się w marzenie/pragnienie kwitła we mnie przez lat około 20.
I tak dwa tygodnie temu po bzyknięciu niemęża nie odłożyłam maszynki do pudełka. Nałożyłam najdłuższą nasadkę i stanęłam przed lustrem... Uczucie niesamowite:-). Mam tu na myśli uczucie dotyczące samego aktu bzyknięcia sobie włosów. Na 25 mm. Efekty zaś są dalekie od oczekiwanych. Te nędzne resztki, które mi pozostały po kilku miesięcznym intensywnym wypadaniu okazały się mieć sporą indywidualność. W moim zamierzeniu miały płasko leżeć na głowie-no i leżą, ale tylko niektóre. Część twardo stoi na baczność, przez co całość sprawia wrażenie zaniedbanej łąki w wysoką trawą, co to część tej trawy leży leży, a część stoi. Przykład z trawą jest dla lepszej wizualizacji mojej stylizacji, nieprawdaż :-). Dodajmy że to leżenie/stanie nie jest zgodne z miejscem, które byłoby ku tym czynnościom najwłaściwsze...Wysłałam zdjęcie mojemu Sisterowi zaraz po wykonaniu na sobie tego zabiegu, na co Ona z pełną powagą powiedziała, że jest nieźle.
Pytanie brzmi: dlaczego na koniec rozmowy parsknęła śmiechem???? Mogę tylko w swej naiwności domniemywać, że coś jadła i dajmy na to akurat wtedy zakrztusiła się. Z wrażenia jak mniemam. Bo przecież Własna Rodzona Siostra nie śmiałaby się ze mnie. Wręcz nie śmiałaby się śmiać :D !!!

I tak o to doszedłwszy do pointy: czy warto spełniać marzenia/pragnienia? Jak się patrzę na siebie w lustro, to uczucia do koafiury nie są tożsame z uczuciem, jakie mnie przepełniało podczas ścinania włosów.
Lecz maszynka wciąż mnie kusi, bo włosy nie zęby i odrastają. Do pewnego momentu oczywiście :-))).


wtorek, 17 czerwca 2014

Koniec nie nadszedł

Niemąż wytrzeźwiał. Trwa to już trzy tygodnie. Zaczął malować jak szalony aż do skurczów ręki, dodajmy że mocno drżącej w fazie początkowej. W tym tygodniu w pracuje w "sesji wyjazdowej". Z tego co mi mówił  klient, niemąż nie jest specjalnie zadowolony ze współpracy albowiem, azaliż i ponieważ nie może realizować swojej wizji artystycznej. Klient jest uparty, wie czego chce-nic lepszego nie mogło niemęża spotkać na tym etapie :-). Jasna informacja, że nie jest taki świetny:-).
Po za tym DOBROWOLNE wizyty na mitingach AA i przyznanie się do tego, że ma problem i sam sobie nie poradzi. I jeszcze film "Pod Mocnym Aniołem" który obejrzał dławiąc się na widok pijącego prosto z butelki Więckiewicza (genialny aktor naprawdę). Wszyscy grający tam aktorzy byli świetni... Jednakowoż filmu nie polecam z uwagi na realizm/autentyzm. Ten kto nie zna tej strony alkoholizmu, lepiej niech jej nie poznaje.

A ja? Cóż dotarło do mnie, że miałam typowy napad paniki osoby współuzależnionej:-(. Napad niczym nieuzasadniony, bowiem zachowanie niemęża niczym się nie różniło od tego co prezentował sobą zazwyczaj. Przecież nie wiem, ile wcześniej alkoholu kupował i jakiego. Te "pięć litrów" zadziałało na mnie jak zapalnik i bumm.
Wstyd mi teraz. Niestety strach jest moim nieodłącznym towarzyszem. Całe swoje życie bałam się czegoś.Niektóre z tych lęków udało mi się obłaskawić, nad niektórymi pracuję, ale są dwa nad którymi nie potrafię zapanować: to Głód i Bezdomność. Głodna nigdy nie byłam, różnie bywało ale chleb i margaryna zawsze były, bezdomna też nie. Nie wiem skąd mi się to bierze, natomiast po rozmowie z terapeutką wiem, że oba te lęki są podłożem do moich ataków paniki. Spieszę więc donieść, że obrazy niemeża zapłaciły internet,telefon i prąd, zakupiły moje lekarstwa oraz jedzonko dla nas i Reksinka. Ceny za te obrazy nie są co prawda wielkomiejskie, a bardzo bardzo prowincjonalne, ale lepiej mieć parę stówek na załatanie największych dziur niż nic. I tego będę się trzymać:-)






(marl) - kolejna odsłona


jak ją zdjąć? czy warto?
tyle pytań wskazuje otwartość
jak ją zdrapać? czy trzeba?
rodzi się taka powoli potrzeba
jak oderwać? czy wolno?
dusić się taką śmiercią powolną
jak mam żyć? i czy mogę?
zdjąć i rzucić nią o podłogę
nie chcę jej lecz ona przez lata
przyklejona do twarzy, jak łata
wrosła we mnie i chroni pozornie
zdjąć się boję, bo boli potwornie
moja maska
a ja chcę oddychać...
chcę już płatki kwiatów dotykać
chcę potrafić zapłakać przez chwilę
chcę unosić się, jak barwne motyle
chcę ją zdjąć...

(marl)
Marzena Anetta Rosińska Lamparska

wtorek, 10 czerwca 2014

(marl)

Ubrała szarą sukienkę
W szarą dziurawą wanienkę
Wodę nalała
Wzięła koszyczek szary
Wyglądał jakby był stary
Bardzo cierpiała
Stanęła na szarej łące
Szarości odmian tysiące
Kwiatów szukała
Jak znaleźć na łące kolory
Jak przegnać te wredne potwory
Płakać zachciała
Łza spadła na płatki kwiatów
Zerwał się furkot ptaków
Cisza nastała
Kwiaty kolorów nabrały
W kolory ubrał się świat cały
Szarość została
Szarość jest też kolorem
Jest Twoim wolnym wyborem
Możesz być cała
Cała w kolorach i kwiatach
Cieszyć się chwilą świata
I być kolorem swym...
Daj sobie tylko prawo
(marl)*

*Marzena Anetta Rosińska Lamparska

sobota, 24 maja 2014

Mój anioł stróż też chyba pije...

Zbliża się koniec. Myślę że ostateczne rozwiązanie nastąpi już wkrótce. Niemąż nabył 5 litrów lewego spirytusu. I poszeedł w długą. Zostałam zupełnie sama i bez grosza przy duszy. Więc pewnie niedługo nadejdzie i mój koniec.
Ktoś z Was chce może mojego pieska, mojego cudnego Reksia?
Nie mam już sił...

Wrócił na chwilę i znów poszedł... Już mi zabrakło pomysłów na to, co mam robić dalej.
W takie dni jak ten nie wierzę, że stąd wyjadę, nie wierzę, że uda mi się spłacić nie swoje długi, nie wierzę w szczęśliwe zakończenie. Nie wierzę w siebie. Nie wierzę już w nic.Jestem beznadziejna. Wygrał...

piątek, 23 maja 2014

W oparach absurdu. Czy jakoś tak.

Kiedy opowiadałam mojej terapeutce o wydarzeniach ostatniego tygodnia, najszła mię myśl, że gdyby ktoś kiedyś mi opowiadał, co się u niego wydarza, postukałabym się palcem w czoło i pomyślałabym, że ściemnia. Niestety w związkach z alkoholikami dziwolągi są na porządku dziennym i nocnym, tak że uwierzę we wszystko, co usłyszę. No może za wyjątkiem jakiegoś cudu ukazanego na brudnej szybie. Ale ad rem.
Ostatnio rozjeździłam się trochę. Początkiem maja byłam na zlocie o czym innym razem napiszę, ostatnio w P. u Sistera swego, dokąd musiałam pojechać w celu nieprzyjemnym bardzo aczkolwiek niezbędnym. Cel nieprzyjemny i niezbędny został zrealizowany, zaś Sister mój w ramach pocieszenia dał mi materac do spania, albowiem groziło mi spanie w jednym łóżku z matką, co mogło być wydarzeniem niezwykle traumatycznym i szkody wielkie w mym młodym życiu czyniącym ;-). W kwestii materaca z żalem muszę stwierdzić, że księżniczką nie jestem, bowiem czułam każdy cm podłogi pod swym siedzeniem. Myślę, że wina była po stronie materaca, a nie po stronie mego jakże zgrabnego i lekkiego siedzenia (ironicznie hehe).
Drugim pocieszaczem była moja ulubiona baletnica Pavlova, której zwiewnej bezowej sukienki pożarłam prawie pół, co wcale nie miało wpływu na ciężkość mego siedzenia;-).
Ale jak się można oprzeć czemuś takiemu? Prawda że nie można? :D.

Trzecim pocieszaczem była Noc Muzeów. Kurc galopkiem przeleciałyśmy po paru muzeach, po pierdylionie schodów weszłyśmy na wieżę widokową w muzeum fajek i dzwonów w przelocie oglądając wystawione tam zbiory, kątem oka rzucając na pokaz tworzenia fajek, jednym uchem słuchając występu zespołu Fidelis, dotarłyśmy na szczyt wieży, a tam…
Prawdziwa wisienka na torcie (takie kulinarne skojarzenie nieprawdaż )czyli widok P. z lotu ptaka. Na króciutką chwileczkę ogarnęła mnie cisza i spokój. Wybaczyłam nawet Sisterowi swemu tę koszmarną wspinaczkę, bowiem widok wart był swej ceny.







Tej samej nocy wróciłam do miejsca swego aktualnego pobytu i…
Wesolutki jak szczygiełek niemąż poinformował mnie, że „trochę” przypaliło mu się jedzenie. Jedzenie miało być w formie żeberek w młodej kapuście, której to tworzenie niemąż solennie zapisał sobie podczas rozmowy telefonicznej. Kiedy weszłam do domu, poprawka, kiedy usiłowałam wejść do domu w/w jedzonko prezentowało się w postaci kłębów gryzącego dymu, spalonego sufitu na garnkiem oraz spalonego garnka i miski, w których to potrawę przygotowywał. Widząc moją minę, zmył się i powrócił wieczorem nieżywy, w poniedziałek wstał, wyszedł i znów wieczorem powrócił nieżywy, we wtorek rano wstał, zapytał czy zrobię obiad i usłyszawszy negatywną odpowiedź wyszedł i powrócił w środę wieczorem, zgubiwszy przy tej okazji telefon (mus było zablokować kartę), wczoraj wyszedł był po kosę (trawa już do kolan), wrócił po jakiś 5 godzinach mocno zmęczony albowiem zaległ był na ścieżce prowadzącej do domu, dziś wyszedł w urzędowych sprawach…

W trakcie tego obfitującego w nadmiar alkoholu tygodnia wyszło na to, że „muszę rywalizować” o względy niemęża z pewną leciwą już mocno niewiastą zaopatrzoną w ciągle nieżywego męża zwanego przeze mnie Obleśnym Staruchem oraz brata jego, któraż to niewiasta do niemęża mego żywi ciepłe i pobłażliwe (chyba) matczyne uczucia, pojąc go rojalem i udzielając mu noclegu. O czym sama mnie poinformowała w rozmowie telefonicznej z dziwna radością w głosie mówiąc, że tak nocował u nich, i co z tego? Faktycznie nie powinnam się czepiać… :D