poniedziałek, 30 grudnia 2013

Koniec roku

Mam chandrę, łamanie w kościach więc pewnie jakaś grypa się przyplącze, kryzys wieku średniego,'koniec roku i zawiść mi wątpia szarpie na widok mężawciążmegoaktualnietrzeźwego szalejącego z pędzlem po płótnie. I nawet sobie podśpiewuje w szale tworzenia:-(. A ja nawet czekolady nie mogę się najeść w ramach poprawy humoru, bo mi wątroba daje znać o sobie:-(. Jawna niesprawiedliwość!!!
To sobie pomyślałam (ha, ha ja i myślenie), że przeczytam może coś zabawnego, lekkiego co czarne chmury złego humoru odpędzi. I poszłam do biblioteki, i poprosiłam pracującego tam fachowca o coś lekkiego i zabawnego, i dostałam Grocholę... Nie przepadam za nią, ale uznałam, że skoro coś lekkiego, to Grochola może być. I wróciłam do domu, herbatkę z cytryną sobie zrobiłam, kocem się owinęłam na fotelu i czytać zaczęłam... Przez całe 169 stron próbowałam się pośmiać, ale nie dało rady. A nie dało, bo "Trzepot skrzydeł" traktuje o gorącej przemocy domowej. O sprawcach i ofiarach. O tym co silniejszy może zrobić słabszemu. O powolnym odbieraniu osobowości. Na poważnie i bez przymróżenia oka. Nadal nie przepadam za Grocholą, ale książka nie była zła. I tylko zastanawia mnie, jakim trzeba być człowiekiem, żeby akurat tą pozycję polecić jako lekką, łatwą i przyjemną?  Zagwozdka.

Ale najważniejsze w tej chwili to życzenia dla Was :-)


Moim przemiłym czytaczom tym jawnym i tym ukrytym życzę szampańskiej zabawy, dotrzymania postanowień noworocznych, marzeń które na pewno się spełnią i wszystkiego naj, naj, najlepszego w nadchodzącym roku. I żeby był lepszy od tego, co się kończy.

                                                     HEPPI NIU JER :D





piątek, 27 grudnia 2013

Znaki

Sądząc po ilości psiej sierści jaką dziś odkurzyłam po dwu dniowym odpoczynku po tej jakże zajmującej czynności - idzie wiosna. Z resztą psy biegające sobie beztrosko po ulicy też mają wyłażące kępy sierści. I pewnie uwierzyłabym w tę nadchodzącą wiosnę wszak zwierzęta prawdę pokazują, gdyby nie zdumiewająca żarłoczność mego pieseczka, co z kolei zwiastuje mroźną i długą zimę. To jak to jest z tymi znakami od natury?
Z kolei znakiem nadchodzącej mej starości jest zaćmienie umysłowe, które objawiło się w postaci zalanej łazienki. Plan był taki, żeby odkręcić kran nad wanną i nabrać wody do wiaderka, celem wykorzystania jej w procesie dalszego oczyszczania podłóg. Dlaczego przy mocno lejącej się wodzie z kranu, odkręciłam prysznic zalewając ściany, okno, podłogę i siebie - nie mam bladego pojęcia. To też pewnie jakiś znak, którego nie potrafię odczytać.
Za to bez znaków a z dwutygodniowym poślizgiem spłynęło na mnie natchnienie, że skoro wciążmąż otrzymał grubą kopertę z Sądu, podobną powinnam otrzymać i ja. Wykonawszy dwa telefony -jeden do sekretariatu Sądu Okręgowego, gdzie dla odmiany siedział człowiek i bez zbędnych ceregieli udzieliła mi (bo człowiek był kobietą) informacji dotyczących korespondencji. A mianowicie że i owszem list do mnie też został wysłany, mało tego-poznałam termin rozprawy. Telefon nr 2 na pocztę potwierdził obecność miłego liściku:-). Otóż prą państwa 28 stycznia 2014 r. o godzinie 9.00 czyli bez opóźnień, bo będę pierwsza, w sali nr 4 odbędzie się rozprawa ja vs wciążmąż. Doczekałam się więc. I tylko gnębi mnie jedna natrętna myśl: że nie tak miało to moje nowe życie wyglądać, nie tak...

niedziela, 22 grudnia 2013

Takie tam drobiazgi.

Maraton w TM zakończony. Dziś byłam ostatni raz w tym roku. Czy w następnym będę-nie wiadomo, bo umów nowych brak. Agencja twierdzi, że wysłała, kierownictwo zaś, że nic nie otrzymało. A ja osobiście i personalnie na własne rodzone oczy w zeszłą środę widziałam kopertę z napisem KADRY.
Na kolana padać nie zamierzam.

W kwestii grubych kopert to w zeszłym tygodniu nadejszła jak wiekopomna chwiła taka jedna, mocno przeze mnie oczekiwana.
Wciążmążaktualnietrzeźwy do dziś jej nie otworzył, a to z tego prostego powodu, że zerknąwszy na nr sprawy widniejący na kopercie, oświeciłam go w kwestii zawartości. Używając jakże adekwatnego do sytuacji regionalnego określenia stopnia zaambarasowania, wciążmąż "spiździł się" mocno. Oblicze jego przybrało kolorystykę zbliżoną kolorem do barwy flagi dawnych wschodnich narodów zjednoczonych.
Zabrakło na nim (obliczu znaczy się) sierpa i młota, ale nie wymagajmy za dużo:-).

I znalazłam kolejny powód dla którego znalazłam się w tym dziwnym miejscu. Mianowicie miałam się odkochać. Co też uczyniłam. Do czasu przyjazdu do tego dziwnego miejsca bezrozumną miłością, wiarą i zaufaniem darzyłam naszą policję.
Takie zboczenie miałam. Ale nie sposób przymknąć oka na następujące działania:
1. Duży sklep, starszy pan chce zapłacić za wódkę banknotem 20 zł wydrukowanym na drukarce!.
Jest wezwana policja, przyjechali a jakże, jeden z nich spisuje zeznania i zatrzymuje fałszywy znak pieniężny, drugi natomiast do marudzącego starszego pana, że długo, że czas ucieka, mówi: "Trzeba się było z paniami dogadać".
2. Młodociany nietrzeźwy jeździ samochodem. Nie posiada prawa jazdy. Fakt jest zgłaszany na policję. Jest podany nr rejestracyjny auta, marka i nazwisko delikwenta. I co? Młody jeździ do dziś. A zaczął jakieś 4 lata temu. Trzeba chyba czekać aż kogoś rozjedzie.
3. Zespól interdyscyplinarny. Ofiara przemocy domowej spowiada się ze swojego życia, bo chce sprawcy ograniczyć prawa wychowawcze i co słyszy od policjanta? "Po co go pani drażniła? "
4. Ofiara przemocy psychicznej boi się zgłosić na policję nękania przez męża-sprawcę, bo mąż był policjantem. Efekt jest dramatyczny. Jak w sobie udepczę uczucia z tym związane, to opiszę co się wydarzyło.
5. Mąż będący pod wpływem alkoholu zostaje zatrzymany za jazdę w stanie nietrzeźwym. I cóż robi policja oprócz wezwań wysyłanych do męża? Ano wysyła wezwania do żony, co by "porozmawiać z żoną o mężu ale po za jego oczami".
6. I curiosum - kolega męża uderza jego żonę pod nieobecność tegoż męża. Zapłakana żona dzwoni na policję, tam jest wypytywana o swoje dane, tudzież po ich podaniu o imię męża i co słyszy? Ano słyszy od policjanta dyżurnego: "Proszę zadzwonić do męża i jemu to opowiedzieć". Zszokowana kobieta nie dowierzając własnym uszom, usiłuje zrozumieć dyżurnego i powtarza jego słowa, dodając iż uderzający jest pod wpływem alkoholu i jeździ samochodem. Kobieta pamięta tylko kolor tego auta, ale podaje imię, pseudonim i miejsce zamieszkania sprawcy. I co słyszy w odpowiedzi? Ano słyszy," że jakby co, to ma dzwonić a teraz dyżurny musi kończyć rozmowę, żeby nie przedłużać".

To tylko takie bardziej drastyczne przypadki. Pomniejszych jest cały worek. Więc musiałam się odkochać.
Li i jedynie.

piątek, 13 grudnia 2013

O tym jak z głupoty dorobiłam się świątecznej roboty.

Od prawie dwóch tygodni żyję jak w kieracie, a to za sprawą pracy w TM. Wadą bowiem umowy zlecenia jest brak praw pracowniczych związanych min. z czasem pracy. Zeszła środa 12 h, czwartek 10 h, piątek na 10 rano, derekcja odwiozła mnie do domu o 3.30 w sobotę rano, czyli 17 h, , sobota i niedziela minęły nie wiadomo kiedy, w poniedziałek złapało mnie przeziębienie i i tylko 8 h pracy, we wtorek ledwo mówiąc dogorywałam w łóżku, w tę środę pracowałam 13 h, a wczoraj tylko 8. Dodawszy do tego codzienny 4 km spacerek w te i nazad oraz możliwość usiądnięcia w ciągu dnia na jakieś 10 min i podejszły wiek swój, zrozumiałym stanie się fakt, że doznałam pomroczności jasnej i zezwoliłam na prace budowlane mężowimemuoddwóchtygodnitrzeźwemu w domu naszym. Onżesz bowiem okiem trzeźwym swym rzuciwszy spojrzenie na stan posiadania opału, zatrwożył się wielce i za robotę konstruktywną się wziął.
Bo tym ostatnim razem uczciwie, aczkolwiek z duszą na ramieniu zastosowałam się do rad terapeutów i zostawiłam go odłogiem. Nie było to proste i oszczędzę drastycznych szczegółów, ale wydaje mi się, że podziałało, vide tytuł tego posta.
Tak więc mamy pomroczność mą jasną, zapał do pracy mężamegoaktualnietrzeźwego, prace budowlane w domu i cale tony pyłu gipsowego. Albowiem azaliż i ponieważ ów pył pojawił się wyniku szlifowania
budowanej atrapy kominka, która to atrapa miała być dokonana we wrześniu.
Atrapa wyszła przecudnej urody, mąż ma jeszcze dorobić gipsowe polana brzozowe i ekhm, ekhm "ogieniek" co już mi kiczem trąci, ale nasz klient, nasz per pan ( ja bym tam półki na książki zrobiła, ale atrapa nie moja), w niedzielę dzieło jedzie do klienta, a ja zostaję z wszech zalegającym białym pyłem. I jakkolwiek lubię pracę W gipsie, dokładnie wręcz przeciwnie nie znoszę sprzątać PO gipsie. I w taki właśnie sposób zostałam przymuszona do wykonania świątecznego sprzątania, którego w inny sposób dobrowolnie bym nie zrobiła. Bo o ile rozumiem zasadność świątecznych porządków w dawnych wiejskich chatach, o tyle "tradycji" porządków świątecznych dzisiaj, nie ogarniam. Bo jak kto sprząta, to ma czysto cały rok, a jak nie sprząta, to mu święta nie pomogą. Empirycznie tego doświadczałam lata całe. Ale psuć Wam atmosfery przed świątecznej nie będę i nie opiszę doświadczania :-). Tak więc jeszcze dziś i jutro TM, a niedziela i poniedziałek na roboty przymusowe. Li i jedynie.

sobota, 30 listopada 2013

Jaka jestem - nie wiem :-(

Kiedy w marcu terapeutka Magda z Ośrodka zapytała, czy jeszcze potrzebuję pomocy, pełna niezrozumiałej pychy odpowiedziałam, że już nie. Nie, bo jestem WYLECZONA. Sama sobie poradziłam, sama będę sobie radzić.Kiedy w październiku po tym jak złożyłam pozew Ewa  powiedziała, że znów jestem współuzależniona-obraziłam się na nią, bo co mi tu będzie takie bzdury opowiadać. JA WIEM LEPIEJ, ŻE NIE. Dwa tygodnie temu z podkulonym ogonem, znów boleśnie poraniona, pobiegłam po pomoc do Ośrodka, tym tylko różniąc się od siebie samej sprzed trzech lat, że nie pytałam co mogę zrobić żeby On przestał pić, a poprosiłam o pomoc dla siebie. Cały ten misternie zbudowany domek z kart pod nazwą "Wiem lepiej" rozsypał się w drobny mak. Dziś wiem, że przez prawie rok okłamywałam siebie bardzo skutecznie,wmawiając sobie że panuję nad sytuacją, że to co pozwoliłam sobie robić, już nigdy więcej się nie zdarzy... . To co robiłam nosi bardzo ładną nazwę: "systemu iluzji i zaprzeczeń", ale pod tą nazwą kryje się tyle paskudnych rzeczy, które osoby współuzależnione robią same sobie w celu "zaczarowania"rzeczywistości, że zdrowo myślący człowiek nie jest w stanie ogarnąć tego i zrozumieć.
Bo nie ma znaczenia kim dla osoby współuzależnionej jest osoba zmagająca się z nałogiem- rodzeństwem, rodzicami, dziadkami, współmałżonkami, przyjaciółmi, znaczenie ma to, że współuzależnieni pozwalają, aby centrum ich własnego wszechświata stanowił alkoholik i jego potrzeby zamiast swoich własnych.
Ewa pomogła mi uporać się z matką. Pomimo tego że matka mieszkała wiele kilometrów ode mnie i od wielu lat nie zajmowała się mną wcale, jej alkoholizm wciąż wywierał na mnie bardzo silny nacisk. Przymykałam oko na jej ciągi alkoholowe, szczególnie że w chwilach trzeźwości miałam z tego tytułu gratyfikację. "Należy mi się" - tak uważałam. Szkoda że podobnie nie uważałam, kiedy pijana wydzwaniała do mnie, zadręczając do utraty tchu. Nie potrafiłam odłożyć słuchawki, przerwać rozmowy bo się bałam.
Czego? Nie wiem. Dopiero Ewa na grupie kiedy po raz kolejny plułam jadem na picie mojej matki, uświadomiła mi co robię. Co pozwalam sobie robić. Zapytała czego się boję? Sama nie widziałam ale wymyśliłam, że matka, że szacunek... . Ewa roześmiała się i powiedziała, żebym tak naprawdę zastanowiła nad tym szacunkiem, bo przecież matki nie szanuję, a szacunek dla rodziców nie należy się z" urzędu", tylko trzeba na niego zapracować. Zaczęłam myśleć i znów wymyśliłam-przecież nie chcę sprawić matce przykrości, tym że przerwę rozmowę, że ona się obrazi. Ewa znów się roześmiała i zapytała, czy zdaję sobie sprawę, że to nie ja sprawiam matce przykrość a odwrotnie? Że każda rozmowa z matką przynosi mi rozgoryczenie, niechęć do siebie samej i frustrację. Cóż - prostota tego stwierdzenia poraziła mnie. Przecież to prawda, że od bardzo dawna nie szanuję matki, a kiedy dzwoni pijana ma w głębokim poważaniu to, co ja czuję. Początki były trudne, ale dziś kiedy zdarzy się, że będąc trzeźwa zadzwoni i próbuje swoich gierek, mówię, że nie mam czasu, a kiedy dzwoni pijana, mówię "mamo jesteś pijana, nie będę z Tobą rozmawiać". I odkładam słuchawkę. I wcale ale to wcale nie mam wyrzutów sumienia. Dobrze mi z tym. Potrafię też wyznaczyć granice. Cieniutkie i wątłe one są, ale są. Co zrobiłabym w konfrontacji z silniejszym niż ja "wrogiem" trudno powiedzieć, ale już nie pozwalam narzucić sobie tego, co uważam za niedobre dla mnie. Też fajne uczucie i brak wyrzutów sumienia:-). Wiem, że przede mną ogrom pracy nad sobą. Wiem to, ale czy rozumiem?


poniedziałek, 25 listopada 2013

Klątwa mojej babci - cz.IV

Powróciwszy na ojczyzny łono babcia zajęła jeden z dwóch pokojów apartmentu znajdującego się na łódzkich Bałutach. Apartmąnt jak na jej potrzeby był cokolwiek za mały, a mając ku temu środki, zapragnęła domku z ogródkiem. Dygresja:ten domek z ogródkiem to jakaś skaza dziedziczna czy cuś?
Domek miała zamieszkiwać rodzina wielopokoleniowa: babcia, jej córka oraz jedna z wnuczek.
Jako że ja byłam rozwiedziona i prawdopodobnie babcia wyczuła, że będę ofiarą doskonałą-padło na mnie.
Furda że miałam pracę we Wrocławiu,  że dziecko do szkoły tam chodziło, że wcale nie miałam ochoty na taką przeprowadzkę. Babcia tak postanowiła i już. Na szczęście dla mnie nie dało rady spakować mnie na siłę a i ceny nieruchomości wymarzonej praperty okazały się ciut za wysokie - projekt upadł.
Małe i nieustawne łódzkie mieszkanko zostało zagracone ponad miarę, bo babcia cały swój dobytek wyjąwszy meble i duże AGD wysłała do Polski. Jednorazowo potrafiło przyjść 17 ciężkich paczek wypełnionych dobrem nieznanym w naszej ojczyźnie - a to zmiotki z szufelką, plastikowe wiadra, pojemniki na żywność, zasłonki prysznicowe, maty stołowe, piecyki do pieczenia (prąd na 110 ), materiały ocalałe z pożaru, budziki w formie np. troków*, kogutów, latarni morskich, książki kucharskie, parasolki nad jedzenie - słowem cały ten amerykański chłam. I oczywiście ubrania, całe paki ubrań, butów, futer sztucznych.... Stało to w nierozpakowane, poupychane pod oknami, stołami, łóżkiem... .Bo babcia jako miłośniczka katalogów wysyłkowych i programów kulinarnych musiała mieć pod ręką wszelkie prezentowane tam dobra.
I oczywiście przyprawy do potraw - przecież w naszym kraju tak egzotycznej przyprawy jak np. oregano nikt nie znał. Bo babcia uznała, że będzie podejmować gości, gotując po amerykańsku - niech Polacy posmakują wielkiego świata.Na pierwszy ogień poszła kuchnia włoska i po wymyśleniu tysiąca problemów, typu czym zastąpić wędzoną mocarełę, zdumiona babcia odkryła w pobliskim hipermarkecie nie tylko wspomniany ser, ale też wiele innych produktów, których w naszym kraju miało nie być. I trzeba jej przyznać, gotowała smacznie aczkolwiek już bez entuzjazmu z uwagi na brak efektu olśnienia. Generalnie krajem ojczystym babcia nie była zachwycona,wyjąwszy służbę zdrowia. Prywatną. Bo babcia się leczyła. Zawzięcie i oddanie. Chodziła od specjalisty do specjalisty, przebywała w szpitalach, i cud prawdziwy, że nie zalizali jej na śmierć za kasę, jaką tam zostawiała. Jej pieniądze i robiła z nimi co chciała. Niestety specjaliści różnej maści i pobyty w szpitalach niewiele jej pomagały. Bo babcia była naprawdę chora. Miała cukrzycę insulino-zależną. Jest to choroba z którą można żyć, ale nie wolno jej lekceważyć. A ona lubiła zjeść-smażoną kaszankę kilka razy dziennie, śledzie w śmietanie, tłuste sery, jajka i chleb smażone na smalcu, ciasta z kremem. Cukrzyca postępowała, pobyty w szpitalach pomagały tylko na chwilę wiadomo dlaczego i zaczęły się problemy... .


*truck - wielka amerykańska ciężarówka, bo tego co to jest, to chyba nikt by się nie domyślił po pisowni :-))

niedziela, 24 listopada 2013

Post scriptum do rocznicy

W dzień rocznicowy powróciwszy do domu, nie zastałam w nim mężamegonachlanego. Udał się on bowiem do miasta celem celem zdobycia ambrozji/nektaru swego ulubionego wysoko procentowego. W cenie 8 zł za połówkę. Po jego powrocie do domu, ujrzałam go nieco trzeźwiejszym niż rano, co w połączeniu z banknotem dla odmiany 50 zł, dawało nikłą nadzieję, że już ma dość. Nic bardziej mylnego. Wręczył mi ów banknot ze słowami: "masz to dla ciebie". W naiwności swej zapytałam, czy oddaje mi piniądz, co by go nie skusiło wydanie. Potwierdził że i owszem, ale zaraz radośnie zawiadomił, że posiada 4 (cztery) półlitrówki.Takie ze sklepu. Guzik prawda. Otrzymał je od kolegi swego, lewym alkoholem handlującego na tzw." krechę". A wiem to stąd, że ów kolega w dniu następnym grzecznie mnie uprzednio przywitawszy, bo co jak co ale kultura musi być, oznajmił, że właśnie dowiózł mu następnie dwie. Połówki. Czyli jak się słusznie domyślam, zostały mi oddane nędzne resztki otrzymanego wynagrodzenia. na które gwoli ścisłości też zapracowałam odlewając kamienie na elewację zewnętrzną, panele 3D do salonu oraz cegiełki do kuchni. Nie dla siebie oczywiście.I tak wahając się pomiędzy furią i chęcią zabicia złośliwego gnoma a anielskim spokojem spędzam niedzielę pilnując swego łóżeczka, bo meżowimemunachlanemu nie bardzo podoba się legowisko na podłodze i usilnie stara się do w/w łóżeczka powrócić. Żeby się do mnie przytulić nieprawdaż.

Wy młodzi

W dniu wczorajszym po powrocie z miejsca zatrudnienia i ogarnięciu meliny, jaką staje się powoli ten dom, stanęłam przed lustrem celem dokonania oględzin. Nie wypadły one zachęcająco, oj nie.
Działanie grawitacji na mym obliczu jest widoczne gołym okiem, nawet bez okularów a ostatnimi czasy bez okularów świat jest cokolwiek rozmazany. Tu wisi, tam się marszczy, słowem wiek robi swoje. A i ostatnie wydarzenia nie pozostają bez wpływu na widok mego oblicza. Więc dlaczegoż dokonywałam tych oględzin?
Ano dlatego, że w dniu wczorajszym spotkała mnie przezabawna sytuacja. Stałam dzielnie za kasą, kiedy podeszła do mnie pani, na moje uzbrojone w okulary oko mająca niewiele więcej lat niż ja i pokazując mi dwie niemowlęce czapeczki, zapytała którą bym wybrała, bo ona nie może się zdecydować. Czapeczka nr 1 była w kolorze białym, którego nie znoszę, czapeczka nr 2 w kolorach szarym i różowym. Różowego też nie lubię, ale akurat ten był przyzwoity. Wobec powyższego mówię do pani, że ja nie jestem dobrym doradcą albowiem azaliż i ponieważ białego koloru nie znoszę, więc może lepiej niech kogoś innego poprosi o radę w tym zakresie. A pani na to rzekła: "bo wy młodzi wcale dziś białego nie lubicie, a to taki ładny kolor".
Wy młodzi... Ja domniemywam, że z tyłu krótko, z przodu długo, a grzywka 5 cm nad okulary zrobiły swoje, ale żeby aż tak ??? :D

czwartek, 21 listopada 2013

Rocznica

Udało mi się zapuścić włosy do ramion. I grzywkę do brody. Nie był to najlepszy pomysł nieprawdaż dla mojej wątpliwej  urody :-).A na dodatek zaczęły mi wyłazić włosy w ilości hurtowej. Znaczy się do pani Marty czas było się udać. Niestety jak wiadomo funduszy cokolwiek mi brakowało. W związku z powyższym jako, że w dniu dzisiejszym przypada czwarta i miejmy nadzieję, że już wkrótce ostatnia rocznica ekh, ekhm ślubu, zdybawszy mężamegonieżywego na chwilowym odzyskaniu tzw. świadomości i machającemu mi przed nosem gotówką w postaci banknotu 20 zł -skąd i w jaki sposób zdobytego nie wiem, poprosiłam by z okazji tej jakże "fantastycznej" rocznicy sprezentował mi ów banknot celem pozostawienia go u Pani Marty, mistrzyni nożyczek i grzebienia. Ów mile połechtany, wręczył mi banknot ze słowami:
"masz i idź do fryzjera, tylko obetnij się tak jak lubię, z tyłu wiesz tak krótko, z przodu długo.I pamiętaj, grzywka ma się kończyć 5 cm na okularami !". Znaczy się tak w połowie czoła...Hmm, nie posłuchałam :D.

Małe szczęścia na dziś

Idąc za radą Anki Wrocławianki staram się znaleźć codzienny powód do radości. Nie zawsze się to udaje, ale za to dziś mam aż trzy :-):
1. Przemiły komentarz od czytaczki :-),
2. Pan komornik uwzględnił wniosek i na konto wpłynęło mi 278,64 zł. Będzie na rachunek telefoniczny,        receptę i grosik na "czarną godzinę",
3. O podobną kwotę zmniejszył się mój dług-maciupeńki krok do przodu :-).

środa, 20 listopada 2013

Klątwa mojej babci-cz. III


W pewną słoneczną, mroźną niedzielę babcia zabrała mnie na wycieczkę zatytułowaną "Szlakiem mojej matki". Zwiedziłam amerykańskie meliny tym tylko różniące się od polskich, że na podwórkach i w domach walały się nieco inne niż u nas sprzęty, nieco inne połamane meble, stare lodówki, pralki, zużyte opony.
Takie widoki znamy z amerykańskich filmów. Myślę że brud i smród był taki sam jak polski. Poznałam też ludzi, w większości mężczyzn, którzy tym różnili się od naszych rodzimych degeneratów, że mówili w obcym języku. Jak moja matka porozumiewała się z nimi, nie mam bladego pojęcia, bo absolutnie nie znała języka.
Kiedy wróciła po pierwszym wyjeździ,e miała zapisane te wszystkie "bołszity, kademydź, bicz, frizer, synk itp, zapisane jak się wymawia.I tak dygresyjnie:  po trzech miesiącach, zupełnie zapomniała jak się po polsku mówi i było na ten przykład:" wiesz tam pod synkiem leży, eeee zapomniałam jak to się nazywa, no wiesz w kitczenie..."
Niemniej jednak przedstawiani mi ludzie na wieść czyją jestem córką, okazywali dziką radość połączoną z chęcią brania mnie w objęcia. W jaki sposób przemieszczała się na spore odległości od domu babci też pozostawało dla mnie tajemnicą, ponieważ teleportacja oraz proszek Fiuuuu nie były wtedy powszechnie znane. Szczególną estymą darzył mnie niejaki Pit, znajomy p.o. dziadka, który jako jedyny bywał czasami czysty i mówił dziwną mieszanką polsko-rosyjską. Owa szczególna estyma wynikała jak mniemam z mojego niezwykłego podobieństwa do matki albowiem azaliż i ponieważ oraz  niestety jestem do niej podobna jak dwie krople wody. O ekhm ekhm urodzie piszę :-). Zbulwersowana widokami, bo AŻ takiej meliny w moim domu rodzinnym nie było, siedziałam z malutkim dzieckiem na rękach, bo ono też zostało zaproszone,  wgnieciona w siedzenie samochodu. Chyba po to, żeby mnie dobić, babcia zapytała: "widzisz, widzisz co wyprawiała twoja matka?". Dzisiejsza o wiele starsza ja odpowiedziałaby babci, że" zanim stała się moją matką, była Twoją córką", ale wtedy siedziałam cichutko, jak zwykle biorąc na barki wyczyny swej protoplastki.
Mijały lata. Co jakiś czas moja matka leciała do Ameryki, żeby "zaopiekować się matką". Wracała sfrustrowana i wściekła, bo babcia wciąż ją wychowywała. Nie pal, nie pij, nie garb się, siedź prosto, tego nie ubieraj, jak to robisz niezdaro i takie tam. Wydaje mi się, że matka wszelkie" niedogodności" związane z pobytem  odbijała sobie mówiąc wszem i wobec: "lecę do Ameryki, byłam w Ameryce, właśnie wróciłam z Ameryki". Taki rodzaj "latającego" snobizmu.
W tzw. miedzy czasie  zmarł p.o. dziadka, a babcia z racji wieku poszła na "rytajer". Postanowiono, że babcia przeprowadzi się do swego najmłodszego dziecka i jego rodziny. Wytrzymali z nią niespełna pół roku bo albo hodowlę świnek zakładać chciała w ramach oszczędzania, a to pola warzywne uprawiać na skalę masową oraz zaczęła wychowywać żonę wujka. A to nie tak ziemniaki obrała, a to ucho od rondla nie w tę stronę, a to że nic nie potrafi i co z niej za kobieta...Babcia wróciła do siebie i przez czas jakiś nie utrzymywali ze sobą kontaktów. Znów moja matka zaczęła latać w celach opiekuńczych.
Potem wujek zachorował. Z racji tego, że mieszkali wysoko w górach w stanie NiuJork, gdzie zimy były bardzo ostre i to wujkowi nie służyło, przeprowadzili się do Albemarle w stanie Nortkarolajna. A że sumienie mieli, to zabrali ze sobą babcię, co by sama w swojej dziczy marnie nie szczezła. Oczywiście do osobnego domku. Ostre, mroźne zimy zamienili na ciepłe i wilgotne oraz na dodatek w postaci ujów, mójów, dzikich wężów w ogródkach, które to węże podobno chodziły po oknach, Znaczy pełzały.
Babcia wyczytała gdzieś, że środek odstraszający węże i inne takie, zawiera w sobie naftalinę. Więc nie kupiła środka tylko samą naftalinę i obsypała pola wokół domu w promieniu kilometra. Po pierwszym deszczu wężów żadnych nie było w promieniu chyba 100 km, ale wredni sąsiedzi, co się nie poznali na tej nowatorskiej metodzie, grzecznie poprosili babcię o sprzątnięcie naftalinowych kulek. Podobno śmierdziało okrutnie jeszcze przez kilka tygodni. Co na to węże, nie wiem, nic nie powiedziały:-).
Wujek zmarł. Babcia będąc wcześniej chyba 3 razy w Polsce i WIDZĄC bardzo dokładnie jak wygląda życie i dom mojej matki, uznała, że ma już dość swojej Ameryki i na stare lata chce wrócić do Polski bo tu jeszcze wnuczki i prawnuki są i stworzą jedną wielką szczęśliwą rodzinę,bo to "dzieci córki" a nie wyrodnego syna, co ją z domu wygnywał.Wyganiał.
 I wróciła.

CDN...

poniedziałek, 18 listopada 2013

Zakochana idiotka czyli listy z urzędów -cz.IV ostatnia

LISTY Z URZĘDÓW


Bardzo długo walczyłam żeby nie polec. Kiedy mążaktualnietrzeźwy był uprzejmy zaginąć na pół roku, zostawiając mnie samą z tysiącem złotych netto na miesiąc, napisałam do banków o zmniejszenie rat. Banki poszły na "rękę", nie dojadłam ale płaciłam. Rachunki rzecz święta i nie podlegająca dyskusji. W jakiejś swojej durnocie nie sprzedawałam bardzo długo różnej maści narzędzi należących do mężamegoaktualnietrzeźwego, co było głupim pomysłem, bo te najlepsze zostały ukradzione podczas kolejnego włamania, które przytrafiło się jako prezent od zajączka wielkanocnego po raz drugi. W związku z tym, że nie lałam łez rozpaczy, prowadzący sprawę policjanci, uznali że sama sfingowałam włamanie. Jasne, wzięłam się i okradłam.
W maju 2012 r. powrócił  z zagranicy mąż marnotrawny i przywiózł trochę gotówki. Tak więc ostatnie raty moich kredycików zapłaciłam w czerwcu. Nie powiem mążaktualnietrzeźwy wyglądało,że się ogarnął, zaczął myśleć i postanowił, że nie będzie szarpał się z siostrą i córką, tylko przepisze im włości, a w zamian za to niech mu dadzą grosz na wyjazd, bo za granicą ma pracę. Początkowo siostra zgodziła się. Sprzedaliśmy wszystko co się dało sprzedać, inne zostało spakowane, dom wynajęty obcym ludziom...
I znów bęc, siostra stwierdziła, że na tę chwilę da mu 2.000 zł. Niech podpisze darowiznę, to mu później doda umówioną kwotę. Mąż jej na to, że jak da to wtedy podpisze, ona że teraz nie ma i nie wie, kiedy będzie miała... Stanęło na tym, że sprzedajemy dom. I byli kupcy. Przeszkadzali im tylko lokatorzy w domu i kolejny komornik, bo pełnomocnik siostry (ten sam co córki) zaniosła  mu w zębach wyrok.
I tak przez trzy miesiące my mieszkaliśmy w warsztacie a w naszym domu obcy ludzie. Można ich było oczywiście wyrzucić, bo umowę najmu podpisała z nimi siostra, oni zaczęli coś tam remontować w zamian za niepłacenie czynszu przez czas jakiś, ale bo zawsze jest jakieś ale, mieli trzyletnie bliźniaczki, jedna z dziecięcym porażeniem mózgowym. Mus było zacisnąć zęby i przeczekać.Przeczekaliśmy i był to najlepszy czas w naszym małżeństwie, mąż zaczął pracować, ja mu pomagałam i jakoś wiązaliśmy koniec z końcem.
Pierwszy list od komornika przyszedł w październiku. Co prawda po paru miesiącach umorzył postępowanie, bo nie było z czego egzekucji prowadzić, niemniej jednak wiedziałam, że będą następne.
Sława mężamegoaktualnietrzeźwgo w zakresie wykonywanych robót rozeszła się po okolicy. Pojawił się lokalny "bizmesmen", przyjaciel i bogobojny niezwykle człowiek. Znałam go z własnego wesela. Taki ach niepijący, ach niepalący, ach świątobliwy. Misjonarz wręcz pięknie mówiący o stwórcy i ach żyjący według przykazań. Zaproponował mężowimemualtualnietrzeźwemu spółkę.  Zgodziliśmy się i to był kolejny zjazd w dół. Cudem przetrwaliśmy zimę, bo facet cykał po 50 zł co kilka dni i właściwie do dziś nie oddał sporej kwoty. Ale widać "święci" tak mają. To był świetny pretekst dla mojego męża, co by sobie cyk piweczko łyknąć. Tak po malusiu łykał do lutego, zapił, wytrzeźwiał, zmienił pracodawcę na siebie samego, znów zaczął zarabiać jak człowiek, pozapłacaliśmy zaległe rachunki i pod koniec czerwca znów cyk piweczko, i tak z przerwami aż do zeszłego piątku, bo znów zrobił przerwę... . Człowiek u którego teraz pracuje, co jakiś czas jeździ z nim do sklepu i robi zakupy.... Więc mam co jeść ale co mi z tego. Wolałabym robić sama zakupy, bo wiadomo jakie zrobią faceci ma dodatek według wskazówek innego:/
A w zeszły czwartek odebrałam listy: z sądu tak długo oczekiwany ale wciąż bez terminu sprawy, tylko uzupełnienie braków formalnych*, od komornika, że zajmuje mi całość wynagrodzenia z tego miesiąca i wszystkie przyszłe oraz  telefon z Intrum Justitia. Pani pracująca w tej firmie przerobiła mnie na szmaty, ma talent kobieta nie powiem, wydawało mi się, że pomimo tego że jestem niewypłacalnym dłużnikiem, to wciąż pozostaję człowiekiem. Nic bardziej mylnego.Moje i tak niskie mniemanie o sobie, zostało rozmazane po podłodze. Niestety jest to kolejna cena, którą muszę zapłacić za swoją głupotę.

I tak właśnie wygląda moje spełnione marzenie o domku z ogródkiem.


* ale za to moja sprawa ma już swój nr I C 974/13 :-)



niedziela, 17 listopada 2013

Zakochana idiotka czyli listy z urzędów cz.III

Anko Wrocławianko -moja historia nie jest typowa - jest podręcznikowa. Podręcznik nosi tytuł:
Jak się dać wyrolować na własne życzenie albo coś w tym stylu.

IDIOTKI ciąg dalszy.

Cofnijmy się w czasie. W grudniu 2008 r tzw."ukochany" otwiera działalność gospodarczą. Jest jedynym na tym terenie sztukaterem, więc jest szansa że będą zlecenia. Choroba teściowej krzyżuje cokolwiek plany, bo on zostaje w domu w charakterze opiekunki, niemniej jednak po jej śmierci pojawiają się zlecenia.
Tzw. "ukochany" w maju bierze kredyt obrotowy na firmę, celem zakupu różnych takich do wyrobu forem odlewniczych i informuje mnie o tym fakcie, gdzieś koło końca czerwca. Wnerwiło mnie to, ale znów padło hasło o sprzedaży działek i szybkiej spłacie, więc się odczepiłam. Nagle zlecenia urywają. Jest na to z tysiąc wymówek oprócz najważniej i jedynej, a mianowicie on przecież rozpacza po śmierci matki i cierpiąc bardzo, leczy duszne rany napojami piwnymi. Ja o tym nie wiem, bo przecież znów się szkolę, zjeżdżając do domu tylko na weekendy.Wtedy jest cisza i spokój, nic się nie dzieje. Zlecenia urwały się z powodu niechęci do pracy tzw."ukochanego", o czym poinformował mnie a początku tego roku, kiedy przyznał że jest alkoholikiem i kiedy pije to nie chce mu się pracować. Oczywista oczywistość. Ale do brzegu.
Wracam po trzech miesiącach szkolenia i coś mi nie pasuje, ale nie mam czasu zastanowić się nad tym, bo w firmie szaleje nowa miotła, pracy mam po uszy a 4 sierpnia leci na bruk 29 dyrektorów oraz niektórzy podlegli im kierownicy, którzy nie są w typie nowych. Dyrektorów. Czyli np.ja.
Mamy więc listopad 2009 r. Mój ślub a po ślubie już mążaktualnieśredniotrzeźwy opija zmianę stanu cywilnego. Tak opija i opija, że mam wrażenie że do dziś nie przestał.
W styczniu 2010 r. kupiec nr 3 zadatkuje kupno działki nr 3. Matka córki meżamegośredniotrzeźwego
za pośrednictwo w/w czynności życzy sobie gratyfikacji w wysokości najpierw 3.000 zł a dwa dni później 2.100. Oczywiście w zamian za wycofanie zabezpieczenia komorniczego. Trafia mnie już nagły szlag i każę temu... hmm mężowi brać od baby potwierdzenia, bo do końca życia będzie jej płacił. Ten jeden raz mnie posłuchał. Te inne razy już nie. Klient nr cały czas płacił w drobnych ratach, które to drobne raty wyciągała matka córki, w zamian za informacje na temat działań siostry męża, działającej na szkodę brata swego oraz oczywiście zdjęcie zabezpieczenia komorniczego. Oczywiście żadna z tych wpłat nie była zgłaszana komornikowi. Mniej wiecej w tym samym czasie siostra meżamegośredniotrzexwego wchodzi dokonuje wpisu na hipotece, bo zakłada sprawę o zachowek. Czyli nic już sprzedać nie można. Ostatnim dużym strzałem w stopę, który dobrowolnie sobie oddałam było podpisanie weksla na kredyt obrotowy na firmę, przy przedłużaniu umowy, który w jakimś amoku jako żona podpisałam, ze strachu, że każą zwracać zaraznatentychmiast. Kiedy już to zrobiłam, dotarło do mnie, że podpisałam na siebie wyrok dożywocia.
Kiedy tak sobie czytam to co piszę, zdumiewa mnie idiotyzm mego postępowania. Na palcach jednej reki mogę policzyć ilość wziętych kredytów przez całe swoje wcześniejsze życie - na CB radio dla pierwszego męża taksówkarza, na zmywarkę i mini wieżę dla siebie, komputer dla dziecka, kredyt odnawialny z pierwszym mężem na spółkę w celu zakupu samochodu na taksówkę, który (ten kredyt) krwi mi napsuł jak nie wiem co. Jeśli nie miałam pieniędzy - nie kupowałam. Co we mnie wstąpiło, nie wiem - chyba ta wielka laf, co mi rozum odebrała.


* gwiazdeczka z pierwszej części Idiotki przy kredyciku nr 1- widzę pozytyw w tej całej sytuacji.
Z całą pewnością żadnego kredytu przez długie lata nie wezmę, bo mi go nikt nie da. Nawet gdybym bardzo ale to bardzo chciała. Ha Ha :-(

piątek, 15 listopada 2013

Zakochana idiotka czyli listy z urzędów - cz. II


IDIOTKA (dużo tego wyjdzie-znów muszę podzielić) - I

Mamy rok 2009. Teściowa niedomaga coraz bardziej, więc razem ekhm, ekhm ukochanym ustaliliśmy, że on zajmuje się swoją mamą pozostając w domu, ja pracuję zawodowo bo zarabiam dobrze, a tu dla kobiet z pracą ciężko, o godziwym wynagrodzeniu nie wspominając. Do domu wracałam bardzo późnym wieczorem, ugotowałam to co teściowa lubiła najbardziej oraz coś dla nas i myk do spania. Tzw." ukochany"
solennie bladym świtem czyli o 5.30 odwoził mnie do pracy, przywoził po 20, czasem kiedy była taka potrzeba zawoził w środku nocy żebym mogła sprawdzić, co znów włączyło alarm. Aha i kawę do łóżka codziennie rano miałam podaną oraz na pęczki "moich księżniczek" i tym podobnych nazwań też miałam do upojenia. Ogólnie czułam się mocno rozpieszczana i pomyślałam, że w końcu jakieś marzenia mi się spełniły:
domek z ogródkiem i obok ktoś, dla kogo jestem najważniejsza na świecie...
Pierwszy kredycik* wzięłam w marcu 2009 r. Zrobiliśmy kanalizację,nowa instalację elektryczną, siłę do domu i do warsztatu, przepływowy podgrzewacz wody na lato (żebym cały czas miała ciepłą wodę), wyrzuciliśmy stary piecyk z domu i pociągnęliśmy rury od kotłowni, żeby jednym piecem ogrzewać warsztat i dom. Wszelkie zmiany remontowe działy się już po śmierci teściowej, bo odeszła do lepszego świata w Wielki Piątek. Nie wiedziałam że ryż na mleku może dać satysfakcję, ale dał mi ogromną, bo to była ostatnia rzecz, którą dla niej zrobiłam.
 Kredycik nr 1 trzeba to dodać wzięłam bez obaw - przecież ukochany został posiadaczem trzech sporych działek budowlanych oraz siedliska. Sprzeda się działkę, kredycik będzie spłacony.
Po śmierci teściowej do akcji wkracza córka mego "ukochanego" wraz ze swą rodzicielką. Poprzez komornika domagają się zwrotu zaległych alimentów w kwocie uwaga: 74.000 zł . Zatkało mnie. Jakie zaległe, skoro będąc ze mną cały czas płacił? Znaczy się pieniądze zarabiał kiedy teściowa miała dializy. Tzw." ukochany" poleciał do komornika i po złożeniu pierdyliona wyjaśnień, kwota zaległości zeszła do niespełna 40.000. Wiem, że teściowa miała pocztowe dowody wpłat, bo mi je pokazywała ale dowody te w cudowny sposób zniknęły, podobnie jak wiele innych ważnych dokumentów. A że siostra "ukochanego" kiedy jeszcze przychodziła do matki twierdziła, że zgubiła klucze od domu, to wydaje się być oczywistym określenie sprawcy "cudownego" zniknięcia. Działalność siostry tzw."ukochanego" w kwestii współdziałania ze swą bratanicą rozwinie się bardzo w terminie późniejszym. Na ten czas mamy dług, komornika i wpis do księgi wieczystej. Mamy też kupca na działkę nr 1. Ja w tym czasie przebywałam na szkoleniu w stolycy przez całe trzy miesiące. Właśnie wtedy tzw."ukochany " zaczyna popijać, nie za często ale jak podaje, z rozpaczy po śmierci matki. Łykam to jak młody pelikan. W między czasie tzw."ukochany" będąc w stanie wskazującym podpisuje oświadczenie pełnomocnikowi swej córki NIE doczytując dokładnie, co tam jest nawypisywane. W zamian za to może sprzedać działkę. Mamy czerwiec. Kupcowi bank wstrzymuje kredyt, do nas zgłasza się umówiony majster od budowy płotu - pożyczam 5.000 od swej matki. Pojawia się kupiec nr 2 na działkę nr 2- matka córki tzw."ukochanego" mówi mu w rozmowie telefonicznej, że dokonają wypisu z księgi, jeśli tzw." ukochany" wpłaci 12.000 na konto córki. Na jego stwierdzenie, ze nie ma takich pieniędzy - tamta mówi, żebym ja wzięła kredyt. I biorę - kredycik nr 2. Żadne czerwone światełko mi się nie zapala, bo czemu miałoby to zrobić? Nadchodzi sierpień -kupiec nr 1 otrzymuje swój kredyt. Pełnomocnik córki, kupiec oraz tzw."ukochany idą do notariusza. Tam pełnomocnik córki żąda, aby pieniądze ze sprzedaży wpłynęły uwaga: na JEJ konto. Nie komornika. Tzw."ukochany" nie widzi podstępu żadnego i po konsultacji ze swoim prawnikiem, wyraża na wszystko zgodę. Pieniędzy nie widzimy wcale. W październiku pismem do komornika pełnomocnik córki informuje go o wpłacie 24.336 zł na poczet zadłużenia alimentacyjnego? Jakie 24.336 skoro za działkę było 52.000? Prawnik tzw."ukochanego" sprawdza co się da i mówi, że nie wie dlaczego, pisze dziwne pisma do sądów, sądy odrzucają... Czas płynie.Odsetki lecą. Kredyciki trzeba spłacać. We wrześniu klient nr 2 daje zaliczkę na poczet sprzedaży działki nr 2. W październiku wylatuję z pracy, tej z dobrymi zarobkami. W listopadzie odbiera mi rozum całkowicie i biorę ślub. To był pierwszy i ostatni raz kiedy rodzina i prawie wszyscy przyjaciele przyjechali do mnie. Ostatni też raz śmiałam się tak od serca. Pewnie zaczyna działać klątwa mojej babci...

CDN...



środa, 13 listopada 2013

Zakochana idiotka czyli listy z urzędów.

ZAKOCHANA

Kiedyś miałam marzenia. Malutko ich było, bo przecież takie jak ja nie mogą mieć marzeń.*
Właściwie żadne się nie spełniło - po za dwoma. Wymarzyłam sobie domek z ogródkiem na prowincji, dużo miejsca dla psa i kota, zieleń wokół. W tym domku chciałam mieszkać z wyjątkową osobą u boku-z kimś kto mnie będzie kochał i dla którego będę najważniejsza na świecie. W domku miało pachnieć pieczonym ciastem i dobrym jedzonkiem przygotowywanym dla rodziny i przyjaciół. Bo plan był taki, że latem młodsi będą spać pod namiotem, ciut starsi w pokoiku na stryszku,a ci całkiem dorośli w pokoju gościnnym.
Miało być jak u Klarki Mrozek, Anki Wrocławianki i Wsóweczki:-). Takie tam marzenie. Już wiem, że się nie spełni.
Na początku 2008 roku poznałam sympatycznego mężczyznę. Był miły, kochany, sympatyczny, zaradny, inteligentny, błyskotliwy i co tam jeszcze sobie pozytywnego wymyślicie, to właśnie taki był.Coś mnie lekko w duszy uwierało w związku z nim, ale pomyślałam, że się czepiam. I miał domek z ogródkiem, gdzieś tam daleko. Codziennie rano budził mnie na dzień dobry. Popołudnia spędzaliśmy na skypie. Przyjeżdżał do mnie co dwa tygodnie i za każdym razem rozstania były coraz trudniejsze. W końcu powiedział, że czas zdecydować-jeśli chcemy być razem muszę przyjechać do niego. On ma chorą matkę, której nie zostawi a związki na odległość na dłuższą metę nie wychodzą. Po za tym zbliża się zima, trzeba palić w piecu. Mama sobie nie poradzi a na siostrę nie ma co liczyć. Przyjechałam do niego. Było ciężko dogadać się z teściową, ale on potrafił tak pokierować sprawami, że żadna z nas nie czuła się odrzucona.A to rzadka umiejętność.Problem stanowiła jego siostra, która buntowała matkę przeciwko mnie ale i to udało się zmienić. Jego matka zrozumiała, że z naszej strony będzie miała troskę i opiekę, a z mojej- służbę domową.
I naprawdę była chora- trzy razy w tygodniu dializy i na dodatek miała woreczek stomijny. Postępująca choroba nerek sprawiała, że była coraz mniej sprawna. Zajmował się matką jak najlepsza pielęgniarka: mył, oklepywał, zmieniał pampersy, a kiedy sama nie mogła już tego robić-wymieniał woreczki.
 Chciałabym móc napisać, że żyłam sobie jak w bajce ale... Ale było to ale. Teściowa od wielu lat handlowała lewym alkoholem. Różne mety ludzkie przychodziły dniami i nocami na zakupy. Kiedy warknęłam raz na sikającego na podwórku żula, usłyszałam, że to klient i mam być grzeczna. Zatkało mnie. Jakie miła, jakie grzeczna?
Zostało mi wyjaśnione, że takich "sklepików" jest w okolicy sporo i trzeba uważać, że klienty nie odeszły.
Byłam w szoku. W międzyczasie znalazłam pracę i wyjechałam na szkolenie. Przed wyjazdem zapowiedziałam memu miłemu, że jak wrócę, monopolowy ma być zlikwidowany. Albo nie wrócę.
Już wtedy powinnam stąd uciekać, ale jako zakochana idiotka nie zrobiłam tego, przecież on taki kochany był... Zgodnie z moim żądaniem handelek zakończono. W domku zrobiło się cicho i spokojnie, do teściowej dotarło, że ja jej nie wróg, swojej córce powiedziała, że ja jestem lepsza i żeby przestała przyjeżdżać i mi dokuczać-słowem zrobiło się normalnie. Gdzieś tak na początku grudnia zaczęła podpytywać, czy aby na pewno zostanę z jej synem. Byłam tymi pytaniami cokolwiek zaskoczona ale potwierdziłam, że owszem zostanę. I wtedy padła propozycja, że ona to wszystko co ma, zapisze na mnie. Jakie na mnie? Przecież ma syna i córkę!. Pomysł w swej istocie wyśmienity, został jej wypersfadowany przez wysokość opłat notarialnych, bo w końcu obcą osobą dla niej byłam. W związku z powyższym cały swój majątek przepisała darowizną na swego syna. Na niewinne pytanie o córkę, odpowiedziała, że córka swoje już od niej dostała, a po za tym, to my się nią opiekujemy, więc nam się należy.Na zakończenie śpieszę donieść, że córka matki nie odwiedziła przez ponad pół roku, ani razu nie była u niej w szpitalu, a kiedy ją zawiadomiliśmy, że być może nadchodzi czas pożegnania, przyjechała dopiero na pogrzeb. W tym miejscu kończy się geneza ZAKOCHANEJ. W następnej części narodzi się IDIOTKA.

                                                   
*Dziś uważam inaczej. Nie zmienia to faktu, że marzeń już nie mam.

sobota, 9 listopada 2013

Trzy dziewczynki.

To było upalne wczesno-wiosenne popołudnie 1974 r. Trzy małe dziewczynki uczennice pierwszej klasy szkoły podstawowej jak tysiące innych dzieci poszły na lekcje religii na pobliską plebanię. Tak się szczęśliwie złożyło, że będąc koleżankami w szkole, były też nimi na lekcjach religii, bo dawno, dawno temu takie lekcje nie odbywały się w szkołach i w związku z miało się różne koleżanki i kolegów, niekoniecznie z własnej klasy i szkoły.Malutka wówczas plebania podzielona była na dwie części- na dole były salki katechetyczne, na górze mieszkali niektórzy księża.
Trzy małe dziewczynki ubrane były zgodnie z temperaturą na dworze:
Najstarsza w ulubioną plisowaną granatowo- czerwoną spódniczkę, czerwoną bluzeczkę i czerwone podkolanówki, Młodsza w zieloną spódniczkę, białą bluzeczkę i białe podkolanówki, Najmłodsza sześciolatka, którą rodzice posłali rok wcześniej do szkoły miała na sobie śliczną "zagraniczną" biało-granatową sukieneczkę z czerwonym paseczkiem.
Trzy dziewczynki miały różne domy: Najstarsza mieszkała z siostrą i pijącą, ekhm, ekhm samotną matką,
 Młodsza z siostrą i bardzo surowymi rodzicami,
 Najmłodsza miała tzw. w tamtych czasach" inteligencki" dom, którego bardzo zazdrościły jej dwie starsze koleżanki. Najmłodsza nie mogła zapraszać koleżanek do domu, ale czasem udawało się im stanąć w progu tego niezwykłego mieszkania i z zachwytem w oczach chłonąć panujące tam Piękno, Miłość, Dobroć, Kulturę i Dobre Wychowanie. Trzy dziewczynki często bawiły się na klatce schodowej tuż przy tym Wyjątkowym Domu, bo jakoś tak było im tam najlepiej.
Tego wiosennego popołudnia, na lekcji religii Trzy Dziewczynki były wyjątkowo grzeczne. Nie rozmawiały o swych dziecięcych sprawach, nie chichotały i nie przeszkadzały pani katechetce w prowadzeniu lekcji.
W nagrodę spotkało ich coś wspaniałego - pani katechetka poprosiła je, aby coś jej przyniosły z góry z mieszkania księdza o ptasim nazwisku. Dumne jak nie wiem co i odprowadzane wzrokiem zazdrosnych kolegów i koleżanek udały się w owiane tajemnicą miejsce na pięterku. Z tego co wiedziały, żadne ze znanych im dzieci nigdy nie było w mieszkaniu księdza. Ba nie było nawet za drzwiami prowadzącymi na pięterko!
Już na korytarzu okazało się, że nie ma tam żadnych tajemnic. Zwyczajny korytarz, zwyczajny pokój.
Nieco zawiedzione Trzy Dziewczynki wyrecytowały prośbę pani katechetki. Ksiądz o ptasim nazwisku spełnił jej prośbę, po czym zapytał, czy Trzy Dziewczynki nie chciałyby dostać obrazka z Janem Bosko, patronem dzieci i młodzieży. No pewnie że chciały! Przecież taki obrazek bez okazji to gratka nie lada.!
Wklejało się go do zeszytu od religii, ozdabiało szlaczkami i wzorkami- był to bez mała przedmiot kultu.
Ksiądz o ptasim nazwisku polecił  Dziewczynkom zbliżyć się do siebie. Zanim wręczył obrazek, każdej z osobna Dziewczynce wsadził łapsko w majtki i gładził chwilę po gołej pupie, zaciskając po chwili na niej dłoń. Dziecięce buzie bladły i czerwieniały na przemian. Zgasł na nich uśmiech.
Trzy Smutne Dziewczynki wróciły grzecznie na lekcję religii, oddały pani katechetce to, co przyniosły a na pytania koleżanek i kolegów "jak było", burkliwie odpowiadały "jak chcesz, to sama idź zobacz".
Trzy Dziewczynki nigdy ze sobą o tym nie rozmawiały i nikomu o tym nie opowiedziały. Obrazka nie wkleiły do zeszytu.Po skończeniu podstawówki drogi Trzech Dziewczynek rozeszły się na wiele lat.
     Najstarsza z Młodszą spotkały się ponownie, kiedy obie były już mamami. Spotykały się często, bo sympatia którą czuły do siebie w szkole przetrwała i dobrze im się razem spędzało czas. Pewnego poniedziałkowego, jesiennego popołudnia wcześniej wróciły ze spaceru do domu. Na dworze zrobiło się paskudnie i bały się, żeby nie przewiało dzieci. Młodsza zrobiła podwieczorek dla małych i kawę dla dużych. Włączyły telewizor i oniemiały ! W popołudniowym programie występował ksiądz o ptasim nazwisku. Był ulubieńcem zebranej w studiu młodzieży. Dwie dorosłe już Dziewczynki przez dłuższą chwilę nic nie mówiły, potem popatrzyły na siebie i Najstarsza cichutko zapytała Młodszą: "Pamiętasz?". "Pamiętam" odpowiedziała Młodsza," tylko cały czas myślałam, że sobie to zmyśliłam". Dwie dorosłe Dziewczynki postanowiły odszukać tę Trzecią -Najmłodszą. Troszkę to trwało, bo Najmłodsza jeździła po świecie zdobywając wiedzę. Dziś jest znanym lekarzem i konsultantem jednego ze szpitali w GB. Ale to nic dziwnego skoro wychowywała się w takim Wyjątkowym Domu. Przepytana wprost na okoliczność wydarzenia, potwierdziła, że tak pamięta, i że też myślała, że sobie to zmyśliła.
Najstarsza Dziewczynka nie wie, co zapamiętały jej młodsze koleżanki. Sam dotyk wymazała z pamięci, ale
czasem widzi we wspomnieniach wyraźne kolory dziewczęcych ubranek i męską dłoń zaciskającą się na nagich pupach jej koleżanek.

wtorek, 5 listopada 2013

Dlaczego Kopciuszek nie poszedł na bal:D

Całkowicie nie związany z klątwą, amerykański watek kopciuszkowy ze specjalną dedykacją dla Anki Gurowianki (Wrocławianki), która ostatnio narzekała, że za szybko zamykam wątki:-).
Otóż poleciawszy i doleciawszy do mitycznej Ameryki, uznałam że skoro zostałam zaproszona, zostały pokryte wszelakie koszty związane z wizą, samolotem, trzcinką na dziecko oraz paliwem na wycieczkę poglądową*, należy pomóc babci w czymkolwiek sobie zażyczy z wyłączeniem uboju i rozbioru mięsa, które to czynności wg mojej matki nagminnie były wykonywane podczas jej pobytu, na wyraźne polecenie babci. Babcia była cokolwiek zdziwiona tą opowieścią, niemniej jednak hodowała krowy mleczne i mięsne,
kurki liliputki na jednoosobowe porcje pieczeniowe, świnki na bekonik i inne takie, robiła masełko, piekła chleb, sadziła, zbierała i wekowała różne płody rolne, słowem miała gospodarkę jak się patrzy, czyli opcja uboju i rozbioru była jak najbardziej mozliwa. I pracowała zawodowo, biorąc często "owertajmy" celem dorobienia. Co by o babci nie napisać, była osobą niezwykle pracowitą. Ale do brzegu. Zaproponowawszy swą pomoc w obowiązkach gospodarskich z wyłączeniem uboju i rozbioru, otrzymałam zadanie godne Kopciuszka - w czterech wielkich, plastikowych skrzyniach znajdowały się ziemniaki, które należało posegregować na dwie kupki w rozmiarach mały i duży.Małe miały być do posadzenia, duże do zjedzenia. Nic trudnego mogłoby się wydawać. Pomyślałam, że tak ze trzy godzinki na tej pracy mi zejdzie. Bułka z masłem :-). Dla jasności: moja wiedza w zakresie ziemniaków dziś jest dokładnie taka sama, jak 26 lat temu. Tzn. rozróżniam stare od młodych, czyste od brudnych, kiełkujące od niekiełkujących. Wszelkie odmiany znajdujące się w sklepach rozróżniam po napisach. Li i jedynie:-).
Zatem dziarsko zasiadłam do pracy. I na dzień dobry zagwozdka: które to małe, a które duże?. Ziemniaki w skrzyniach były tycie, maleńkie i malutkie. Dużych w moim pojęciu było jakieś 5 szt. Zrobiłam więc tak na wszelki wypadek 4 kupki: z tycimi, maleńkimi, malutkimi i z 5-tką dużych. Podział zajął mi więcej niż planowane 3 godziny, ale że szczęśliwi czasu nie liczą, to nie narzekałam. Taka inna odmiana maku i popiołu to była :D. Dokonawszy segregacji wróciłam do domu celem przygotowania obiadu, bo za punkt honoru poczytywałam sobie, żeby był gotowy na czas, kiedy babcia i p.o.dziadka wracali po pracy. Usłyszałam podjeżdżające samochody. Przygotowałam nakrycia, odlałam ziemniaczki, groszek zielony masełkiem polałam, kurki jednoosobówki na pólmisek wyłożyłam... Babcia z p.o.dziadkiem weszli do domu, p.o.dziadka wyraźnie zmieszany (ale niewstrząśnięty:-) ), babcia zdecydowanie naburmuszona... Coś było nie tak. Ale co?
I wtedy padło zdumiewające pytanie;
Babcia: COŚ TY NAROBIŁA?
Ja: ????????
Babcia: NICZEGO JAK WIDAĆ NIE MOŻNA CI ZLECIĆ!!!
Ja: ?????????
Babcia:  JESTEŚ TAKA SAMA JAK TWOJA MATKA!!!
Ja: ale o co chodzi babciu?
Babcia: O ZIEMNIAKI!!! JAK JE PODZIELIŁAŚ???
Ja: no na cztery kupki, bo według mnie wszystkie były bardzo małe. Nie wiedziałam, które na co, to uznałam, że taki podział będzie najlepszy. Sama zdecydujesz które do czego, bo ja się nie znam. Jak dla mnie to wszystkie do sadzenia.
Babcia: WSZYSTKIE DO WYRZUCENIA!!! NIE WIDZISZ, ŻE MAJĄ PLAMY???? TYLE CZASU ZMARNOWAŁAŚ!!!!. DO NICZEGO JESTEŚ !!!!
I taki właśnie sposób Kopciuszek nie poszedł na bal... :D

* Babcia na jedzenie i smakołyki nie żałowała. Dla mojego dziecka kupowała wszelkie dziecięce spożywcze wynalazki typu serki, jogurciki, przeciery, zupki czyli wszystko to, co w 1989 roku było towarem luksusowym.

Dziękuję Wam to za mało...

Dziękuję za ciepłe słowa, które nie pozwoliły mi zmarznąć,
Dziękuję za propozycje pomocy, które pozwoliły złapać oddech i znów unieść do góry głowę,
Dziękuję za to, że jesteście...

A że prochu nie wymyślę, bo już dawno wynaleziony i nie Chińczyk jestem, to skorzystam z pomocy:

"dziękuję

za gest obecności
zza ekranu
uśmiechu tło
dziękuję

za myśl pozytywną
wśród łez
bezcennych chwil
dziękuję

za wszystko co jest
odbiciem światła
nadziei i wiary
dziękuję

za odwrócenie
niszczycielskiej fali
mojego okrętu
dziękuję"

suzzi(klik)

sobota, 2 listopada 2013

Znów mam łączność ze światem :-)

Sprzedałam stary telefon, byłam jako "obsługa" na weselu i w związku z tym, będę Was zarzucać swą tfu, tfu, tfurczością, bo zapłaciłam za telefon :D. Oczekujcie... Nadchodzę :D. Chyba nadpiszę czy cuś...
Łerewer jak mawiał mój wujek :D

środa, 23 października 2013

Wizyta w MOPS

Jakieś 2 lata temu odwoziłam hydraulika do domu. Z uwagi na wiek (około 50) i profesję stopień  jego trzeźwości podczas wykonywanej u mnie pracy był zadowalający. Znaczy się trzymał pion.
I tenże majster dokonał zwierzenia dotyczącego zasiłku stałego z MOPS. Ano ów pan pobierał co miesiąc ciut więcej niż 400 zł. Jednocześnie stwierdził, że on nie będzie się wysilał i szukał jakiejkolwiek legalnej pracy u uwagi na ów zasiłek oraz fuchy. Pan w wyniku nadmiernego ochlajstwa stracił zdrówko biedaczek i zasiłek mu sie należał jak psu buda. Siedział na tym zasiłku jak taki paczek w maśle zupełnie nie przejmując się rzeczywistością. Bo i po co. Państwo da i tyle. Jak ta opowieść ma się do mnie? Ano w kacie desperacji przełknąwszy dumę, udałam się do MOPS z prośbą o pomoc. Początkowo pani Pracownik Socjalny ucieszyła się, że przyszłam:" Ależ oczywiście pomożemy, niech się pani nie wstydzi, przecież po to jesteśmy". Poczułam, że kamień spadł mi z serca, jednocześnie obtłukując mi boleśnie palce. Okazało się bowiem, że z mężemswymidiotą nie zaposiadywuję wspólnych dzieci. Pani Pracownikowi Socjalnemu przestało być tak wesoło. Stwierdziła, że pieniędzy żadnych nie może mi dać, bo w tym roku jest to kwota 150 zł/miesiąc, których MOPS i tak nie ma, ale zamiast gotówki da mi talon jako zasiłek celowy,żeby "zabezpieczyć jedzenie". Zgodziłam się. Było mi wszystko jedno czy talon czy gotówka, bylebyśmy z Reksinkiem mieli co jeść.  Spisano protokół z rozmowy. Pani Pracownik Socjalny umówiła się ze mną na oględziny domostwa. Ok rozumiem, musi sprawdzić, czy to co mówię to prawda.Ale jak usłyszałam, że Pracownicy Socjalni będą odwiedzać moją rodzinę, celem sprawdzenia w jakich warunkach żyją i czy nie będą mogli wesprzeć wybrakowanej kretynki (mnie) - odpuściłam. Wycofałam podanie.
Wiecie jaka jest wartość tego talonu, co miał mi "zabezpieczyć jedzenie" na miesiąc? Tyle samo ile zasiłku gotówkowego czyli 150 zł. Nie bardzo wiem, jak miałabym wyżyć za takie pieniądze, bo nawet przy mojej przesadnej oszczędności jest to niemożliwe. I poczułam się poniżona. I to sprawdzanie mojej rodziny.
Nie, nie zrobię im tego. I tylko jedna rzecz mnie w tym wszystkim zastanawia - śmierdzący pijus, co sobie bimba całe życie na wszystko dostaje 400 zł. Ja pracowałam uczciwie, płaciłam podatki, po nic nie wyciągałam ręki aż do momentu, kiedy naprawdę jest mi bardzo źle i co dostaję w zamian? Jałmużnę bo inaczej tego nazwać nie mogę. W związku z powyższym Instytucji pt. MOPS bardzo dziękuję. Li i jedynie.


wtorek, 22 października 2013

Same niedobre wiadomości :-((

Zadzwoniłam do Sądu Okręgowego w Ostrołęce, żeby zapytać o czas oczekiwania na wezwanie.
Może jeszcze miesiąc, albo półtora, albo nie wiadomo ile bo tyle jest spraw rozwodowych. Super:-(.
Pacjent przyssany do butelki jak nie przymierzając niemowlę do piersi matki:-(.
Wczoraj drażnił się psem, więc dziś wygląda jakby mu kto przyłożył. Pies długo ostrzegał, żeby go zostawić w spokoju, ale idiota go nie posłuchał. Pies dziabnął go w okolice oka. Super, kolejny powód, żeby nie iść do pracy:-(.
 W mieście oraz pod domem zaczęli mnie nagabywać różni tacy, mocno wyzywając kretyna.
Są wyraźnie wściekli. Zaczynam obawiać się, że w celu dania nauczki kretynowi mogą chcieć mi skopać moje własne siedzonko:-((.
Wczoraj dostałam list od komornika, który zażyczył sobie danych mojego pracodawcy.Więc nawet moje z trudem wydeptane grosiki oraz założenie nowego konta nie pomogą w zdobyciu kasy na powrót do domu:-(.
 A na dodatek za dni kilka zostanie mi odcięty dostęp do świata, bo nie mam na rachunek telefoniczny.
Jest super:-(.
 Bilans ostatnich pięciu lat jest mocno ujemny. Właściwie idąc tokiem myślenia mojego nowego pracodawcy, cała załoga do zwolnienia. Cóż dobrowolnie pozwoliłam się okraść, więc pretensje mogę mieć tylko do siebie. I jest mi zwyczajnie wstyd za siebie. Za to że byłam taką łatwowierną kretynką. Stara a durna. Jeśli nie wyjadę gdzieś tam na roboty, w życiu nie spłacę (nie)mojego zadłużenia. Ale jak mam wyjechać, jeśli moja znajomość języków obcych jest w zasadzie żadna? I tylko dziury w murze robią się coraz głębsze od nieustannego walenia głową. W końcu mam przecież co chciałam -fajnego męża, ciszę i spokój, domek z ogródkiem na prowincji... Ech...

niedziela, 20 października 2013

Rozmowa rekrutacyjna-odsłona druga, czyli jak się pracuje na "śmieciówce"

Ostatnie dni były wyjątkowo paskudne. W ciągu 5-ciu dni zleciałam z wagi 6 kg. Niby fajnie, ale tylko niby.
Złamałam wszystkie możliwe zasady znane mi z terapii, żeby tylko mążwciążpijany poszedł do pracy i zarobił jakiś grosz.I kiedy w portfelu zostało mi tylko 2 zł, a i tak kupowałam jedzonko tylko dla zwierzaka, widok smutnych oczu Reksinka poruszył w nim resztki sumienia i powlókł się do pracy.Zarobił parę groszy, zapłaciłam prąd i zostało cokolwiek na jedzenie. A na dobitkę moja terapeutka uznała,że znów jestem współuzależniona. Super. A ja posunę się do stwierdzenia, że jestem nie tylko współ, ja jestem całkiem uzależniona. Od odrobiny jedzenia codziennie, od zapłacenia rachunków. Łatwo być niezależnym, kiedy ma się pieniążki. Posunęłam się nawet do tego, że schowawszy dumę do kieszeni, poszłam do opieki społecznej. ale to już na inny post, bo to co usłyszałam to zwyczajny skandal.
   
    Szczęśliwie dla mnie znalazłam ogłoszenei o pracę. Rekrutującym była agencja pośrednictwa pracy z "human" w nazwie. Hmm. Powinno być mięso mielone raczej, bo takiego draństwa jeszcze nie spotkałam.
Ale do brzegu. Zadzwoniono do mnie z propozycją spotkania, na które oczywiście zgodziłam się. Jako że byłam po za domem, szczegóły spotkania zostały przesłane mi SMS. Zgodnie z życzeniem pani rekrutującej potwierdziłam obecność smsem zwrotnym i cała uchachana leciałam do koleżanki, coby się pochwalić.
Jakieś 20 min, później otrzymałam kolejnego o odwołaniu spotkania i wyznaczeniu nowego terminu w bliżej nieznanej przyszłości. Cóż... Balonik euforii pękł i zdołowana powlokłam się do domu. Jakiś tydzień później znów zadzwoniło i umówiło się na kolejne spotkanie, solennie przepraszając za poprzednie zamieszanie.
Znów wróciła nadzieja na własny piniądz. Spotkanie miało się odbyć w knajpie odległej od miasta jakieś 3 km, a ode mnie w sumie 4,9 km, co w przeliczeniu na dojście piesze miało zająć mi 1h6min, co skrupulatnie wyliczyła telefoniczna nawigacja .Mądra jest ta nawigacja, widać że nie blondynka:-). Na Niemiłe Panie czekałam 1,5 godziny razem z pięcioma innymi dziewczynami. No cóż przynajmniej się dotleniłam. Niemiłe Panie nie odbierały telefonów, bo i po co miałyby to robić? W końcu jedna z oczekujących dziewczyn dodzwoniła się do Niemiłych Pań i uzyskała informację, że oczekują nas na stacji paliw na drugim końcu miasta, w sumie jakieś 7km od miejsca pierwotnie wyznaczonego. Czyli 1,5 godziny marszu. Na całe szczęście, jedna z  nieszczęśnic miała własne auto i w związku z powyższym zabrała całe zmarznięte towarzystwo na miejsce kolejnego spotkania. Niemiłe Panie tłumacząc przyczyny swego spóźnienia oraz zmianę miejsca spotkania korkami (wiecie,rozumiecie) posadziły nas przy stole celem omówienia warunków pracy i podpisania umowy. Korki za Warszawą na trasie Wyszków-koniec świata, ciekawa rzecz... Niemiłe Panie oznajmiły, ze muszą wymienić całą załogę, bo to złodziejki straszne są. Z resztą jedynym powodem całkowitej wymiany załogi w tej sieci są kradzieże. Sądzę, że i ja będę za krótką chwilę straszną złodziejką. Umowy zostały podpisane z każdą obecną na spotkaniu dziewczyną, bo każda wyraziła chęć pracy. Umowa zlecenie dodam że to jest. Pól etatu za 8 zł/h brutto. Czyli jakieś 540 zł na miesiąc. Max 600 zł. Mnie wzięto na tzw. pierwszy ogień. Pracuję od środy, zasuwam jak za starych dobrych czasów u starej wariatki Marychy - Marycha jest osobną historią, wartą opisania, nieprawdaż Wsóweczko ? :D. Na miejscu okazało się, że kierowniczka sklepu nic nie wie o nowych pracownikach,tudzież o kradzieżach, a pracujące tam dziewczyny zostały wyrzucone na bruk bez słowa wypowiedzenia. Wiem, że i mnie w każdej chwili może spotkać podobny los, bo pozostałe przyjęte są rezerwowymi trzymanymi na wypadek, gdybym zaczęła kraść. Niemiłe Panie nie musiałaby wtedy ponownie przyjeżdżać na to zadoopie, w którym mieszkam. Radość z każdej zarobionej złotówki skutecznie gasi mi wspomnienie łez jednej ze zwolnionych kobiet. Mąż alkoholik, trójka dzieci w szkole i tylko te 540 zł na utrzymanie...

czwartek, 10 października 2013

Klątwa mojej babci cz.II

Czasy prehistoryczne czyli" łagodne" dzieciństwo.

Z opowieści mojej matki na temat jej dzieciństwa wynika koszmarny obraz bitego dziecka, a później utrudnianie życia dorastającej dziewczynie pracami godnymi Kopciuszka. Przykład jaki podawała moja matka to zamazanie umytych wcześniej okien mazią zrobioną z popiołu i wody. Miało to zmotywować moją matkę do większych starań w celu zasłużenia na nagrodę w postaci wyjścia gdzieś tam z braćmi.
Bracia wychodzili, matka "jechała" po oknach, zdrapując zasychającą maź. Ile w tym prawdy - nie wiem.
Weryfikacja była niemożliwa. Babcia rozpytywana na okoliczność najpierw twierdziła, że surowym i karzącym rodzicem być należy, później zaś zmieniona wersja wskazywała na obecność w mojej rodzinie dobrej wróżki. Czyniąc małą dygresję - moim skromnym zdaniem mateczka ma winna być zamknięta w kozie do późnej starości i wypuszczana tylko na popas ciemną nocą. Ale wtedy nie byłoby tej historyjki:D.
     Owe fantastyczne metody wychowawcze były stosowane przez już dorosłą matkę mą, na mojej siostrze i na mnie. Czy wymierzane kary były dokładną kopią tych stosowanych przez babcię, czy też zostały wzbogacone inwencją własną mej matki  - nie wiem. Wiem, że były monotonne. W sposób mało finezyjny, bez fantazji i polotu byłam bita kilka razy w tygodniu szerokim pasem.
Niniejszym temat przemocy niezbędny do dalszej narracji uważam za zakończony.

Wielkopańskość.
Babcia była niezwykle utalentowana. Druty, szydełko, igły, tamborki, maszyna do szycia nie miały dla niej
żadnych tajemnic.Szyła dla ludzi, dla siebie, dla rodziny, robiła fantastyczne wykroje, haftowała, dziergała i co tam jeszcze chcecie. Na przełomie lat 50/60 były to niezwykle cenne umiejętności. Dziś też są.
Później będąc brygadzistką w zakładach tekstylnych stroiła się w kupowane ubrania, oszukując przy tym dziadka. Twierdziła, że to wszystko to stare ubrania, a ona na nic nie ma.I się jej należy. Dużo, Jak najwięcej. Na tym tle powstała rodzinna anegdota. Otóż mój tato, świeżo poślubiony mej matce małżonek dojeżdżał wówczas do pracy do Wrocławia z miasteczka, w którym mieszkali. Przez przypadek zobaczył babcię na zakupach w naszym pięknym mieście.Zaciekawiony patrzył na ilość zakupów dokonywanych przez teściową. Drogich zakupów. Nie pokazał się jej w drodze powrotnej. Po wyjściu z pociągu szedł za nią niezauważony. Korzystając z drugiego wejścia do domu, niezauważona przez nikogo babcia weszła do ciemnego pokoju, przebrała się w swoje codzienne ubrania, po czym przeszła do następnego, opowiadając jak to spędziła dzień na szyciu u klientki. W tym samym czasie mój tata przebrał się w nowe stroje babci i wszedł za nią do pokoju. Czy jako modelka miałby szanse na międzynarodową karierę, nie wiem, ale wiem,że teściowa nie darzyła go sympatią:-).Był w tamtym czasie jedyną osobą, która nie poddawała się dyktatowi babci, która nie znosiła żadnego nawet najmniejszego sprzeciwu. Miało być tak jak powiedziała, inaczej delikwent ponosił straszliwe konsekwencje.
Temat rozkazywania,nakazywania i wydawania instrukcji do natychmiastowego wykonania niezbędny do dalszej narracji uważam za zakończony :-). CDN...

środa, 9 października 2013

Klątwa mojej babci cz. I

Złapałam oddech. Nie można wciąż żyć koszmarem. Powszednieje.
W związku z ostatnim wyczynem aktualniezdychającegoidioty, przypomniało mi się, co parę lat temu powiedziała moja siostra o naszej babci.

Babcia H. w mojej dziecięcej pamięci zapisała się tylko jednym wydarzeniem, a mianowicie spożyciem nadmiernej ilości sałatki warzywnej i zaleganiem w terminie późniejszym ze zwisającym brzuchem na wersalce. Rzecz miała się w święta wielkanocne, prawdopodobnie przed wyjazdem mojej babci do wymarzonej Ameryki. Miałam wtedy 5 lat.
Babcia H. swą miłość matczyną sprawiedliwie podzieliła w ilości po 45% na  każdego z dwóch synów i 10% na jedyną córkę, moją matkę. Tak to przynajmniej wyglądało w opowieściach mojej matki i w moim odczuciu było w tym nieco prawdy. Babcia była osobą niezwykle despotyczną, ze skłonnością do wielkopaństwa. Taka mieszanka tworzy niestety osobę okrutną, o czym dane mi było przekonać się będąc osobą dorosłą. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Czas płynął. Babcia H. z chłopskim uporem dorabiała się majątku w wymarzonej Ameryce. Pracowała niezwykle ciężko i w końcu spełniła swój amerikandrim. Uznała, że nadszedł czas, aby pomóc swoim dzieciom w Polsce. Zaczęły napływać amerykańskie paczki. Inne do nas, inne do wujka i jego rodziny. Dla wujka, jego żony i dzieci nowiutkie ubrania ze sklepu, słodycze,zabawki, dla nas ubrania ze zbiórek. Wiemy o tym tylko dlatego, że kiedyś babcia pomyliła paczki i do nas trafiła ta przeznaczona dla wujka.
Być może właśnie dlatego jesteśmy tak bardzo pomysłowe w tworzeniu różnych rzeczy z tego co jest aktualnie dostępne, przy czym mojej siostrze nie dorastam nawet do pięt (klik) :-).
   Pierwsza do Ameryki wyjechała moja matka, potem wujek z rodziną, który został na stałe.
Matka jeździła tam parokrotnie. To co wyprawiała, było owiane tajemnicą do czasu , kiedy do Ameryki pojechałam ja z malutkim synkiem. Dość długo babcia mnie obserwowała. Wpadała do domu o różnych porach dnia tak jakby mnie sprawdzała. Posiedziała przez chwilę, po czym wracała do pracy, by znów powrócić o innej niż zapowiedziała godzinie. Dziwiło mnie takie zachowanie, ale przecież zupełnie jej nie znałam. Jak później wyjaśniła, chciała sprawdzić jaką jestem osobą, bo za swoja córkę, a moją matkę musiała bardzo się wstydzić. Potem uznała,że należy pomóc mi w wychowaniu mojego dziecka, bo zupełnie sobie z tym nie radzę. Proponowaną metodą było jednokrotne uderzenie trzcinką, tak aby karany delikwent posiusiał się z bólu. Wtedy z całkowitą pewnością zapamięta, czego ma nie robić. Osoba na której miałam stosować te wypraktykowane wspaniałe metody, liczyła sobie nieco ponad dwa latka...
Jako atrybut wielkopańskości babcia posiadała szafy pełne poliestrowych kostiumów, bluzek, sukienek, sztucznych futer na różne okazje, butów z 50 par i niezmierzone zasoby sztucznej,bardzo błyszczącej biżuterii.
Czasem będąc w dobrym humorze groziła mi, że jak się będę porządnie prowadzić, to całe te niezmierzone dobra zapisze mi  w spadku... Uwierzcie, że pokusa zejścia na złą drogę była bardzo silna :D. A w celach edukacyjnych w pewną mroźną, słoneczną niedzielę zostałam zabrana na wycieczkę poglądowo-wychowawczą śladami mojej matki... CDN



niedziela, 6 października 2013

Matrix

Nie wiem, kiedy będzie mi wesoło. Staram się ze wszystkich sił, ale...Wczoraj wyszłam na kilka godzin z domu, bo myślałam,że się uduszę. Zgodnie z zasadami terapii nie odbierałam telefonu od drania. A dzwonił bez przerwy. Myślałam jak głupia, że skoro zobaczył, że mnie nie ma a zawsze jestem, coś tam zaświta w pustym łbie. Nic bardziej mylnego! Dzwonił żeby sprawdzić, kiedy wrócę.Wróciłam i to co zobaczyłam przerosło mnie.
W domu chlew, a w moim łóżku jedynym jakie posiadamy, śpi razem z tym ochlajem obcy żul. Klasyk melina. Piznęłam żula kluczami przez łeb, wezwałam policję...
     Co ja zrobiłam z własnym życiem? To się nie dzieje naprawdę, to jest jakiś równoległy świat, to Matrix...:-(((
     3 sierpnia 2008 roku byłam jeszcze szczęśliwą kobietą. Miałam własny dom, pracę którą lubiłam, czystą historię kredytową i co najważniejsze kochających ludzi wokół siebie. Byłam pełna nadziei na przyszłość, którą widziałam w kolorowych barwach. Moja dzisiejsza rzeczywistość to brak pracy, środków do życia, wpis do BIK, komornik, zablokowane konta, walające się po podłodze butelki i szklanki, rozdeptane jedzenie, najbliżsi i ukochani tak daleko, pozostawieni w innym lepszym świecie, który opuściłam dobrowolnie i bez przymusu 4 sierpnia 2008 roku, zatrzaskując za sobą drzwi samochodu jadącego w kierunku tego przeklętego miejsca.

piątek, 4 października 2013

Nic nie dotarło

Obiecałam coś śmiesznego o Reksiu na dziś, ale nie dam rady. Innym razem. Wczoraj wieczorem poooooszły konie po betonie, i tak sobie latały noc całą, którą znów mam nieprzespaną. W tej chwili mam w łóżku śmierdzące, napite zwłoki, które na szczęście zamknęły dziamgolącą  paszczę. Jeśli zwłokimężamego zaczną wołać o pomoc, a zaczną bo jakże by nie, wyjdę z domu.
Wciąż mnie zastanawia, a próbowałam to wielokrotnie wyjaśnić we właściwej instytucji, mianowicie w komendzie powiatowej, jak to jest, że oni wiedzą, kto i gdzie handluje wynalazkami, wiedzą, że okoliczni nałogowcy umierają od tego i nic z tym faktem nie robią? Jakoś nie słyszę o nalotach na tych handlarzy.
W centrum miasta funkcjonuje wręcz hurtownik. Sprzedaje ten syf, "ruskie" papierosy, narkotyki.
Tak bardzo jest znany, że nawet ja o nim wiem. Zwłokimężamego zaopatrują się u brata tegoż hurtownika.
Ich siostra też handluje. Po mamusi to mają. Taki można powiedzieć rodzinny interes. Kiedy rozmawiałam z miłą funkcjonariuszką policji o tej ważkiej kwestii, usłyszałam, że policja robi "naloty", rekwiruje to co znajdą, URZĄD CELNY (dlaczego oni?) wylicza wartość wynalazku i delikwent kwotę w granicach 1500 zł zanosi w zębach do Urzędu Skarbowego. Zatkało mnie. Bo jeśli mamy tak idiotyczne prawo, to po jakie licho tzw.Państwo Polskie poluje na przemytników," zapominając" o sprzedawcach i  nie zwalcza ostro własnej "konkurencji"? Dzielnicowy, którego bardzo chciałam poznać osobiście, nawet na dyżurze jest dla mnie niedostępny i pomimo wielokrotnie zostawianego nr telefonu z prośbą o kontakt, nigdy nie oddzwonił.
Boi się mnie? Czy ewidentnie lekceważy z jakiegoś powodu? Nie wiem.
  Kolejną sprawą o której nie miałam bladego pojęcia i przyznam szczerze mogłam żyć bez tej wiedzy,
jest informacja o tym dlaczego leczenie alkoholizmu i współuzależnienia jest w Państwie Polskim bezpłatne.
Wiecie dlaczego? Ano dlatego, że WSZYSCY jak jeden mąż płacimy na to. W doliczonej do napojów alkoholowych akcyzie. W zezwoleniu uiszczanym przez sprzedawców na konto urzędu gminy a wysokość tej kwoty jest zależna od wysokości obrotu tymi towarami. To olbrzymie pieniądze. Jedne z większych kwot, które wpływają do ogólnej państwowej skarpety. Dziurawej bardzo. Dlatego nie rozumiem tego cichego przyzwolenia na pokątny handelek. Dlaczego tzw. Państwo Polskie nic nie robi z uciekającymi od niego grosikami? Przecież wiadomo, że taki bez grosza pójdzie do handlarzyka i kupi ćwiarteczkę za 3 zł, często na "krechę". Cały zysk zgarnie ten handlarzyk, notabene zwyczajny truciciel. A uwierzcie, że taki przeciętny "sprzedawca" wyciąga średnio lekką rączką 1500 zł na czysto. Miesięcznie. Koszty społeczne i ekonomiczne ponosimy solidarnie wszyscy. W imię czego, nigdy nie zrozumiem.
     I wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Najgorsze jest to, że znów zaczęłam używać tego strasznego zdania charakterystycznego dla osoby współuzależnionej, mianowicie: "a najgorsze jest,że...".Zdania którego nie słyszałam u siebie już od bardzo dawna. Ale dam radę. Nie dlatego, ze muszę.
Dlatego, że chcę.
     

czwartek, 3 października 2013

...

Do pacjenta wczoraj coś dotarło. Coś czyli mój komentarz o zwierzaczku. Całą noc łaził i powtarzał, ze nie odda nikomu pieseczka, bo to jego domek jest. Rano ogarnął się i poszedł do pracy. Znaczy się, nie muszę latać po lesie w charakterze nimfy błotnej w celach zarobkowych. Znaczy się też, że nikogo nie otruję grzybami ;-). Psinek będzie miał swój rosołek. I wczoraj moje słoneczko zrobiło coś cudownego :-).
Jutro napiszę. A dziś... Dziś nowy dzień, nowe siły:-). Dziękuję Wam ogromniście:-).

środa, 2 października 2013

:-(((

Ja już nie mam siły. Ten debil śpi pijany w kotłowni. Ale nie o niego mi chodzi.
W portfelu zostało mi jakieś 40 zł do nie wiem kiedy. Zadzwoniła sąsiadka że jest chętny na moje psie dziecko, moje słoneczko, mój skarb, mojego Reksia. Reksia, który mieszka w domu a nie w budzie, bo ma chore stawy, któremu gotuję rosołki na udkach i obieram z kości , krupniczek na wątróbkach, serduszkach, żołądkach,bo ostatnio zapchały mu się jelita i o mało go nie straciliśmy,który rybki wsuwa aż miło. Jeśli ten idiota nie ogarnie się, a ja będę musiała stąd wyjechać, co stanie się z tym cudnym stworzonkiem? Którego obecność w zeszłym roku sprawiła, że żyję?
Tutejsi ludzie zwierzęta mają za nic. Tutejsi ludzie karmią psy chlebem moczonym w wodzie, jako luksus dodając łyżkę smalcu, tutejsi ludzie z nastaniem jesieni wywożą swoje zwierzęta i porzucają je w lesie, samotne i przerażone... . Tutejszych naprawdę ludzkich ludzi mogę policzyć na palcach obu rąk...
Kto go będzie kochał jak ja?
Co jeszcze muszę przez pijaka stracić?


 Chociaż zaczyna brakować mi sił, wytrzymam do rozwodu. Może uda się zabrać cudaczka ze sobą.
Dam radę, dam radę dam radę...


wtorek, 1 października 2013

Status: wysłane:-(

Jakieś 3 tygodnie temu do mężamegoniewiemgdzieprzebywajacego podczepił się pasożyt.
Pieprzony pijak z wyrokiem w zawiasach za pobicie żony. Wyczuł pieniądze i bratnią duszę. Nie szło pasożyta odpędzić... A mążmójzapewnewsztokpijany jak dziecko poleciał za wspaniałą zabawką.
Z nowym starym kolegą. Pewnie świetnie się bawią. Tak bardzo świetnie, że wyłączył swój telefon.
Od kilkunastu godzin nie wiem co się z nim dzieje. Już drugi raz mi to zrobił.
Nie wiem jak sobie poradzę jeśli szybko nie wróci...Mam na myśli finansowo.
Ale papiery podpisane, w kopertę zapakowane, odniesione na pocztę - status wysłane...

sobota, 28 września 2013

Cel bliżej nieznany...

W dniu dzisiejszym o godz. 18.21 poprzez Fb odebrałam wiadomość od panienki wrażliwej inaczej o treści:
"Pani jest mama D...a ?:) wlasnie nie moglam pani znalesc z powodu nazwiska". 
Po za imieniem dziecka mego pisownia została zachowana bez zmian.
Rozumiem z tego,że mamy się zakoleżankować vide stworzyć wielką szczęśliwą rodzinę.
Po tym mailu ciśnienie 193/145 i łomot w głowie...
A ja głupia myślałam, że bezczelna jest panienka od sąsiadów!

środa, 25 września 2013

O tym dlaczego nie mogę mieć kotów cz. I

Brakuje mi kota:-(. Tęsknię za ich ciepłem, miękkim futerkiem, mruczeniem do ucha, kłębkiem śpiącego kota na sobie, plątaniem pod nogami, nocną zabawą w "wypuść kotka, wpuść kotka"...
Pierwsza kota w moim życiu pojawiła się w 2002 r. Była odpowiedzią na rozpaczliwą potrzebę życia w normalności ze zwierzęciem u boku. Była kotą porozwodową. Stała się najlepszym przyjacielem mego wówczas 15-letniego dziecięcia. W latach późniejszych zazdrosna o niego do granic absurdu - w ramach protestu przeciwko dziewczynom sikała mu do pokrowca na gitarę, albo załatwiała tam inne rzeczy :-).
Kiedy kolejna dziewczyna znikała, kota cała szczęśliwa znów miała go całego dla siebie.
Michaśka zwana później Pontonellą z uwagi na niepohamowane łakomstwo jest kotką niezwykle ciekawską, inteligentną, sprytną. Ma typowe dla kotów rasy europejskiej umaszczenie szylkretowe:-)  Niestety jak większość kotów sterylizowanych cierpi na przypadłości z tym związane, "bolipupkę" ( za Jamesem Herriotem) oraz jak się ostatnio okazało jakieś schorzeniem nerek. Michasia ma dziś 11 lat.
Dwa lata później pojawił się kot, wyglądający jak ten z pierwszej reklamy pewnego kociego jedzenia.
Rozrabiak okropny przy swoich, przy obcych tchórzliwy jak nie wiem co:-). Dlatego na imię ma Chojrak.
Spędziłam z nimi cudowne lata.Dały mi z siebie wszystko to, co w kocie najlepsze. A ja... Ja je zawiodłam.
5 lat temu postradawszy rozum, wyprowadziłam się z Wrocławia. Nie mogłam zabrać kotków ze sobą ale wierzyłam, że dożyją szczęśliwie swoich dni, bo przecież zostały w swoim domku razem z moim dzieckiem.
Wierzyłam, że nadal będą miały ciepło i miłość. Cóż.Pomyliłam się. 4 miesiące temu moje dziecko poznało dziewczynę. Mieszkają razem od dwóch miesięcy. Od trzech tygodni koty mieszkają w jakiejś nieogrzewanej szopie. Chora Michaśka i tchórzliwy Chojraczek. Bo dziewczyna dziecka mego kotów nie lubi i brzydzi się nimi. Bo postawiła mu ultimatum albo ja, albo koty. Wybrał ją... Sam nie miał odwagi mi tego powiedzieć. A ja wciąż zastanawiam się, kiedy popełniłam błąd w jego wychowaniu...




wtorek, 24 września 2013

Kobieta upadła :D

Czy ktoś z Was kiedykolwiek spadł z krawężnika? Nie? To napiszę jak to zrobić. Trzeba iść od strony jezdni, być zagadanym z koleżanką, grzecznie przepuścić "skaranieboskie"- babcię rowerzystkę  nadjeżdżającą z naprzeciwka, stanąć na krawężniku, podnieść się z jezdni.
Śpieszę donieść,że w wypadku nie ucierpiały żadne zwierzęta :D. Ucierpiała moja godność osobista oraz prawa strona miejsca, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Oraz łokieć. Li i jedynie.:D.
To był przepis na to, jak stać się kobietą upadłą.*


*Prawa autorskie zastrzeżone. Wszelkie powielanie i kopiowanie bez zezwolenia będzie surowo karane. :D



Studium socjologiczne

Nie mam zacięcia do podglądactwa. W moim dawnym życiu nie podsłuchiwałam sąsiadów, nie żyłam ich życiem, z rzadka słuchałam plotek. Jedyny w pełni świadomy akt zaglądania do cudzych mieszkań i czerpania z tego tytułu przyjemności, miał miejsce 34 lata temu w Kopenhadze. Chwilę przed moim urodzeniem mój dziadek pojechał na wycieczkę do Danii, z której to wycieczki nie wrócił. Po wieloletnich staraniach udało się i mogłyśmy dziadka odwiedzać. W Kopenhadze mieszkałam pół roku. Różnie bywało, więc wieczorami wędrowałam po mieście zaglądając do cudzych mieszkań tak innych niż nasze polskie, siermiężne i marząc o takim domu i takim życiu, jakie udawało mi się podejrzeć:-).
Zasada nie interesowania się cudzym życiem uległa złamaniu po przeprowadzce ,bowiem już dwa tygodnie po moim przyjeździe w to dziwne miejsce, w którym przyszło mi żyć. Zwyczajnie nie da się nic nie widzieć i nic nie słyszeć. Nawet gdybym szczelnie zamknęła drzwi i okna, to i tak jakieś tam odgłosy dochodziłyby do mnie, bowiem cała rodzina  oraz odwiedzający ich goście używają tego malowniczego języka zwanego powszechnie niecenzuralnym, bynajmniej przy tym nie szepcząc:-).Oglądać ich też muszę, bo budynek z kotłownią, pralnią i warsztatem stoi przy granicy z ich posiadłością. A i linki do wieszania prania mam też od ich strony.Siłą rzeczy musimy patrzeć w tamtym kierunku. Wczorajszy dzień nie był więc wyjątkiem. Było chłodno więc mążmójaktualnietrzeźwy udał się do kotłowni celem napalenia w piecu. Udawał się tam parokrotnie, czasem przystając na chwilę na podwórku. Jest on człowiekiem nad wyraz spokojnym, którego naprawdę trudno jest sprowokować. Mnie się to udało dwa razy i uwierzcie,że bardzo mocno się o to starałam:D. Przystawał i zamyślał się, bowiem moja akcja KONSEKWENCJA zaczyna przynosić nikłe efekty. Sąsiadów odwiedziła młoda ekhm, ekhm dama. Z kulturą i obyciem należnym młodej damie niewiele ma ona wspólnego, niemniej jednak młoda jest. Pyskata. Chamska. Bezczelna. I co tam jeszcze chcielibyście wpisać będzie właściwe.I tu muszę napisać o fenomenie Cyganki, fenomenie który zadziwia mnie odkąd ja poznałam. Otóż każda z odwiedzających ją, bądź jej córkę kobiet czy dziewcząt na pewnym etapie tej znajomości zaczyna u nich sprzątać. Darmo. Cyganka i jej córka siedzą w tym czasie przy stole, palą papieroski, piją kawę a Cyganka brudnym (w sensie rzadko mytym) paluszkiem pokazuje co jeszcze należy zrobić. Jest w tym naprawdę dobra:D. Ale do brzegu.
Mążmójatualnietrzeźwy zamyśla się, nieobecnym wzorkiem patrząc w dal, a młoda dama bez klasy wychodzi trzepać chodniki.I zaczyna coś krzyczeć do trwającego w zamyśleniu mężamegoaktualnietrzeźwego. Ona wrzeszczy, on trwa, w końcu jednak dociera do niego, że ten wrzask dotyczy czynności, którą on akurat wykonuje, mianowicie patrzenia w dal. Dociera do niego treść wywrzaskiwanego przez młodą damę bez klasy pytania o treści""co się k... stary ch...gapisz?". Stał tak jeszcze chwilę w bezruchu, po czym dokładnie jak w kreskówce wystartował na posesję sąsiadów.Drzwi od ich domu zostały jak się można domyśleć zamknięte, ale dla mężamegoaktualnietrzeźwego to żadna przeszkoda. Delikatnie zastukał: pięścią i nogą, co spowodowało szybkie otwarcie drzwi przez sąsiadów z obawy o ich całość. Młoda dama bez klasy ukryła się prawdopodobnie w szafie, bo jej buta i chamstwo nie wytrzymały konfrontacji z dorosłym, silnym mężczyzną. Już nie była taka odważna. Jakaś godzinę później, z uwagi na obietnicę meżamegoaktualnietrzeźwgo o zastosowaniu kary wychowawczej w postaci klapsów na gołą d..., została przemycona do samochodu i wywieziona przez Cygankę w nieznanym kierunku :D. Sytuacja była nad wyraz komiczna:D.
Jak się już wyśmiałam, naszła mnie refleksja. Mążmójaktualnietrzeźwy znajdował się na własnym podwórku. Nie robił niczego niezgodnego z normami społecznym., nie wisiał na płocie w celu nasłuchu, nie gapił się w okna, po prostu stał. Dziś młoda dama bez klasy ma coś około 20 lat. My-mam na myśli ludzkość w naszym wieku- póki co jesteśmy w stanie obronić się przed nią i jej podobnymi. Ale co stanie się za kilkanaście lat, kiedy zdziczałe dziś nastolatki zrobią się parę lat starsze? Kiedy starsi ludzie nie będą mieli dość siły, żeby się przed nimi obronić?

poniedziałek, 23 września 2013

Rozmowa rekrutacyjna

W ubiegły czwartek byłam na ekhm, ekhm rozmowie w sprawie pracy. Chrząkam tak znacząco, bo takie kuriozum po raz pierwszy w życiu mi się przytrafiło:-). Mieszkam w małej mieścinie, gdzie oferty pracy są dobrem rzadkim i wyjątkowym. Więc w miarę przyzwoita praca jest gratką nie lada:D. W związku z tym jestem w stanie podjąć prawie każdą pracę za wyjątkiem stania na trasie Wyszków-Dybki z uwagi na podejszły wiek, bo o kwestiach moralnych nie wspomnę, w sortowni śmieci z powodu zaburzeń węchu, w transporcie z uwagi na brak uprawnień:-).
Ewentualna praca miała być "załatwiona po tzw. "znajomości". Na własne rodzone uszy słyszałam, że mam przyjść i jak to na rozmowie rekrutacyjnej bywa, przedstawić swe bogate w zdobyte doświadczenie CV oraz  skromna swą osobę.
Przyodziałam się stosownie do okazji. Z uwagi na to, że ewentualne miejsce zatrudnienia związane byłoby z usługami konsumpcyjnymi nie założyłam kostiumu, bowiem moja ekhm, ekhm znajomość "dres kodu" uznała, że jeansy i polar w kolorze czarnym będą wystarczające. Ze swym bogatym w zdobyte doświadczenie CV w garści wkroczyłam dziarskim krokiem do miejsca ewentualnego zatrudnienia. Widok dwojga obecnych pracowników na dzień dobry powiedział mi, że nie będzie dobrze, bowiem średnia ich wieku wynosiła lat 19 i to jak się dobrze postarali z makijażem. Ale do brzegu. Dostojnym krokiem nadszedł Potencjalny Pracodawca. Swój z lekka nieprzytomny wzrok skierował na skromną mą osobę ze swym bogatym w zdobyte doświadczenie CV w garści :D. Z uprzejmym uśmiechem patrzyłam na niego oczekując serii idiotycznych pytań. I tak staliśmy patrząc na siebie przez całe lata świetlne. Przerwałam kontakt wzrokowy, bo mogliśmy tak stać do skończenia świata a nawet i dłużej. Tłumiąc idiotyczny śmiech wzbierający w mej ekhm, ekhm młodej piersi, wyszarpnęłam z koszulki swe bogate w zdobyte doświadczenie CV i wręczyłam je Potencjalnemu Pracodawcy, informując go po co się tu znalazłam oraz kto mnie polecił. Wyraźnie ucieszony rozwojem sytuacji PP chwycił w swe dłonie me wiadomo jakie CV, zwinął je w rulonik stwierdzając,że od czegoś trzeba zacząć oraz że zadzwoni. I to było dokładnie wszystko. Żadnych pytań o planowaną ciążę ;-), ilość zaposiadywanego potomstwa, moje plany życiowe za 50 lat. No kompletnie nic.
W związku z tym czuję pewien niedosyt. Oczekiwałam dociekliwych, niedyskretnych pytań na które odpowiadać chciałam celnymi ripostami. a tu nic :D. Pierwszy raz z "rozmowy" rekrutacyjnej wyszłam rozbawiona, pierwszy raz "rozmawiałam" z PP , który szuka pracownika, ale o fakcie poszukiwań nie ma zielonego pojęcia :D. Rozumiem z tego, że to moja wyjątkowa osobowość tak go onieśmieliła, że nie był w stanie wypowiedzieć nawet słów powitania. Jestem niesamowita :D


niedziela, 22 września 2013

O tym dlaczego nie warto przywiązywać się do rzeczy

Moje życie to materiał na telenowelę brazylijsko-argentyńską :-). Słowo !
Przytrafiają mi się tak różne dziwaczne wydarzenia, że gdybym nie była nieuleczalną optymistką (z chwilowym spadkiem formy) to załamałabym się na amen.
Otóż w 2011 r. w Wielką Środę w godzinach 11-13 mieliśmy do domu włamanie. Dranie psiknęli czymś pieskowi, bo duży i raczej groźny i podjęli działalność rozrywkową. Wytłukli szybę w oknie kuchennym,
grzecznie odstawili kwiatki i inne duperelki z parapetu na na podwórko-znaczy się zadbali, żeby nie zniszczyć, wleźli do środka i.... Na tym skończyła się ich grzeczność i kultura. Dewastację zaczęli od kuchni. Wygarniali z szafek wszystko jak leci na podłogę, wybili szybkę w kuchence gazowej- nijak nie mogę zrozumieć po co, weszli na pokoje... To co zrobili to był akt czystego wandalizmu. Przybyli na miejsce zdarzenia policjanci, stwierdzili, że jeszcze nigdy nie widzieli takich zniszczeń. Że dom wygląda jak po przejściu trąby powietrznej. Ha! Nie mieli ze mną do czynienia:-). Ukradziono mi tylko biżuterię.W tej chwili
mam tylko jeden komplet ze srebra, ten który miałam na sobie w dniu włamania i biżutki, które robi moja siostra. Trzeba było kupić nową kuchenkę i wymienić wybitą szybę. I posprzątać... . Długo nie mogłam dojść do siebie. Strach towarzyszył mi jak nieodłączny cień. Zrobiłam nawet zdjęcia tego kataklizmu ale później puknęłam się głowę.Na diabła mi takie wspomnienia?
   Minął rok. Rok w którym nagromadzone złe wydarzenia doprowadziły mnie do załamania psychicznego.
Nadeszły kolejne święta Wielkiej Nocy. W Wielki Piątek rano pojechałam do siostry. Nie chciałam być sama w domu. Wróciłam po czterech dniach i zastałam dom wyczyszczony do zera. Tym razem mieli dużo czasu i zabrali już wszystko, co tylko przedstawiało jakąkolwiek wartość.Małe agd, sprzęt rtv, laptop, modem do internetu, aparat fotograficzny, stare telefony komórkowe, ładowarki, narzędzia z warsztatu...Nawet ślubne buty mężamegoaltualnietrzeźwego. Na butach nie bardzo się obłowili, bo zgubili jeden na podwórku. Tym razem dom nie był zdewastowany. Tylko jakaś menda spała w moim łóżku i nie była to Królewna Śnieżka. Zaczęłam się śmiać. Śmiałam się tak bardzo, że przybyli na miejsce zdarzenia policjanci uznali, że dostałam pomieszania zmysłów i wysnuli wniosek, że sama sfingowałam to włamanie.
Gdybym była ubezpieczona taka kradzież miałaby sens. Ale nie byłam. A ukradzione przedmioty miały być moim zabezpieczeniem. Chciałam je powoli sprzedawać, kiedy już pozostanę bez pracy, który to fakt miał nastąpić dwa miesiące później. Żartowałam , że tylko ja zostałam w tym domu do ukradzenia. Do dziś brak chętnych :D.
To właśnie wtedy uzmysłowiłam sobie, że nadmiernie przywiązywałam się do przedmiotów. Że nie warto mieć nic wartościowego, nawet emocjonalnie. Bo to tylko przedmioty - dziś są, jutro ich nie ma.
   Czasem łapię się na tym, że zaczynam lubić kubek w którym piję kawę, bo stare nawyki trudno tak szybko przezwyciężyć. Szybko jednak przypominam sobie, że to tylko przedmiot - dziś jest, jutro go nie ma...



 

piątek, 20 września 2013

Nie jestem ekspertem

W komentarzu do posta "13-tego piątek" czytelniczka zadała mi pytanie, dlaczego nie odeszłam od męża alkoholika. Napisałam,że jeszcze nie dorosłam do tej decyzji. Nie wiem jaki obraz alkoholika widziała, bo większość z nas dopóki osobiście nie dotknie problemu, widzi alkoholika stereotypem, jako zapitego menela. Niestety tak nie jest. Alkoholizm dotyka wszystkie warstwy społeczne. Uzależniony może być
nauczyciel w szkole, farmaceuta w aptece, policjant, lekarz, kierowca autobusu, którym codziennie dojeżdżamy do pracy, miła starsza pani, którą spotykamy w sklepie,dyrektor olbrzymiej firmy.
Nie każdy wie, ze wybitny nieżyjący już profesor Lech Falandysz całe życie zmagał się z alkoholem. O aktorach, pisarzach, sportowcach wspominać nie będę. Każdego może to dotknąć. Alkoholik na poczatku nie musi upijać się w tzw."trupa".
Zwykle zaczyna się od małych ilości alkoholu, stopniowo zwiększając je przez lata. Bywa że taki wykształcony człowiek stoczy się nisko, upadnie na dno, a my spotykając go codziennie na swej drodze, nie widzimy wybitnej jednostki, tylko degenerata, bo uzależnienie odbiera człowieczeństwo.
Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że codzienny rytuał dwóch drinków, albo dwóch piw których potrzebę wypicia odczuwamy po powrocie z pracy do domu, może już być sygnałem ostrzegawczym. Może ale nie musi. Niemniej jednak kiedy zaczynamy tłumaczyć sobie, że musimy  się napić, bo jesteśmy zdenerwowani, zmęczeni, dla rozluźnienia - to nie jest dobrze.Tyle mojej skromnej wiedzy.
Jak na ironię to właśnie trzeźwiejący alkoholicy pomogli mi na pewnym etapie mojej terapii. Pokazywali w którym miejscu popełniam największe błędy w życiu z osobą uzależnioną. Wyjaśniali jakie czynni alkoholicy sztuczki stosują, aby osiągnąć swój cel. Jakimi świetnymi manipulatorami są. Osoby mające dobre wzorce rodzinne w zasadzie są bezpieczne :-), osoby z rodzin w których był alkohol już nie. Ale na temat DDA może innym razem.
Najlepszą metodą  na zmuszenie alkoholika do leczenia , chociaż nie zawsze gwarantuje ona sukces, jest zostawienie go własnemu losowi. NIE INTERESOWANIE SIĘ nim. Tego właśnie uczą na terapii dla współuzależnionych. Żeby nasze samopoczucie nie było zależne od tego, czy osoba obok nas jest trzeźwa czy pijana, żeby żyć własnym życiem a nie życiem osoby uzależnionej, żeby w końcu wyznaczać nasze własne granice.
Czasem się udaje. Czasem osoba uzależniona odzyskuje motywację do trzeźwego życia. I nie jest to cud tylko ciężka codzienna praca nad sobą. Bo nie ma cud-pigułki na trzeźwość.
 I właśnie dlatego, że wiem jak działa mechanizm uzależnienia, a wiedza ma skromna wciąż jest, daję czas mężowimemunietrzeźwemu szansę na poprawę, bo teraz mam" narzędzia", które umożliwiają mi danie mu tej szansy. I chociaż moje różowe okulary spadły mi z nosa, tłukąc się przy okazji, i chociaż już mężamegonietrzeźwego nie bardzo lubię, to wciąż mam nadzieję na spełnienie marzenia o domku z ogródkiem. Może takim, jaki dla mnie namalował...



czwartek, 19 września 2013

Z cyklu padło mi na głowę - odsłona trzecia :-)

Nowe życie starych nikomu niepotrzebnych rzeczy. Po teściowej został mi w spadku prymitywny podnóżek zbity z trzech kawałków desek.



Ów podnóżek miał do wyboru stać się podpałką do pieca albo zgodzić się na nowe życie, bo do pieca zawsze zdążyłby wskoczyć:D.
     Po ciężkich zmaganiach z oporną materią moja fascynacja starymi ekhm, ekhm :-) przedmiotami, stylem prowansalskim i techniką decoupage zyskała taki kształt:



środa, 18 września 2013

Fabryka dzieci


     Obok mnie za płotem mieszka polsko-romska rodzina. Przestaję być poprawna politycznie i napiszę, że żona Cyganka, mąż Polak. Ona pyskata, chamska baba, on alkoholik. Jako jedyna w okolicy stawiłam jej czoła (KLIK) i dzięki temu, jako jedyni w okolicy nie jesteśmy nagabywani o pożyczkę. O pożyczkę na mleko i kaszę dla dziecka. Pożyczka jest dawana na wieczne nieoddanie, bo ona w życiu swoim dnia nie przepracowała, on bo dzień cały utrzymuje właściwe stężenie krwi w alkoholu. Jej jedynym celem życiowym jest papieros i kawa, jego jak wiadomo, alkohol typu "wynalazek" i nie jest to bynajmniej bimber. Pieniądze na te artykuły pierwszej potrzeby posiadają z jego doraźnie pełnionej funkcji grabarza - 40 zł za pochówek. Ta malownicza para posiada troje dzieci: 20-letnią córkę, którą "wydano" za mąż w wieku lat 15 a która jako jedyna dzielnie pracuje, 19-letniego syna obiboka,narkomana, pijaka i złodzieja, który przed wymiarem sprawiedliwości zwiał do Anglii, bo tam mieszka jego "żona" , o której przypomina sobie w takich chwilach jak wspomniana oraz najmłodsza z tej trójki 17-latka.
    Miała 12 lat, kiedy ją poznałam.Pomimo dowolności w ubieraniu się jaką prezentują obecnie nastolatki, jej wygląd lekko mnie szokował. Ubrana jak panienka na trasie Wyszków-Dybki wędrowała wieczorami razem z podobnymi jej koleżankami pod czynną jeszcze wtedy jednostkę wojskową. Rozumiem że razem z tymi młodymi chłopcami czytała poezje w blasku księżyca. Nie znając jeszcze wtedy realiów tej rodziny, wielokrotnie mówiłam rodzicom o tym, gdzie przebywa ich córka. Myślałam, że może nie wiedzą...
Cóż byłam w błędzie. Dziewczę rosło zdrowo, dojrzewało jak jabłko na jesień. Jednostkę zlikwidowano.
Przez króciutką chwileczkę zrobiło się lepiej - panna wtedy 13-letnia zaczęła spotykać się z rówieśnikami i wyglądała jak przeciętna dziewczynka w jej wieku. Rok później z poczwarki wyłonił się motyl. Blondynka ze śniadą karnacją zaczęła przyciągać uwagę okolicznej i dalszej męskiej części społeczeństwa.
Z blondynki zrobiła się brunetka z wyzywającym makijażem. Znikała z domu na całe dnie, a okoliczne zagajniki stały areną, na której była Królową. Kwestią czasu była nastoletnia ciąża. Młody mężczyzna którego posądzano o ojcostwo, pomimo tego że też patologia, zajął się dziewczyną i malutką córeczką.
Widać było,że mu zależy. Niestety na niego spadł ciężar utrzymania całej wielkiej rodziny. Nie podołał temu i został przepędzony. Panna zaczęła się stroić, wydzwaniać, pisać smsy. Pojawili się nowi chętni, zagajnik znów się ruszał i kolejna ciąża gotowa. Adoratorzy zniknęli, skończyły się dochody - bieda zajrzała w oczy.
Malutką dziewczynką nikt się przejmuje. Pożyczane pieniądze w większości idą na papierosy i wódę.
Panna w lipcu skończyła 17 lat. Kolejne dzieciątko ma przyjść na świat lada moment.
Jest w tej historii jasny promyczek - kurator. Chce zabrać dzieci. Myślę że dla maluszków to będzie najlepsze wyjście. A panna na wieść o tym,że odbiorą jej dzieci znów stroi się, dzwoni, wysyła smsy a pod jej dom zaczynają podjeżdżać samochody. Jej rodzice a dziadkowie maluszków znów nic nie widzą.
     Wszelkie niezbędne składniki znów są zbierane, produkcja ruszy niebawem...

wtorek, 17 września 2013

KONSEKWENCJA

Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego:
"konsekwencja wynik, skutek, rezultat; logiczne następstwo faktów; logiczna ciągłość w działaniu; postępowanie oparte na ściśle określonych zasadach, zgodnie z powziętym planem; wytrwałość w dążeniu do czegoś."
To od dziś moje hasło afirmacyjne:-). Do tej pory byłam bardzo niekonsekwentna w działaniu. Składałam obietnice dotykające bezpośrednio mojego życia i ich nie dotrzymywałam. Dla przykładu: bliski znajomy ma upiorny zwyczaj tłuc nas po plecach w ramach okazywania radości na nasz widok. Cieszymy się,że kogoś tak bardzo raduje spotkanie z nami, ale nie podoba nam się to walenie po plecach. Prosimy raz, drugi, trzeci żeby delikwent przestał. On/ona nic sobie z tego nie robi. Następnym etapem jest jest składanie obietnicy że jak nie przestanie, to nie będziemy się odzywać, będziemy przechodzić na drugą stronę ulicy, odpłacimy tą samą monetą. I co? Najczęściej nie dotrzymujemy słowa i mamy pretensje do świata, że każde spotkanie z owym znajomym kończy się odbitymi płucami :D.Czyli jesteśmy niekonsekwentni. Jak to ma się do mnie?
Czas najwyższy przekuć obietnice w czyny. Najłatwiej było w stosunku do mojej matki-kiedy dzwoniła pijana nie potrafiłam się rozłączyć, pomimo solennych obietnic, że to uczynię. Były nerwy, płacz, niepotrzebny stres. Od jakiegoś czasu kiedy dzwoni nawalona, mówię: "mamo, nie będę z Tobą rozmawiać, jesteś pijana". I odkładam słuchawkę.Ja się nie denerwuję, ona przestała wydzwaniać.W stosunku do meżamegoaktulnietrzeźwego było trudniej, niemniej jednak dwie małe obietnice, które mu składałam w końcu spełniłam i o dziwo poskutkowało:-). Złożyłam też dużą. On już wie, że" żarty "się skończyły i być może zacznie myśleć. Czas pokaże.
Najtrudniej jest mi w stosunku do dziecka mego. Czas najwyższy otworzyć oczy i zobaczyć to, o czym moi mili mówiliście mi przez lata. Że to co brałam za asertywność, było egoizmem. Że konsekwentnie nie chciałam widzieć lekceważenia w stosunku do siebie. Że szukałam tysiąca wymówek na usprawiedliwienie
jego zachowań. I zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd.
Wczoraj zadzwoniliście prawie wszyscy :-). Na wiadomość od dziecka czekałam cały dzień. Nie doczekałam się.Widać nawet sms "wszystkiego najlepszego mamo" był dla niego zbyt dużym obciążeniem.